czwartek, 15 grudnia 2016

Piechotą do Bath

Uwielbiam chodzić. Najlepiej uświadomiłam to sobie chyba podczas długiego 11-dniowego trekkingu w Peru z Choquequierao do Machu Picchu. Pamiętam jak przemierzając kolejne kilometry myślałam sobie, że jest to zdecydowanie moja ulubiona forma aktywności i jak to bym mogła przejść świat dookoła (tylko jak zwykle to bywa brak czasu i pieniędzy...). 

Z chodzeniem zresztą związana jest jedna z ulubionych anegdot mojej mamy z okresu kiedy miałam jakieś 2 lata. Mój tata wybrał się wówczas z jakimś swoim znajomym na spacer do lasu, a ja na moich malutkich nóżkach dzielnie za nimi podążałam przez naprawdę długi czas. Chodzenie miałam jak widać we krwi od urodzenia :)

Dlatego zawsze jak widzę jakiś szlak to zawsze mam nieodpartą ochotę go przejść. Gdy przeanalizujecie moją Listę Marzeń, to zobaczycie, że całkiem sporo z nich jest związanych z uchodzeniem.

Tak właśnie było ze ścieżką rowerową, o której Wam pisałam w poprzednim poście. Wprawdzie już nie raz i nie dwa przejechałam ją na rowerze, ale już od dłuższego czasu chodziło mi  po głowie ukończenie jej pieszo. Czekałam więc na odpowiedni dzień: musiało być słońce (szczęśliwie w tym roku trafiła się nam piękna złota angielska jesień :)), ja musiałam nie mieć żadnych planów (z tym już było gorzej, bo od kiedy jestem na urlopie macierzyńskim ciągle się z kimś umawiam), no i Albin musiał mieć dzień wolny w pracy (zawsze to raźniej iść z kimś z kim można porozmawiać, bo Oliwka póki co chociaż bardzo się stara, średnio się do tego nadaje :)). 

W końcu na początku listopada udało się nam zebrać i ruszyliśmy w drogę. Pogoda dopisywałą, podobnie jak humory. Ponieważ był to środek tygodnia ruch na ścieżce był dosyć ograniczony, co było nam bardzo na rękę.

Na trasie

Po drodze minęliśmy dawne stacje kolejowe:

Warmley - bardzo popularne miejsce odpoczynku na ścieżce; na dawnym peronie znajduje się kawiarnia, w której przy ładnej pogodzie ciężko o miejsce. Przy stolikach porozstawiane są miski dla psów, a przy kasie można swojego czworonoga poczęstować darmową smakoszką

Bitton - jedyna w pełni zrekonstruowana stacja na trasie. Kilka razy w tygodniu odjeżdża stąd kolej parowa, regularnie organizowane są różnego rodzaju imprezy, znajduje się tu mały sklep z pamiątkami (głównie dla miłośników historii kolei) i oczywiście kawiarnia.


Kelston - stacja, która nigdy nie powinna powstać. Została wybudowana dzięki panu Inigo Jones, który mieszkał w Kelston, i od którego to Midland Railway musiało wykupić ziemię, aby poprowadzić linię do Bath. Inigo zgodził się ziemię sprzedać pod warunkiem, że władze wybudują stację w miejscu, które będzie dogodne dla jego wioski. I nie miało tu znaczenia, że do stacji  nie prowadziła żadna droga, a potencjalni pasażerowie musieli dochodzić do niej pieszo. Pan Jones miał również prawo zatrzymania jakiegokolwiek pociągu Midland Railway pod warunkiem, że zawiadomi ich z 24 godzinnym wyprzedzeniem. Jego ostatnim warunkiem było, to żeby stacja nigdy nie została zamknięta... No cóż... chyba ciężko było wówczas przewidzieć, że cała linia zostanie zlikwidowana...

Po drugiej stronie rzeki od stacji Kelston znajduje się urocza miejscowość Saltford, której nazwa prawdopodobnie pochodzi od słonych wód, które pojawiały się w rzece Avon podczas wyjątkowo wysokich przypływów. 

W Saltford zatrzymaliśmy się na w pubie Bird in Hand na lunch. Przypuszczam, że latem, kiedy można sobie usiąść na zewnątrz jest to bardzo przyjemne miejsce dla rodzin z dziećmi, jednak kiedy my przyszliśmy chcąc usiąść w środku, aby się nieco zagrzać zostaliśmy skierowani do części dla rodzin, która jednak nie była zbyt przyjemna... Była to pierwsza wizyta Oliwki w pubie (wcześnie zaczyna!) i chyba jej się podobało. Jak zwykle kiedy jesteśmy w jakimś nowym miejscu oczka jej latały na prawo i lewo przede wszystkim obczajając wszystkie światełka dookoła.


