niedziela, 19 marca 2017

Ukryta perła Swindon

W drugą sobotę marca pojechaliśmy do Swindon odwiedzić moją przyjaciółkę Agnieszkę. Dla Oliwki była to pierwsza w życiu podróż pociągiem. Swoją drogą w jakich to czasach żyjemy, że dziecko już leciało samolotem, a w pociągu jeszcze nie siedziało!



Z dzieckiem w pociągu

Na dworcu w Bristolu i w Swindon są windy umożliwiające ludziom podróżującym z wózkami oraz osobom niepełnosprawnym ominięcie licznych schodów. Są one jednak dosyć wolne (za wolne jak na Albina pokłady cierpliwości), w związku z czym Albin chwycił nasz wózek z Oliwką w ręce i zniósł go po schodach (dobrze, że mamy lekki wózek :))

Gdy weszliśmy na peron nasz pociąg już czekał. Nie wiedząc za bardzo gdzie możemy wsiąść z wózkiem zaczęliśmy iść do przodu pociągu. Zobaczył nas wówczas jeden z panów z obsługi i odesłał na drugi koniec składu. Był tam wagon przeznaczony dla rowerów. Zastanawiałam się czy to tam mamy zostawić wózek na czas podróży. Dosyć szybko jednak pani konduktor odesłała nas do wagonu przystosowanego dla ludzi niepełnosprawnych. Jest tam sporo miejsca, gdzie można się wygodnie z wózkiem rozsiąść. W drodze powrotnej jeszcze przed przyjazdem pociągu zapytaliśmy się obsługi, w którym wagonie możemy się ulokować i już nie musieliśmy latać w te i we w te jak nawiedzeni :)

Oliwka po raz kolejny pokazała, że płynie w niej prawdziwa podróżnicza krew.  Szybko zmieniające się krajobrazy niemal zahipnotyzowały mi dziecko. Oczka jej tylko latały z prawa na lewo za mijanymi po drodze drzewkami, domkami, samochodami. 



Po przyjeździe do domu Agnieszki zjedliśmy wczesny obiad i ruszyliśmy do parku na spacer. W Swindon byliśmy już wcześniej sporo razy i szczerze mówiąc nie jest to jakieś super ciekawe miasto. Tym razem postanowiłam jednak poszukać jakiś atrakcji i znalazłam Lydiard Park. Idealne miejsce na spacer z wózkiem w ciepły wiosenny dzień. Agnieszka potwierdziła, że jest tam całkiem przyjemnie i całą ekipą zapakowaliśmy wózek do samochodu i pojechaliśmy.

Lydiard Park

Piękna wiosenna pogoda nie tylko nas wygoniła na świeże powietrze. Park pełen był rodzin z małymi dziećmi, staruszków na spacerach ze swoimi czworonogami oraz zakochanych par. Znajdujący się przy wejściu plac zabaw tętnił życiem i rozbrzmiewał głosami szalejących po nim dzieci. Nieco spokojniej było na ścieżce wiodącej wokół jeziora, którą podążyliśmy. 



W parku poza wspomnianym już jeziorem i placem zabaw znajduje się także rozbudowany w XVIII wieku dwór, średniowieczny kościół oraz ogród. Niestety nie udało się nam odwiedzić dworu, gdyż jest on dostępny dla zwiedzających dopiero od kwietnia. Nie bardzo chciało się nam także wchodzić do ogrodu, gdyż o tej porze roku raczej nie spodziewaliśmy się tam żadnych cudów. Kościół oglądnęliśmy z zewnątrz, ale karteczka z napisem "OPEN" zachęciła nas do wejścia do środka. 

St Mary’s Lydiard Tregoze

W środku powitał nas wyczekujący turystów miejscowy przewodnik. Na pierwszy rzut oka St. Mary's Church wygląda jak wiele innych angielskich kościołów: mały, ciemny, zbudowany z kamienia. Wytarte malowidła na ścianach dały mi jednak nieco do myślenia. Zresztą chwilę później usłyszeliśmy niesamowitą historię tego malutkiego kościółka. 

Jego historia sięga aż 1000 lat wstecz. Wprawdzie obecnie jego najstarsza część pochodzi z XIII wieku, jednak już wcześniej stał w tym miejscu kościół. Został on następnie znacznie rozbudowany w XV wieku. Z tego samego okresu pochodzą niesamowite wyblakłe malowidła, pokrywające większą część ścian w nawie głównej, które przykuły moją uwagę. Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje znajdujący się po prawej stronie od wejścia malunek Jezusa. Patrząc na jego żywe kolory, aż ciężko uwierzyć, że liczy on grubo ponad pół wieku. 



Przewodnik zwrócił nam również uwagę na malutkie witraże w oknach. Pochodzą one z XV wieku. Część z nich została wyprodukowana w Yorku i stamtąd przywieziona do kościoła w Lydiard, inne natomiast stworzyli flamandzcy artyści. Ciekawostką jest, że malujący je flamandzki artysta za modeli brał mieszkańców okolicznych wsi. Tym samym, wieśniacy przychodząc na mszę mogli patrzeć na swoje twarze, przez które do kościoła wpadało przytłumione światło. Najpiękniejszy witraż znajduje się we wschodnim oknie został on namalowany przez flamandzkiego artystę Abrahama van Linge w latach 1628-31. Jego piękna kolorystyka do dziś budzi zachwyt. 



W kościele znajduje się także sporo wartych uwagi rzeźb. W tym uznawana za jedną z najpiękniejszych rzeźb renesansowych w Anglii, stworzona w Londynie i stamtąd przewieziona do Lydiard – rzeźba pierwszego barona Lydiard - St John'a. Wygląda ona jak potężny grób, jednak jak zapewniał nas przewodnik pełni ona jedynie funkcje dekoracyjne. 



