środa, 8 marca 2017

Kolbuszowa - z wizytą u pradziadków

Jak już Wam wcześniej wspominałam, będąc w Polsce miałam nadzieję sobie troszkę po niej pojeździć i poodwiedzać rodzinę i znajomych. Choroba Oliwki niestety mi te plany skutecznie pokrzyżowała. Ponieważ grypa na szczęście jednak nie trwa wiecznie, w końcu udało nam się na chwilę wyrwać i wyskoczyć na jeden dzień z wizytą do pradziadków Oliwki, którzy mieszkają w położonej pod Rzeszowem Kolbuszowej.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności moja siostra akurat jechała na jakąś konferencje do Rzeszowa i zaoferowała nam transport. Oliwka całą drogę (2 godziny) sobie słodko spała z tyłu samochodu, podczas gdy my z Gosią podziwiałyśmy mijane krajobrazy Gór Świętokrzyskich i Kotliny Sandomierskiej. Wbrew różnym pogłoskom zdecydowałyśmy się zaufać wujkowi Google i jego mapom i pojechałyśmy najkrótszą trasą przez Staszów, Połaniec i Mielec i była to zdecydowanie dobra decyzja. Drogi może i nie były w najlepszym stanie, ale ruch na nich był znikomy, a widoki po drodze malownicze.


Do pradziadków dotarłyśmy około godziny 11:00. Oliwka od razu wylądowała na rękach u babci i było jej tam tak dobrze, że do mnie wracała jedynie na karmienie i przewijanie. Dziadka natomiast uwiodła próbując bawić się jego laską. Studiowała dokładnie jej kształt i teksturę, a na koniec próbowała ją zjeść.

Historia miasta

Według legendy Kolbuszowa została założona przez zbója o imieniu Kolbusz. O zbóju tym jednak niewiele wiadomo, ani czym się zajmował, ani skąd się wziął. Wiadomo jednak, że nazwa Kolbuszowa (a właściwie Coluschowa) pojawiła się w roku 1508 w spisie posiadłości Tarnowskich z Zochowa. Korzystne położenie na szlaku handlowym z Sandomierza do Przemyśla zapewniło jej rowój i w XVI wieku Kolbuszowa była jedną z największych osad rolniczo-rzemieślniczych na terenie Puszczy Sandomierskiej.



Dużą rolę w historii miasta odegrała gmina żydowska, która powstała tutaj przed rokiem 1736. W XVIII wieku Żydzi stanowili już połowę mieszkańców, a w 1866 roku miasto przyjęło nowy herb, podkreślający koegzystencję społeczności chrześcijańskiej i żydowkiej. Składają się na niego krzyż grecki, gwiazda Dawida i splecione w uścisku dłonie.  Dawną obecność Żydów widać dzisiaj między innymi w charakterystycznej zabudowie Rynku.



Spacer po mieście

Próbując uśpić Oliwkę, wybrałam się wraz z ciocią na szybki spacer po mieście. Nie udało się nam wprawdzie dotrzeć do głównej atrakcji miasta, czyli skansenu, na co miałam sporą nadzieję, ale po drodze zobaczyłam trochę innych atrakcyjnych budynków i starych, kolorowych chat. Ciocia przedstawiła mi również miejsca ważne ze względu na rodzinną historię, jak choćby szkołę, do której uczęszczał tata Albina, czy szpital, w którym się Albin urodził. Gdy na Rynku robiłyśmy sobie zdjęcia z krokodylem, spadły na nas pierwsze krople, czającego się na nas już od jakiegoś czasu deszczu. Zakończył on przedwcześnie nasz spacer, ale Oliwka wyraźnie się ucieszyła mogąc wrócić w ramiona prababci.



Dzień spędzony u pradziadków minął nam bardzo szybko i zanim się obejrzałam Gosia dzwoniła, że wraca już z Rzeszowa i niedługo po nas przyjedzie. Do Kielc wracałyśmy w całkowitych ciemnościach. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wprowadziła mojej kochanej siostry w jakieś manowce :) Podążając trasą wytyczoną przez wujka Google (tym razem wybrał nam inną drogę, niż tą którą dojechałyśmy), nagle wylądowałyśmy na wąskiej polnej drodze, która jak się zdawało prowadzila do nikąd. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie... A my twardo (za moją namową) jechałyśmy dziurawą drogą. Na szczęscie po jakiś 20 minutach nasza "malownicza" (zapewne w dzień) droga, połączyła się z główną drogą do Kielc, a my mogłyśmy już bez obaw dojechać do domu. Oliwka znowu całą drogę smacznie spała i nawet w domu nie bardzo miała ochotę się budzić. Moja mała Poriomaniaczka :)

Pradziadków będzie trzeba ponownie odwiedzić podczas kolejnej wizyty w Polsce. Mam nadzieję, że wtedy korzystając z majowej pogody uda się nam w końcu dotrzeć do skansenu :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz