wtorek, 13 października 2015

Stworzenie swiata wedlug Kikuyu

Na początku Bóg stworzył świat. Najpierw zmieszał ziemię z wodą tak jak kobieta miesza glinę na garnek i stworzył Kerinyagga (Górę Kenia) oraz uformował świat wokół nas. Następnie Bóg stworzył mężczyznę, którego nazwał Gikuyu i wysłał go do kopania ziemi w miejscu koło rzeki Chania. Jednakże tęcza, która wówczas zamieszkiwała ląd i była rodzajem węża  przyszła walczyć z Gikuyu. Dlatego Bóg dał mu żonę, której na imię było Mumbi, rodzicielkę, od której wywodzą się wszyscy ludzie z plemienia Kikuyu. Urodziła ona 9 córek, od których wywodzi się 9 grup plemiennych Kikuyu (…)

Gikuyu miał syna Njiri, któremu nakazał rozdzielić wodę od ziemi. Wykopał on wiele tuneli, którymi popłynęła woda tworząc rzeki. Wtedy Bóg uwięził tęczę w wodospadach, gdzie żyje ona do dzisiaj. Czasami można ją zobaczyć przyczepioną do kamienia, gdzie woda się rozbryzguje. Nocą natomiast wychodzi ona z wody w poszukiwaniu kóz i bydła, które mogłaby  zjeść, skacze ona wówczas między drzewami, jednakże jej ogon musi zawsze pozostawać w wodzie.

(…) Dawno temu stary mężczyzna ze swoją żoną rozpoczęli wędrówkę przez Kerinyagga. Po drodze zabrakło im jedzenia i niemal umarli z głodu. Starzec wspiął się wówczas na szczyt Góry Kenia, aby spotkać się z Bogiem i poprosić go o jedzenie. Bogu zrobiło się go szkoda i podarował mu owce i kozy. To od tych zwierząt pochodzą obecnie wszystkie owce i kozy Kikuyu.” (fragment książki „Red Strangers” Elspeth Huxley, tłumaczenie własne)

---------------------------------------------------------------

Po powrocie z Mombasy wybraliśmy się wraz z bratem Sally na wycieczkę dookoła Góry Kenia (Kerinyagga). Jest to najwyższa góra w Kenii oraz druga najwyższa góra w Afryce. Wznosi się ona na wysokość 5199 m n.p.m. i przez chwilę nawet rozważałam opcję wejścia na szczyt. Niestety ograniczenia czasowe (skończyło się nasze cudne bezterminowe podróżowanie, a wróciły 2-tygodniowe, ściśle ograniczone kupionymi biletami wakacje) oraz moje „zamiłowanie” (a raczej jego brak) do dużych wysokości skutecznie na ten pomysł z głowy wybiły. Zdecydowaliśmy się w zamian za to na przejazd główną drogą prowadzącą wokół góry.

Niestety Kerinyagga (co w języku kikuyu oznacza dosłownie Noszący Koronę) nie była dla nas łaskawa i przez całe dwa dni chowała się za szczelną zasłoną z szarych chmur. Niby nie padało, niby było gorąco, a góry nawet na chwilę nie udało nam się zobaczyć pomimo, że była całkiem blisko nas. Zobaczyliśmy natomiast kenijskie wioski i miasteczka, pełne kolorowych ulicznych sprzedawców owoców, przydrożnych hotelików oraz brudnych marketów; po raz kolejny przekroczyliśmy równik; zmierzyliśmy się z pędzącymi na złamanie karku i niedbającymi o nikogo na drogach sprzedawców khat’u (lokalnego narkotyku jeszcze do niedawna legalnie sprowadzanego między innymi do Wielkiej Brytanii); zobaczyliśmy jak wygląda „letni domek” na wsi bogatych Kenijczyków.


Pomimo więc, że samej świętej góry Kikuyu nie udało się nam zobaczyć wycieczka obfitowała we wrażenia, a Kerinyagga? No cóż… Będzie tu trzeba wrócić :)


---------------------------------------------------------------

P.S. Zainteresowanym kulturą Kikuyu gorąco polecam niesamowitą książkę Elspeth Huxley "Red Strangers". Recenzja niedługo na blogu :)



2 komentarze:

  1. Uwielbiam te wszystkie plemienne opowieści o Stworzeniu Świata - chociaż ciągle moją ulubioną jest opowieść Aborygenów.
    Czytam zawsze te historie i wyobrażam sobie jak przekazywane są one z pokolenia na pokolenie, tak jak u nas legendy np. o smoku wawelskim. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historii aborygenow nie znam. A historie przekazywane z pokolenia na pokolenie niesamowicie mnie fascynuja. Podczas wyjazdow zawsze staram sie kupowac jakies lokalne basnie legendy :)

      Usuń