Przy ołtarzu natomiast znajduje się przepiękny tryptyk przedstawiający `rodziców pierwszego barona Lydiard wraz z ich dziećmi. Niestety podczas naszej wizyty tryptyk był zamknięty, ale nawet jego zewnętrzne panele robią olbrzymie wrażenie.

Wszystkie te informacje zapewne byśmy zupełnie przegapili, gdyby nie opowieści przewodnika. Jak za rękę prowadził nas przez kolejne okresy historii kościoła St Mary's, przeplatając je ciekawostkami z historii Anglii. 

Obecnie w kościele co niedzielę odbywają się msze święte. Jest on także bardzo popularnym miejscem do brania ślubów. Dla zainteresowanych organizowane są także kursy grania na dzwonach. Ich piękny, delikatny dźwięk można usłyszeć w każdy wtorek wieczorem między 19:30 a 21:00 oraz podczas niedzielnych mszy. 

Z kościoła wyszliśmy zachwyceni ilością i jakością uzyskanych informacji. Sympatyczny przewodnik miał olbrzymią wiedzę i potrafił ją przekazać w naprawdę ciekawy sposób. Kościół St Mary's zdecydowanie jest ukrytym skarbem Swindon i wizyta w nim była dla nas bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Ciekawa jestem jakie ukryte skarby macie w swoich miastach?

środa, 8 marca 2017

Kolbuszowa - z wizytą u pradziadków

Jak już Wam wcześniej wspominałam, będąc w Polsce miałam nadzieję sobie troszkę po niej pojeździć i poodwiedzać rodzinę i znajomych. Choroba Oliwki niestety mi te plany skutecznie pokrzyżowała. Ponieważ grypa na szczęście jednak nie trwa wiecznie, w końcu udało nam się na chwilę wyrwać i wyskoczyć na jeden dzień z wizytą do pradziadków Oliwki, którzy mieszkają w położonej pod Rzeszowem Kolbuszowej.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności moja siostra akurat jechała na jakąś konferencje do Rzeszowa i zaoferowała nam transport. Oliwka całą drogę (2 godziny) sobie słodko spała z tyłu samochodu, podczas gdy my z Gosią podziwiałyśmy mijane krajobrazy Gór Świętokrzyskich i Kotliny Sandomierskiej. Wbrew różnym pogłoskom zdecydowałyśmy się zaufać wujkowi Google i jego mapom i pojechałyśmy najkrótszą trasą przez Staszów, Połaniec i Mielec i była to zdecydowanie dobra decyzja. Drogi może i nie były w najlepszym stanie, ale ruch na nich był znikomy, a widoki po drodze malownicze.


Do pradziadków dotarłyśmy około godziny 11:00. Oliwka od razu wylądowała na rękach u babci i było jej tam tak dobrze, że do mnie wracała jedynie na karmienie i przewijanie. Dziadka natomiast uwiodła próbując bawić się jego laską. Studiowała dokładnie jej kształt i teksturę, a na koniec próbowała ją zjeść.

Historia miasta

Według legendy Kolbuszowa została założona przez zbója o imieniu Kolbusz. O zbóju tym jednak niewiele wiadomo, ani czym się zajmował, ani skąd się wziął. Wiadomo jednak, że nazwa Kolbuszowa (a właściwie Coluschowa) pojawiła się w roku 1508 w spisie posiadłości Tarnowskich z Zochowa. Korzystne położenie na szlaku handlowym z Sandomierza do Przemyśla zapewniło jej rowój i w XVI wieku Kolbuszowa była jedną z największych osad rolniczo-rzemieślniczych na terenie Puszczy Sandomierskiej.



Dużą rolę w historii miasta odegrała gmina żydowska, która powstała tutaj przed rokiem 1736. W XVIII wieku Żydzi stanowili już połowę mieszkańców, a w 1866 roku miasto przyjęło nowy herb, podkreślający koegzystencję społeczności chrześcijańskiej i żydowkiej. Składają się na niego krzyż grecki, gwiazda Dawida i splecione w uścisku dłonie.  Dawną obecność Żydów widać dzisiaj między innymi w charakterystycznej zabudowie Rynku.



Spacer po mieście

Próbując uśpić Oliwkę, wybrałam się wraz z ciocią na szybki spacer po mieście. Nie udało się nam wprawdzie dotrzeć do głównej atrakcji miasta, czyli skansenu, na co miałam sporą nadzieję, ale po drodze zobaczyłam trochę innych atrakcyjnych budynków i starych, kolorowych chat. Ciocia przedstawiła mi również miejsca ważne ze względu na rodzinną historię, jak choćby szkołę, do której uczęszczał tata Albina, czy szpital, w którym się Albin urodził. Gdy na Rynku robiłyśmy sobie zdjęcia z krokodylem, spadły na nas pierwsze krople, czającego się na nas już od jakiegoś czasu deszczu. Zakończył on przedwcześnie nasz spacer, ale Oliwka wyraźnie się ucieszyła mogąc wrócić w ramiona prababci.



