czwartek, 5 stycznia 2017

Londyn z niemowlakiem

Sprzątam mieszkanie. Dokładnie. Po nocy. A to może oznaczać tylko jedno: ruszamy w drogę! Sprzątanie jest u mnie typowym objawem raisefieber, czyli gorączki przedwyjazdowej. Sama nie wiem skąd się to bierze, ale chyba stąd, że uważam, iż nie ma nic gorszego niż powrót do domu po urlopie do brudnego domu. 

Tym razem wyjazd był tylko jednodniowy, ale potrzebowałam go jak tlenu do życia. Praktycznie od lutego, kiedy to byliśmy na Litwie, mało się poza Bristol ruszałam (nie liczę tutaj wypadu do Polski na wesele kuzynki). Ciąża, a potem malutkie dziecko jakoś nie sprzyjały dalekim podróżom. Tym bardziej, że chciałam oszczędzić przysługujące mi dni urlopu wypoczynkowego i dołączyć je do mojego urlopu macierzyńskiego. 

Wyjazd do Londynu był podyktowany koniecznością wyrobienia Oliwce paszportu, ale i tak cieszyłam się na niego jak małe dziecko. Posprzątałam chałupę, porobiłam nam jedzenia jakbyśmy mieli jechać na cały tydzień, spakowałam plecaki z rzeczami dla nas i dla Oliwki. Jak to jednak ze mną bywa najważniejszą rzecz, czyli dokumenty potrzebne do wyrobienia paszportu zostawiłam na sam koniec, kiedy to Oliwka już spała, co wywołało małą kłótnię pomiędzy mną i Albinem. 

Na szczęście do rana nam przeszło i długo przed świtem zebraliśmy siebie i ciągle śpiącego Maluszka do samochodu. Termometr pokazywał -8°C, wszystko dookoła było pokryte grubą warstwą białego szronu. Na autostradzie panował znikomy ruch (i o to nam chodziło!), a Oliwka spała w swoim foteliku jak dziecko.

Do Londynu udało się nam dojechać około 7:00. Zaparkowaliśmy na Park&Ride przy stacji Hounslow West, jeszcze w samochodzie Małą nakarmiłam, przebrałam i ruszyliśmy na podbój stolicy. 

Muszę przyznać, że miałam sporo obaw związanych z wyjazdem. W końcu to nasza pierwsza "wyprawa". Oliwka miała spędzić cały dzień w nosidełku, co jeszcze do tej pory się jej nie zdarzyło. Nie wiedziałam czy wzięłam dla niej odpowiedni zestaw ubrań (szczególnie, że mróz nie odpuszczał, co w Anglii za często się nie zdarza). No i w ogóle czy dobrze zniesie jazdę i cały dzień poza domem. Moje obawy okazały się jednak zupełnie bezpodstawne. Mała jest taką samą poriomaniaczką jak my i przez cały dzień zachowywała się doskonale. 

Bardzo spodobała się jej podróż metrem. Podziwiała widoki za oknem (kiedy coś było widać) oraz ludzi w pociągu. Gdy wysiedliśmy w centrum, kołysanie nosidełka niemal natychmiast ją uśpiło. Spała prawie trzy godziny, podczas których my sobie połaziliśmy oglądając miasto (wprawdzie mieszkaliśmy tutaj przez prawie rok, ale Londynu chyba nigdy nie ma się dosyć jeżeli chodzi o zwiedzanie!). Leicester Square, Covent Garden, St Paul's Cathedral, Waterloo Bridge, London Eye. Po trzech godzinach głośnym płaczem Oliwka zakomunikowała nam, że pora zrobić sobie przerwę na kawę i ją nakarmić. Na szczęście w Londynie kawiarni jest całkiem sporo więc nie mieliśmy problemu ze znalezieniem odpowiedniego miejsca. Chwila odpoczynku, zabawa z Bąblem, aby potem ruszyć w dalszą drogę.

Tym razem nosidełko przejął ode mnie Albin, a miarowe kołysanie znowu kojąco wpłynęło na naszego Maluszka, który niemal natychmiast zasnął jak tylko ruszyliśmy. Kolejnej przerwy Mała zażyczyła sobie przy Pałacu Buckingham. I tutaj niesety zonk, bo kawiarni jak na lekarstwo. Dookoła parki (St. James i Green Park) i aby coś znaleźć musieliśmy dosyć szybkim krokiem przejść przez cały Green Park. Oliwka trochę sobie pomarudzila, ale gdy tylko dostała cyca w Nero Cafe od razu poprawił się jej humor i podobnie jak poprzednim razem, po chwili zabawy była gotowa na dalszą drogę. 