Po zjedzeniu pożywnej zupy ruszyliśmy dalej w drogę. Niebo zasnuły chmury i zrobiło się nieco chłodniej, ale jakoś specjalnie nam to nie przeszkadzało. Mi natomiast zaczęły się dawać we znaki nogi. Wprawdzie codziennie chodzę na dosyć długie spacery jednak 10 km żwawym krokiem było dla mnie swoistym wyzwaniem. A przed nami była jeszcze połowa drogi. 

Od Kelston aż do samego Bath nie ma już więcej stacji kolejowych, ale w zamian za to drzewa rosnące wzdłuż ścieżki tworzą prześliczne korytarze, a w prześwitach można podziwiać piękne widoki na znajdującą się poniżej dolinę rzeki Avon. 


Po mniej więcej 5 godzinach marszu i przejściu w sumie nieco ponad 20km dotarliśmy do Bath. Jest to małe miasteczko, które zostało założone już w czasach rzymskich (około 60 r. n.e.). Co roku odwiedza je 3.8 mln osób, co czyni je jednym z najbardziej popularnych miejsc turystycznych w Wielkiej Brytanii. 

Tym razem byliśmy w Bath tylko na chwilę, więc nie będę się o nim za bardzo rozpisywać. Tym bardziej, że ze względu na swą urodę i znaczenie zasługuje na oddzielny wpis. W Bath złapaliśmy autobus do Bristolu. 

Oliwka całą drogę zachowywała się bardzo dobrze. Przez większość czasu smacznie sobie spała, krzykiem dając nam znać, że zgłodniała i pora ją nakarmić. 

Karmienie piersią

Nie było łatwo zacząć. Miałam całe mnóstwo momentów, kiedy miałam ochotę dać sobie spokój i przejść na mleko modyfikowane. Mała nie przybierała na wadze, nie umiała się dossać, mi nie bardzo chciał lecieć pokarm... Na szczęście w Wielkiej Brytanii istnieją grupy wsparcia dla kobiet karmiących i po paru wizytach, poradach i dużej dawce cierpliwości (oj, tej to potrzeba przy dziecku...) udało mi się wyjść na prostą i teraz karmię Oliwkę tylko piersią. 

O zaletach mleka matki, chyba nie mam się co rozpisywać, bo wszędzie o tym trąbią (zwiększona odporność dziecka, mleko zmienia swój skład wraz z wiekiem dziecka, porą roku, a nawet porą dnia, wygoda - to tylko niektóre plusy, dla tych co jednak o karmieniu piersią za wiele nie wiedzą). Obserwuję ostatnio w Polsce dyskusję na temat karmienia piersią w miejscach publicznych. I szczerze mówiąc nieco mnie ona drażni. Jak wiecie należę do osób, które nie potrafią siedzieć w domu. Czy w związku z tym mam przestać karmić piersią? Albo karmić dziecko w toalecie? (ludziom, którzy używają takich argumentów proponuję niech sobie zjedzą swój obiad w toalecie publicznej. Smacznego!) W związku z powyższym pozostaje mi karmienie publiczne. Czy się z tym obnoszę? Nie. Staram się zazwyczaj siadać gdzieś na uboczu, chusty nie używam, bo raz próbowałam i skończyło się na tym, że Oliwka była cała czerwona i zgrzana, a na jej komforcie jedzenia też mi zależy, ale zawsze staram się przykryć jak największą część piersi bluzką i szczerze mówiąc wydaje mi się, że za dużo to osoby postronne nie zobaczą. No może kawałek sutka kiedy mała się pzyłącza lub odłącza (o zgrozo!)

Pamiętam wprawdzie pierwszy raz kiedy miałam nakarmić Oliwkę na ławce i jak się wówczas stresowałam. Nie jest to komfortowa sytuacja i jeśli mogę, to zawsze wolę karmić w domu, ale jednocześnie nie daję się ograniczać. Obecnie wydaje mi się, że doszłam w miarę do wprawy w karmieniu bez urażania nikogo (chociaż tak naprawdę sama nie wiem jak karmienie piersią mogłoby kogoś urazić skoro jest to tak naturalne zjawisko?) i jeśli trzeba karmię wszędzie: w parku, w restauracji, w centrum handlowym czy w centrum miasta. Wygoda niesamowita i jeśli tylko się da polecam każdej młodej matce :)

I co, czy tak dużo widać??

2 komentarze:

  1. Super wpis. Fascynujący blog. Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się że Ci się u nas podoba :-) dziękujemy za miłe słowa :-)

      Usuń