Dzień spędzony u pradziadków minął nam bardzo szybko i zanim się obejrzałam Gosia dzwoniła, że wraca już z Rzeszowa i niedługo po nas przyjedzie. Do Kielc wracałyśmy w całkowitych ciemnościach. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie wprowadziła mojej kochanej siostry w jakieś manowce :) Podążając trasą wytyczoną przez wujka Google (tym razem wybrał nam inną drogę, niż tą którą dojechałyśmy), nagle wylądowałyśmy na wąskiej polnej drodze, która jak się zdawało prowadzila do nikąd. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie... A my twardo (za moją namową) jechałyśmy dziurawą drogą. Na szczęscie po jakiś 20 minutach nasza "malownicza" (zapewne w dzień) droga, połączyła się z główną drogą do Kielc, a my mogłyśmy już bez obaw dojechać do domu. Oliwka znowu całą drogę smacznie spała i nawet w domu nie bardzo miała ochotę się budzić. Moja mała Poriomaniaczka :)

Pradziadków będzie trzeba ponownie odwiedzić podczas kolejnej wizyty w Polsce. Mam nadzieję, że wtedy korzystając z majowej pogody uda się nam w końcu dotrzeć do skansenu :)

czwartek, 16 lutego 2017

Plany planami, a życie życiem

Miałam tyle planów na mój miesięczny pobyt w Polsce. Wyjazdy, odwiedziny, spacery... Byłam mega nakręcona! Tym bardziej, że w Polsce prawdziwa zima więc może i narty i sanki z Oliwką. A już na pewno "próbowanie śniegu" przez Małą.

Jednak jak słynne już powiedzenie mówi: "Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Powiedz mu o swoich planach". Po pełnym przygód locie, spędziliśmy parę fajnych dni w Warszawie. Miałam nadzieję na jakąś wizytę w ZOO, może jakieś muzeum, jednak smog oraz ostrzeżenia przed nim skutecznie nas zniechęciły do dłuższych spacerów. Poza tym moja bratanica właśnie kurowała się po szkarlatynie, więc musiała siedzieć w domu, a że Oliwką się z nią świetnie dogaduje (o ile jest to możliwe pomiędzy 7-latką i półrocznym dzieckiem :)) stwierdziam, że dobrze im zrobi czas spędzony razem.


W piątek przyjechała moja mama nas odebrać i zawieźć do Kielc. Ruszyłyśmy w sobotę wczesnym przedpołudniem i moje cudowne dziecko, całą drogę spało jak zabite. Planowałyśmy po drodze jakąś przerwę na kawę, zakładając, że Mała, która w ciągu dnia budzi się średnio po pół godzinie snu, nie wytrzyma całej 3-godzinnej podróży. Oliwka nas jednak zaskoczyła i z przerwy wyszły nici.



A po przyjeździe do Kielc się zaczęło... Najpierw katar, po tygodniu doszedł męczący kaszel. Mama, która jest pediatrą jej posłuchała i stwierdziła zmiany w oskrzelach. W ruch ruszyła cała artyleria leków. Jeszcze z samym katarem trochę wychodziłyśmy na dwór (a to załatwić polski akt urodzenia, a to na sanki z moją siostrzenicą), no ale przy kaszlu zdecydowałyśmy, że jednak najlepiej siedzieć w domu i od dwóch tygodni nosa poza niego nie wyściubiamy.

Już trzeci tydzień przekładamy wyjazd do dziadków do Kolbuszowej oraz do mojej chrzestnej, która mieszka na wsi pod Radomiem. Mam nadzieję, że w tym tygodniu w końcu uda się nam do nich wszystkich dojechać. Jednakże z powodu choroby nici z wyjazdu, do Łodzi, na który bardzo liczyłam. Miałam również nadzieję na szybką wizytę w Krakowie, ale tutaj mój brat wybił mi to z głowy, mówiąc, że powietrze jest aż żółte od smogu.


Przed nami jeszcze wesele mojej przyjaciółki oraz chrzest Oliwki i mam nadzieję, że te plany już nie ulegną zmianie. Mała na szczęście w końcu wraca do zdrowia. katar jej już niemal zupełnie przeszedł, a kaszle tylko okazjonalnie. Tym sposobem pierwszą chorobę mamy za sobą. Może to i dobrze, że stało się to w Kielcach pod czujnym okiem babci-pediatry.

środa, 8 lutego 2017

Pierwszy lot

Gotowa do drogi :)
Muszę przyznać, że trochę się obawiałam tego dnia. Dnia, w którym Oliwka miała po raz pierwszy polecieć samolotem. Bałam się, że sobie sama nie poradzę z Małą, wózkiem i trzema bagażami (dla nie wtajemniczonych dodam, że Albin dzień później leciał do Chile, wspinać na Aconcaguę oraz trzy inne szczyty). Że Oliwka będzie mi całą drogę płakać. Że albo mnie, albo siedzących koło mnie ludzi szlag trafi. Oraz że na koniec Oliwka nie będzie chciala spać w zupełnie nowym miejscu, a ja skończę płacząc nad nią i błagając ją, żeby mi dała chociaż chwilę pospać.

Aby zmniejszyć liczbę walizek (w końcu leciałam do Polski na całe 5 tygodni), parę dni wcześniej wysłałam do brata do Warszawy paczkę z większością ubrań, nosidełkiem, laktatorem i innymi drobiazgami, których wiedziałam, że w między czasie nie będę potrzebowała. Do spakowania zostało mi trochę ubranek na zmianę dla Olwiki (na wypadek gdyby jednak paczka nie doszła na czas), ulubione zabawki, książeczki. Do tego elektronika, dokumenty, torba ze sprzętem do przewijania. Wyjątkowo jak na mnie zrobiłam to już dzień przed wyjazdem (czyli jednak dziecko uczy lepszego planowania ;) ).

W dniu wyjazdu od rana Albin dużo bawił się z Małą chcąc wykorzystać pozostały im do rozłąki czas. O 15:00 przyjechał zamówiony transport i ruszyliśmy na lotnisko. Jak zwykle w samochodzie Oliwka zafascynowana wyglądała przez okno podziwiając migające jej drzewka i lampy. I jak zwykle zaczęła przysypiać w momencie kiedy dojeżdżaliśmy na lotnisko (ma w sobie chyba jakiś czujnik tego, kiedy nie powinna spać i właśnie wtedy najczęściej nam zasypia).

