piątek, 25 marca 2016

Recenzja - "Red Strangers", Elspeth Huxley

Odwiedzając nowe miejsca lubię wcześniej poczytać co nieco na ich temat. Czasami są to reportaże z podróży, czasami blogi, a innym razem książki, których akcja toczy się w miejscu, do którego się wybieram.

Nie inaczej było przed naszym wyjazdem do Kenii. Nie mając u siebie na półce zbyt wielu książek traktujących o tym odległym kraju, wybrałam się do Waterstons’a, gdzie swe kroki skierowałam wprost do działu podróżniczego. Ku mojej radości okazało się, że akurat trwa promocja na książki o Afryce (jakieś zrządzenie losu, czy co?:)). Z zainteresowaniem zaczęłam więc przeglądać wystawione na półce tytuły. Część z nich traktowała, o Afryce w całości, całkiem sporo poświęconych było krajom Afryki zachodniej, a te dotyczące regionu mnie interesującego najczęściej obejmowały kilka krajów naraz, opisując czyjąś podróż przez bezdroża wschodniej części kontynentu. Aż w końcu w moje ręce trafiła o nietypowym jakby się wydawało na tamte regiony tytule „Red Strangers” (bo czyż nie kojarzy Wam się to bardziej z czerwonymi twarzami w Ameryce Północnej?).

Już szybki rzut oka na opis na tylnej okładce przekonał mnie, że jest to lektura, którą muszę przeczytać.

Dorastając w Kenii we wczesnych latach XX wieku, dwaj bracia Matu i Muthengi, wychowani są w tradycji, o której wiedzą, że istniała od początku świata. Jednakże kiedy nagle pojawiają się „czerwoni” przybysze, spaleni słońcem Europejczycy, którzy planują skolonizować ich ziemię, życie tej pary z plemienia Kikuyu zmienia się dramatycznie.

Ci z Was, którzy czytali moje wcześniejsze posty o Kenii już zapewne wiedzą, że moja przyjaciółka, do której się wybieraliśmy pochodzi właśnie z plemienia Kikuyu. Czegoż więc więcej mi trzeba było niż właśnie historii spotkania dwóch jakże odmiennych kultur.

Książka wciąga już od pierwszych stron. Cała historia zaczyna się jeszcze przed przybyciem pierwszych osadników do Kenii. Czytając kolejne rozdziały całkowicie przeniosłam się w pierwotny świat Kikuyu: bez pieniędzy, natomiast z wiarą w duchy przodków; bez przywódców, ale z radą starszych; bez miast, ale również bez skrajnej biedy i głodu. Powoli poznawałam jak upływało życie przeciętnego Kikuyu: począwszy od obrzędu obrzezania, który wprowadza chłopców w dorosłość, poprzez małżeństwo, narodziny dziecka itp. Będąc w tym świecie, aż ciężko mi sobie wyobrazić, cóż takiego mógł biały człowiek zaoferować lokalnym plemionom, że dzisiaj tradycyjna wiara niemal przestała istnieć?

Przekonuję się o tym jednak czytając kolejne rozdziały. Książka jest podzielona na trzy główne części. Bohaterem każdej z nich jest członek kolejnego pokolenia Kikuyu. Jako pierwszy pojawia się Muthengi, który wyrósł właśnie w świecie przed kontaktem z Europejczykami. W drugiej części poznajemy historię Matu – syna Muthengi, który poznaje kulturę i religię białych przybyszów i jest nią w jakimś stopniu zainteresowany. Jedzie on nawet na wojnę, chociaż nie bardzo wie, o co, za co i po co ma walczyć. Bohaterem ostatniej, trzeciej części jest natomiast Karanja, syn Matu i wnuk Muthengi, który zupełnie zafascynowany Europejczykami przeprowadza się do Nairobi, gdzie spotyka się z nieznanymi mu wcześniej obyczajami, jak chociażby opłata za nocleg. Ta rodzinna saga kończy się spełnieniem marzenia Motu, który za opłatą 50 centów może przelecieć się samolotem. Na pamiątkę tego wydarzenia nadaje swojej córce imię Aeroplane. Przy czym twierdzi on, że jego żona nigdy nie będzie w stanie wypowiedzieć takiego trudnego słowa, ale wykształceni ludzie będą wiedzieli i rozumieli co ono oznacza.

Lektura tej książki była dla mnie niesamowitą podróżą w czasie do świata, który już nie istnieje. Zafascynowała mnie ona do tego stopnia, że kupiłam tą książkę Sally i jej mężowi jako prezent ślubny, a w niej pozaznaczałam szczególnie ciekawe fragmenty pokazujące jak wyglądała tradycyjna ceremonia zaślubin u Kikuyu. Z relacji Sally (która za czytaniem książek nie przepada) wiem, że David (jej mąż) pochłonął ją w ciągu paru dni i bardzo mu się ona spodobała. Opowiadał nam on, że historia jego ojca przypomina właśnie historię Karanja.

Książka ta niestety nie została do tej pory wydana w języku polskim, a i po angielsku nie miała zbyt wielu wersji. Po raz pierwszy opublikowana w roku 1939 do chwili obecnej miała jedynie dwa wznowienia przez wydawnictwo Penguin: w roku 1999 i później w 2006. Wszystkim Wam jednak, którym angielski pozwala na swobodne czytanie książek gorąco polecam tą lekturę. Zwłaszcza jeżeli w planach macie wyjazd do Kenii. 

2 komentarze:

  1. Ksiązka zdecydowanie na duzy plus :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Książka jest naprawdę bardzo ciekawa, polecam każdemu :)

    OdpowiedzUsuń