Spokojnym krokiem wróciliśmy sobie pod Piccadilly Circus skąd rozpoczęliśmy zwiedzanie. Odwiedziliśmy nowootwarty sklep Lego (bardzo polecamy!), gdzie od usłyszeliśmy, że nasze dziecko będzie bardzo szczęśliwym człowiekiem mając takich radosnych rodziców :), naszą ukochaną księgarnię podróżniczą Stanfords, gdzie kupiliśmy Oliwce kolorową książeczkę o Londynie i powłóczyliśmy się po China Town. 

Gdy przyszła pora ruszać nam do ambasady, po ponownym sprawdzeniu adresu, okazało się, że wizytę mamy jednak umówioną nie w ambasadzie, a w siedzibie POSK na Hammersmith. Dobrze, że wcześniej to sprawdziłam! Ponowna przejażdżka metrem, kawa i karmienie oraz wizyta u konsula. Będąc na Hammersmith miałam nadzieję spotkać się z koleżanką z byłej pracy, ale ponieważ nie dałam wcześniej znać, że będę (bo przecież nie wiedziałam...) okazało się, że miała ona akurat spotkanie w czasie lunchu. 

Chcąc uniknąć godzin szczytu zaraz po złożeniu wniosku o paszport ruszyliśmy z powrotem do samochodu. Tym razem utknęliśmy trochę w korku przy wyjeździe z Londynu. co nie bardzo się Oliwce spodobało. Płakała, a ja nie bardzo mogłam cokolwiek zrobić poza głaskaniem jej po główce... Na szczęście jak tylko ruszyliśmy w drogę Mała znowu zasnęła i poza krótką przerwą na zatankowanie benzyny i skorzystanie z toalety spała już do samego domu. 

Porady praktyczne:

Dojazd: my zdecydowaliśmy się na wynajęcie samochodu i skorzystanie z tutejszych park & ride. Bardzo dobrą wyszukiwarkę parkingów znajdziecie tutaj: http://parkandridelondon.com/ Zaznaczacie skąd jedziecie i gdzie w Londynie chcecie się dostać, a wyszukiwarka pokazuje Wam najdogodniejszy parking wraz z cenami. Oczywiście do Londynu można również przyjechać pociągiem lub autobusem (Megabus lub National Express). Wówczas wysiadacie w samym centrum miasta i dojazdami się już nie przejmujecie. 

Poruszanie się po mieście: Już kiedy mieszkaliśmy w Londynie zwróciliśmy uwagę jak nieprzyjazne wózkom jest to miasto. W metrze tylko na niektórych stacjach są windy i udogodnienia dla osób niepełnosprawnych. Stąd nasza decyzja o wzięciu nosidełka, która sprawdziła się w 100%. 

Jeżeli planujecie poruszać się transportem miejskim (pod tym względem Londyn jest dla mnie najlepiej zorganizowanym miastem na świecie i naprawdę ciężko się tu zgubić) zaopatrzcie się w kartę Oyster, dzięki której będziecie mniej płacić za pojedyncze przejazdy (jest na niej także dzienny limit, powyżej którego nie płacicie za bilety) lub w bilet całodzienny. Za kartę Oyster płaci się £5 depozytu, który zostanie Wam zwrócony przy oddaniu karty w kasie. 

Z karmieniem nigdzie, poza samą okolicą Buckingham Palace, o czym już pisałam, nie miałam problemów. Kawiarni wszędzie mnóstwo. A gdyby było lato, to i w parku na ławce bym nakarmiła. My natomiast jedliśmy trochę w biegu, ponieważ chcąc nieco oszczędzić pieniądze przygotowałam dla nas wałówkę na cały dzień. 

W następnym poście opowiem Wam jak wyglądają procedury wyrobienia paszportu dla dziecka za granicą oraz jak przebiegała nasza wizyta w konsulacie. Jeżeli w międzyczasie macie jakieś pytania dotyczące Londynu, dajcie znać a ja postaram się na nie wszystkie odpowiedzieć (także na podstawie mojego doświadczenia kiedy to jeszcze bez dziecka mieszkałam w Londynie).

ZDJĘCIA LONDYN

6 komentarzy:

  1. Taka wyprawa z maluchem musi być wyzwaniem, ale pewnie też świetną zabawą ! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To byl nasz test dla Malej, ktory zdala celujaco! Mysle ze sie jej podobalo (nam bardzo :-)) i mam nadzieje ze nasze kolejne wyjazdy bedzie znosila rownie dobrze :-)

      Usuń
  2. Maluch będzie miał super zdjęcia. Dobrze, ze od najmłodszego poznaje świat!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdjec to rzeczywiscie jej nie brakuje :-) a czym skorupka za mlodu nasiaknie... trzeba mala przyzwyczajac :-)

      Usuń
  3. Ależ fajny post :) Bardzo zaciekawił mnie was blog. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszymy się bardzo, że Ci się podoba :) Mamy nadzieję, że będziesz u nas częstym gościem :)

      Usuń