Na lotnisku bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie odprawa bezpieczeństwa, gdzie zostałam skierowana do jedynej wolnej bramki, która wyglądała jakby była specjalnie przeznaczona dla osób na wózkach i rodziców z małymi dziećmi (aczkolwiek mogę się mylić). Bardzo sympatyczni panowie po kolei instruowali mnie co mam robić (sporo w życiu latałam, ale nigdy samej z taką ilością bagażu podręcznego, więc się trochę zaczęłam gubić). Taki młody chłopaczek potrzymał mi dziecko, kiedy musiałam złożyć wózek, a pani darowała mi "przemycony" w torbie dla dziecka płyn do dezynfekcji rąk.

Pozytywnie nastawiona, po tak dobrym początku ruszyłam do hali odlotów. Oliwka powoli zaczynała być zmęczona i zaczynała marudzić. Ale nie było tragedii. Uspokoiła się jak tylko zaczęłam z nią jeździć. W sumie nawet mnie to jej zmęczenie za bardzo nie dziwiło. Lot miałyśmy o 18:10, a ona normalnie chodzi spać o 18:30 i już godzinę wcześniej jest wyraźnie marudna i zmęczona.

Gdy wyświetlono nam numer bramki, z której mamy odlatywać szybkim krokiem skierowałam się w
Pożegnanie z Tatą
ich stronę. Na tym etapie Oliwce już wszystko przeszkadzało, a gdy tylko stanęłyśmy w kolejce do sprawdzenia karty pokładowej, rozdarła się na całe gardło. Nie pomagało wówczas nawet dosyć mocne bujanie. Na domiar złego okazało się, że nie odprawiłam wózka (nie wiedziałam o tym), o czym poinformowała mnie dosyć niemiła pani z obsługi Ryanair'a. Pomimo moich szczerych przeprosin i obietnic poprawy, oraz prób bycia tak miłą jak tylko potrafię mając trzy bagaże (dwie małe torby i jeden większy bagaż podręczny), wózek oraz płaczące dziecko na ręku na jej ustach nie pojawił się nawet cień uśmiechu, a jedynie dosyć sroga reprymenda, za nieprzestrzeganie procedur. Szczerze mówiąc trochę mnie wkurzyła. No, ale nic. Nie chciałam pozwolić, aby jakiś wredny babsztyl zepsuł mi humor.

Czekając na wejście do samolotu Oliwka płakała już na całego. Chciała jeść, a ja nie chciałam jej karmić wiedząc, że jeśli to zrobię padnie mi zanim wsiądziemy do samolotu. Większość ludzi patrzyła się na mnie modląc się pewnie w duchu, żebym tylko nie usiadła koło nich, ale było parę osób, które rzuciło mi współczujące uśmiechy i pełne życzliwości komentarze.

Gdy w końcu mogliśmy się ruszyć natknęłam się na... schody. Dosłownie. I nie widziałam nigdzie obok windy. Aczkolwiek muszę przyznać, że nie rozglądałam się za bardzo, gdyż Albert - chłopak, z którym jechałam taksówką i który leciał tym samym lotem do Warszawy chwycił bez słowa za wózek i pomógł mi go znieść, Lekko nie było biorąc pod uwagę, że miałam jeszcze oprócz wózka inne bagaże, ale jakoś dałam radę.

Przy schodach samolotu złożyłam i oddałam wózek oraz mój główny bagaż podręczny. W samolocie okazało się, że koło mnie siedziała młoda parka, która wraz ze znajomymi leciała do Polski do jakiejś znajomej. Nie byli zachwyceni faktem, że siedzą koło niemowlaka karmionego piersią. Wprawdzie wprost nic nie powiedzieli, ale coś tam pod nosem mruczeli i od czasu do czasu rzucali komentarze pełne dezaprobaty. I jak na złość Oliwka wcale nie chciała spać. Zasnęła wprawdzie przy starcie, kiedy dalam jej cyca, dając nadzieję na spokojny lot, ale moje szczęście trwało tylko pół godziny...

Po pół godzinie Mała się obudziła i nic nie było w stanie jej zmusić do snu. Ani co chwila podawane jedzenie, ani kołysanie. W końcu wyjęłam zabawkę i próbowałam ją w ten sposób uciszyć. Chwilowo pomogło. Na zmianę z przytykaną do ust piersią trzymały Oliwkę mniej więcej w ryzach. No cóż... nie był to rewelacyjny lot, ale nie było tragedii.

Mgła w Warszawie była taka, że płytę lotniska zobaczyłam dopiero kiedy już praktycznie jej dotykaliśmy. Jedna ze stewardess coś wspominała o złych warunkach pogodowych oraz że w związku z nimi lot może być skierowany na jakieś inne lotnisko, ale na szczęście poprawiły się one na tyle, że mogliśmy spokojnie wylądować.

To już tylko odebrać bagaż i mogliśmy iść witać się z moim bratem.

No właśnie... bagaż... Ponieważ wysiadłam jako jedna z ostatnich osób z samolotu na karuzeli zostały już tylko trzy walizki. Złapałam tą, która wyglądała na moją, otworzyłam, aby się upewnić, że to mój bagaż (zwykła czarna walizka firmy Dunlop, która w UK jest bardzo popularna), a tu w środku jakieś obce ubrania. No ale nic. Jeszcze nic nie podejrzewając poczekałam chwile i znowu zobaczyłam "moją" walizkę. Znowu ją otworzyłam, a to była ta sama walizka, którą otworzyłam przed chwilą. W tym momencie mnie tchnęło przeczucie, że chyba ktoś sobie pomylił bagaże. Zapytałam się faceta przy karuzeli czy czekają jeszcze na jakieś bagaże i oczywiście okazało się, że nie.

Jak pech to pech. Zgłosiłam "podmienienie" bagażu, co zajęło trochę czasu (o dziwo Oliwka dzielnie to zniosła bez marudzenia; chyba wiedziała, że chodzi o jej ulubione zabawki ;)) i w końcu mogłyśmy spotkać się z Witkiem i jechać do domu. Cóż by to była za pierwsza podróż jakby obyła się bez przygód? W ten sposób na pewno zapamiętam ją na długo :)

piątek, 20 stycznia 2017

Ashton Court - sobotni spacer

W sobotę od rana przywitała nas piękna zimowa pogoda: błękitne niebo, słońce i delikatny mrozik. Nie zastanawialiśmy się więc długo: jak tylko Oliwka się obudziła ze swojej pierwszej drzemki, zapakowaliśmy ją w wózek i pognaliśmy na autobus jadący do centrum Bristolu. 


Już od jakiegoś czasu przymierzaliśmy się do wycieczki do Ashton Court. Znajduje się tam ładny dwór z 1632 roku oraz duży park. W parku tym byliśmy raz podczas odbywającej się co roku fiesty balonowej, jednak w tym czasie, jak się zapewne domyślacie, tłum ludzi uniemożliwia jakiekolwiek delektowanie się widokami (no może poza widokiem balonów, które się przychodzi oglądać :)) Trzeba nam więc było wrócić, aby zobaczyć jak Ashton Court wygląda podczas dnia powszedniego.

Ponieważ mieszkamy praktycznie na obrzeżach miasta, każdy wyjazd do centrum traktujemy jak mniejszą wyprawę: pakujemy więc wszystko czego możemy potrzebować przez cały dzień. Nie mamy tutaj problemu ze standardowo zapakowaną torbą Oliwki, ale musimy pamiętać o jedzeniu i wodzie dla nas oraz aparacie (co nie zawsze jest aż tak oczywiste :)) 


Autobus jak na złość jechał baaaardzo długo... Zatrzymywał się na każdym przystanku, a ludzie wyjątkowo się ślamazarzyli kupując bilety. Na domiar złego okazało się, że na znajdującym się w pobliżu parku stadionie Ashton Gate Bristol City FC (czyli główna drużyna piłkarska z Bristolu, grająca w EFL Championship) rozpoczynała wkrótce swój mecz, w związku z czym na drodze były olbrzymie korki, spowodowane między innymi eskortą kibiców drużyny przeciwnej. 

Całe to opóźnienie nie przypadło za bardzo do gustu Oliwce, która przespawszy całą drogę, po przybyciu do parku, dobitnie nam oznajmiła, że nadeszła pora karmienia. Usiadłam więc przy stoliku, zamówiłam kawę i wystawiłam pierś na ziąb. Dobrze, że Oliwka mnie ogrzewała, to niska temperatura aż tak mi nie doskwierała :)


Pierwsze wzmianki o Ashton Court pochodzą już z XI wieku, kiedy to stojący na tym miejscu ufortyfikowany dówr został podarowany przez Williama Zdobywcę Geoffrey'owi de Montbaray - biskupowi Countances. W XIV wieku posiadłość została rozbudowana przez pochodzącego z  Francji szlachcica - Thomasa de Lions. Wówczas też został do niej dołączony park. Najdłużej, bo aż 400 lat Ashton Court znajdował się w rękach rodziny Smyth. W internecie znajduję sprzeczne informacje dotyczące sprzedaży dworu Thomasowi Smyth (1495 lub 1545 rok). W roku 1946 zmarła Esme Smyth - ostatnia właścicielka Ashton Court. Od tego czasu przez 13 lat stał opuszczony, ale już w 1959 roku został wykupiony i zrestaurowany przez Bristol City Council. Obecnie jest to popularne miejsce weekendowych spacerów dla mieszkańców Bristolu. 

Miejsce jest idealne na spacery (piękne widoki na Bristol, ładne ścieżki, stare drzewa i park jeleni) ale Oliwka jakoś nie była w humorze. Pomimo, że sprawdziliśmy jej wszystkie systemy (jedzenie, pielucha, spanie) cały czas nam marudziła. Trochę niby przysypiała, ale co i rusz się budziła pomrukując pod nosem. Najwyraźniej nie spodobał się jej nasz pomysł spędzenia ładnej soboty. Do tego niebo się nieco zachmurzyło i nawet spadło na nas trochę deszczu. Postanowiliśmy być jednak twardzi i dokończyć nasz zaplanowany spacer. Doszliśmy sobie (może nieco szybszym niż nornalnie krokiem) do Clifton Bridge, a potem przez Clifton zeszliśmy do centrum miasta, skąd wróciliśmy do domu.


No cóż... jak widać nawet dziecko Poriomaniaków nie zawsze ma nastrój na wycieczkę i czasem sobie trochę pomarudzi. W końcu jak każdy jest człowiekiem (tylko nieco mniejszym) i ma prawo do swoich humorków. Mam jednak nadzieję, że jej tak nie zostanie i jednak polubi zwiedzanie :)

sobota, 14 stycznia 2017

Paszport tymczasowy dla niemowlaka

Do Londynu pojechaliśmy w bardzo konkretnym celu: aby wyrobić Oliwce paszport. I o ile nigdy nie miałam problemów z wyrobieniem sobie paszportu, o tyle jeżeli chodzi o Oliwkę, zaginęłam w informacjach zamieszczonych na stronie polskiej ambasady. I nawet nie chodziło tutaj o sam paszport (tutaj procedura jest dosyć prosta), a o PESEL. 

Na stronie ambasady przeczytamy, że:

"W przypadku gdy małoletni urodzony na terenie Wielkiej Brytanii nie posiada odpisu polskiego aktu urodzenia, należy w pierwszej kolejności przeprowadzić procedurę wpisania brytyjskiego aktu urodzenia dziecka do polskich ksiąg stanu cywilnego. Można tego dokonać m.in. za pośrednictwem najbliższej rodziny w Polsce lub za pośrednictwem działu prawnego Wydziału Konsularnego."

No dobra, niby wszystko pięknie, ale jak możemy tego dokonać za pośrednictwem rodziny? Jakie są wówczas procedury i jakie dokumenty są wymagane? Tych infomracji na stronie ambasady już nie znajdziemy. Znalazłam jedynie informacje jak można się ubiegać o numer PESEL w ambasadzie, ale też był to jakiś urzędniczy bełkot. 

Od znajomej natomiast dowiedziałam się o możliwości wyrobienia paszportu tymczasowego dla dziecka które nie ukończyło roku. Jednak i w tym przypadku strona ambasady nie była zbyt pomcna:

"(...) w szczególnie uzasadnionych przypadkach dopuszcza się wydanie przez konsula paszportu tymczasowego małoletniemu urodzonemu za granicą bez zamieszczania w tym paszporcie numeru PESEL. Wydział Konsularny Ambasady w Londynie wydaje takie dokumenty wyłącznie w szczególnie uzasadnionych przypadkach dla dzieci które nie ukończyły 1 roku życia."
Co to znaczy "szczególnie uzasadniony przypadek"? Czy fakt, że rodzice są sieroty i nie bardzo wiedzą jak się o ten PESEL ubiegać jest wystarczającym uzasadnieniem?

W końcu pomógł nam e-mail do ambasady, gdzie udzielono mi informacji, że bez numeru PESEL możemy się starać o paszport tymczasowy bez zbędnego tłumaczenia (czyli chyba jednak takich rodzców-sierot mają więcej :))

Najpierw na stronie www.e-konsulat.gov.pl musimy zarezerwować wizytę w konsulacie. Przy ubieganiu się o paszport tymczasowy wybieramy opcję "paszport 5-letni" i w miejscu numeru PESEL wpisujemy swój numer.

Dokumenty, których potrzebujemy do wyrobienia paszportu tymczasowego to:
  • wypełniony wniosek paszportowy (do wypełnienia na miejscu w ambasadzie)
  • brytyjski akt urodzenia
  • jedna fotografia dziecka (kolorowa 3,5x4,5cm, na jasnym tle; wymagania są generalnie takie same jak do paszportu brytyjskiego więc takie zdjęcie można zrobić w większości punktów, gdzie wykonywane są zdjęcia paszportowe w UK; ja na wszelki wypadek dzwoniłam aby się upewnić, że robią zdjęcia małym dzieciom: Oliwka została położona na takiej śmiesznej białej poduszcze i miły pan zrobił jej zdjęcie od góry - to tak jakby ktoś się zastanawiał jak się robi maluszkom zdjęcie do paszportu)
  • ważne paszporty lub w przypadku obywateli państw członkowskich Unii Europejskiej ważne dowody osobiste rodziców rodziców lub opiekunów prawnych dziecka.
  • Odpis skrócony aktu małżeństwa - my swój przywieźliśmy, ale nikt się o niego nie pytał, a wręcz gdy zapytałam się czy jest potrzebny to usłyszałam, że niekoniecznie :)
Na stronie ambasady jest również napisane, że należy napisać podanie do Konsula z wyjaśnieniem powodu wnioskowania o paszport  dla dziecka na podstawie zagranicznego aktu urodzenia. Nie mieliśmy takiego podania ze sobą i nikt się nas o nie nie pytał. 

My zarezerwowaliśmy sobie wizytę w punkcie paszportowym Londyn POSK. Oczywiście, jakoś nie przyszło mi do głowy, że jest to w zupełnie innym miejscu niż ambasada. Przyjeżdżając do Londynu sprawdziliśmy gdzie jest ambasada i jak się do niej dostać. Całe przedpołudnie się włóczyliśmy po centrum, mając w planie na spokojnie sobie podejść bądź podjechać do ambasady, która znajduje się w pobliżu Muzeum Madame Tussaud. 

Około południa stwierdziłam, że jeszcze raz sprawdzę gdzie dokładnie mamy się dostać i spojrzałam na maila, z potwierdzeniem wizyty. I tutaj surprise! POSK znajduje się na Hammersmith w zachodnim Londynie! Dobrze, że mnie tchnęło, bo inaczej nie mielibyśmy szansy dostać się tam na czas, gdyż dojazd tam z centrum zajmuje około pół godziny. Szczęsliwie mieliśmy wystarczająco czasu, więc złapaliśmy granatową linię metra i jeszcze nawet starczyło nam czasu na kawę i karmienie w pobliskim Nero (chociaż z miejscami było kiepsko, bo akurat pora lunchu). 

W POSK-u bardzo miła atmosfera. Zostaliśmy serdecznie przywitani przez pana w recepcji, który od razu skierował nas do okienka do pana Konsula. Poza nami nie było innych petentów, więc na spokojnie wypełniliśmy wniosek, złożyliśmy dokumenty u sympatycznego  pana Konsula i jeszcze tylko musiałam podbiec na pocztę, aby uiścić opłatę za paszport. Chyba miałam na twarzy wypisane, po co tam przyszłam, albo Konsul wysyła na tą pocztę naprawdę dużo ludzi, gdyż jak tylko weszłam usłyszałam:

"Przyszłaś z POSK-u zapłacić za paszport, prawda?"

I wszystko jasne. Nie musiałam nic tłumaczyć, opłata została sprawnie dokonana. Po powrocie do POSK-u natknęłam się na Albina otoczonego wianuszkiem starszych pań, które do UK najwyraźniej przybyły w okolicy II Wojny Światowej, które zachwycały się naszą Oliwką. Chwilę mnie nie ma, a Albin już wyrywa laski na dziecko ;)

Po tak mile zakończonej wizycie pora nam była wracać do domu. Jeszcze tylko na koniec dodam, że od znajomej słyszałam, że w ambasadzie, atmosfera jest zupełenie inna, ludzie niemili, tłok, gwar i kolejki. Więc jeśli wybieracie się do Londynu tylko po paszport dla dziecka poniżej 12-go roku życia to zdecydowanie polecam POSK. 

Ciekawa jestem jak wyglądają Wasze doświadczenia z różnych placówek dyplomatycznych na świecie :)

czwartek, 5 stycznia 2017

Londyn z niemowlakiem

Sprzątam mieszkanie. Dokładnie. Po nocy. A to może oznaczać tylko jedno: ruszamy w drogę! Sprzątanie jest u mnie typowym objawem raisefieber, czyli gorączki przedwyjazdowej. Sama nie wiem skąd się to bierze, ale chyba stąd, że uważam, iż nie ma nic gorszego niż powrót do domu po urlopie do brudnego domu. 

Tym razem wyjazd był tylko jednodniowy, ale potrzebowałam go jak tlenu do życia. Praktycznie od lutego, kiedy to byliśmy na Litwie, mało się poza Bristol ruszałam (nie liczę tutaj wypadu do Polski na wesele kuzynki). Ciąża, a potem malutkie dziecko jakoś nie sprzyjały dalekim podróżom. Tym bardziej, że chciałam oszczędzić przysługujące mi dni urlopu wypoczynkowego i dołączyć je do mojego urlopu macierzyńskiego. 

Wyjazd do Londynu był podyktowany koniecznością wyrobienia Oliwce paszportu, ale i tak cieszyłam się na niego jak małe dziecko. Posprzątałam chałupę, porobiłam nam jedzenia jakbyśmy mieli jechać na cały tydzień, spakowałam plecaki z rzeczami dla nas i dla Oliwki. Jak to jednak ze mną bywa najważniejszą rzecz, czyli dokumenty potrzebne do wyrobienia paszportu zostawiłam na sam koniec, kiedy to Oliwka już spała, co wywołało małą kłótnię pomiędzy mną i Albinem. 

Na szczęście do rana nam przeszło i długo przed świtem zebraliśmy siebie i ciągle śpiącego Maluszka do samochodu. Termometr pokazywał -8°C, wszystko dookoła było pokryte grubą warstwą białego szronu. Na autostradzie panował znikomy ruch (i o to nam chodziło!), a Oliwka spała w swoim foteliku jak dziecko.

Do Londynu udało się nam dojechać około 7:00. Zaparkowaliśmy na Park&Ride przy stacji Hounslow West, jeszcze w samochodzie Małą nakarmiłam, przebrałam i ruszyliśmy na podbój stolicy. 

Muszę przyznać, że miałam sporo obaw związanych z wyjazdem. W końcu to nasza pierwsza "wyprawa". Oliwka miała spędzić cały dzień w nosidełku, co jeszcze do tej pory się jej nie zdarzyło. Nie wiedziałam czy wzięłam dla niej odpowiedni zestaw ubrań (szczególnie, że mróz nie odpuszczał, co w Anglii za często się nie zdarza). No i w ogóle czy dobrze zniesie jazdę i cały dzień poza domem. Moje obawy okazały się jednak zupełnie bezpodstawne. Mała jest taką samą poriomaniaczką jak my i przez cały dzień zachowywała się doskonale. 

Bardzo spodobała się jej podróż metrem. Podziwiała widoki za oknem (kiedy coś było widać) oraz ludzi w pociągu. Gdy wysiedliśmy w centrum, kołysanie nosidełka niemal natychmiast ją uśpiło. Spała prawie trzy godziny, podczas których my sobie połaziliśmy oglądając miasto (wprawdzie mieszkaliśmy tutaj przez prawie rok, ale Londynu chyba nigdy nie ma się dosyć jeżeli chodzi o zwiedzanie!). Leicester Square, Covent Garden, St Paul's Cathedral, Waterloo Bridge, London Eye. Po trzech godzinach głośnym płaczem Oliwka zakomunikowała nam, że pora zrobić sobie przerwę na kawę i ją nakarmić. Na szczęście w Londynie kawiarni jest całkiem sporo więc nie mieliśmy problemu ze znalezieniem odpowiedniego miejsca. Chwila odpoczynku, zabawa z Bąblem, aby potem ruszyć w dalszą drogę.

Tym razem nosidełko przejął ode mnie Albin, a miarowe kołysanie znowu kojąco wpłynęło na naszego Maluszka, który niemal natychmiast zasnął jak tylko ruszyliśmy. Kolejnej przerwy Mała zażyczyła sobie przy Pałacu Buckingham. I tutaj niesety zonk, bo kawiarni jak na lekarstwo. Dookoła parki (St. James i Green Park) i aby coś znaleźć musieliśmy dosyć szybkim krokiem przejść przez cały Green Park. Oliwka trochę sobie pomarudzila, ale gdy tylko dostała cyca w Nero Cafe od razu poprawił się jej humor i podobnie jak poprzednim razem, po chwili zabawy była gotowa na dalszą drogę. 

Spokojnym krokiem wróciliśmy sobie pod Piccadilly Circus skąd rozpoczęliśmy zwiedzanie. Odwiedziliśmy nowootwarty sklep Lego (bardzo polecamy!), gdzie od usłyszeliśmy, że nasze dziecko będzie bardzo szczęśliwym człowiekiem mając takich radosnych rodziców :), naszą ukochaną księgarnię podróżniczą Stanfords, gdzie kupiliśmy Oliwce kolorową książeczkę o Londynie i powłóczyliśmy się po China Town. 

Gdy przyszła pora ruszać nam do ambasady, po ponownym sprawdzeniu adresu, okazało się, że wizytę mamy jednak umówioną nie w ambasadzie, a w siedzibie POSK na Hammersmith. Dobrze, że wcześniej to sprawdziłam! Ponowna przejażdżka metrem, kawa i karmienie oraz wizyta u konsula. Będąc na Hammersmith miałam nadzieję spotkać się z koleżanką z byłej pracy, ale ponieważ nie dałam wcześniej znać, że będę (bo przecież nie wiedziałam...) okazało się, że miała ona akurat spotkanie w czasie lunchu. 

Chcąc uniknąć godzin szczytu zaraz po złożeniu wniosku o paszport ruszyliśmy z powrotem do samochodu. Tym razem utknęliśmy trochę w korku przy wyjeździe z Londynu. co nie bardzo się Oliwce spodobało. Płakała, a ja nie bardzo mogłam cokolwiek zrobić poza głaskaniem jej po główce... Na szczęście jak tylko ruszyliśmy w drogę Mała znowu zasnęła i poza krótką przerwą na zatankowanie benzyny i skorzystanie z toalety spała już do samego domu. 

Porady praktyczne:

Dojazd: my zdecydowaliśmy się na wynajęcie samochodu i skorzystanie z tutejszych park & ride. Bardzo dobrą wyszukiwarkę parkingów znajdziecie tutaj: http://parkandridelondon.com/ Zaznaczacie skąd jedziecie i gdzie w Londynie chcecie się dostać, a wyszukiwarka pokazuje Wam najdogodniejszy parking wraz z cenami. Oczywiście do Londynu można również przyjechać pociągiem lub autobusem (Megabus lub National Express). Wówczas wysiadacie w samym centrum miasta i dojazdami się już nie przejmujecie. 

Poruszanie się po mieście: Już kiedy mieszkaliśmy w Londynie zwróciliśmy uwagę jak nieprzyjazne wózkom jest to miasto. W metrze tylko na niektórych stacjach są windy i udogodnienia dla osób niepełnosprawnych. Stąd nasza decyzja o wzięciu nosidełka, która sprawdziła się w 100%. 

Jeżeli planujecie poruszać się transportem miejskim (pod tym względem Londyn jest dla mnie najlepiej zorganizowanym miastem na świecie i naprawdę ciężko się tu zgubić) zaopatrzcie się w kartę Oyster, dzięki której będziecie mniej płacić za pojedyncze przejazdy (jest na niej także dzienny limit, powyżej którego nie płacicie za bilety) lub w bilet całodzienny. Za kartę Oyster płaci się £5 depozytu, który zostanie Wam zwrócony przy oddaniu karty w kasie. 

Z karmieniem nigdzie, poza samą okolicą Buckingham Palace, o czym już pisałam, nie miałam problemów. Kawiarni wszędzie mnóstwo. A gdyby było lato, to i w parku na ławce bym nakarmiła. My natomiast jedliśmy trochę w biegu, ponieważ chcąc nieco oszczędzić pieniądze przygotowałam dla nas wałówkę na cały dzień. 

W następnym poście opowiem Wam jak wyglądają procedury wyrobienia paszportu dla dziecka za granicą oraz jak przebiegała nasza wizyta w konsulacie. Jeżeli w międzyczasie macie jakieś pytania dotyczące Londynu, dajcie znać a ja postaram się na nie wszystkie odpowiedzieć (także na podstawie mojego doświadczenia kiedy to jeszcze bez dziecka mieszkałam w Londynie).

ZDJĘCIA LONDYN

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Sylwestrowo

Międzybrodzie Żywieckie, 2004 - nasz pierwszy wspólny Sylwester. Całodniowa wędrówka po górach zakończona imprezą sylwestrową do białego rana. Pyszny grzaniec z owocami i ognisko następnego dnia.

Gdańsk, 2005 - wycieczka kolejowa po zamkach. Zakończony przedwcześnie sylwester na rynku z Dodą w roli głównej. Rozmowa z żulikiem w kolejce po kebaba. Deszcz. Nocleg na dworcu skąd niemal zostaliśmy wygonieni jako bezdomni przez SOK. Pani Moher walcząca o nasze prawa.

Białka Tatrzańska, 2006 - sylwestrowy wyjazd z najlepszą kielecką ekipą. Kompot jagodowy o wyglądzie spirytusu. Śmiganie na nartach po okolicznych stokach. Niekompetentni kelnerzy w drogiej knajpie. Pijackie wieczory ze wspaniałymi ludźmi.

Manchester, 2007 - nocna zmiana w hotelu. Telewizor nastawiony na oglądanie fajerwerków w Londynie. Gość za dwie dwunasta chcący kupić butelkę wina. Nici z fajerwerków. Od 00:15 wszyscy chcą jeść. Praca wrze.

Londyn, 2012 - północ na dachu - tarasie naszego domu. Szampan. Oglądanie fajerwerków nad miastem i obietnica, że już nigdy więcej nie spędzimy samotnie Sylwestra w domu.

Nasz widok z okna w Londynie

Paragwaj, 2013
 - piwo udające szampana, 12 winogron i pięć fajerweków na krzyż po argenytyńskiej stronie rzeki.


Bristol, 2016 - czapeczki, baloniki i seria zdjęć robiona z Małą o 18:00. Wieczór przy grze planszowej z moją mamą. O północy sok ze świeżo wyciśniętych owoców robiący za szampana, tradycyjne już 12 winogron i oglądanie fajerwerek przez okno oraz na laptopie z Londynu. Najlepszy Sylwester ever!