wtorek, 27 października 2015

Afrykańskie wesele (współcześnie)

W zeszłym tygodniu przytoczyłam Wam fragment książki opisujący jak wyglądał ślub Kikuyu przed przybyciem białych do Kenii. A jak wygląda współczesne kenijskie wesele? Nie było nam dane brać udziału w uroczystości zapłaty posagu, podczas, których ustala się cenę panny młodej, gdyż miały one miejsce parę miesięcy wcześniej. Wszystko co wiem z opowieści mojej przyjaciółki, to to, że cenę nadal tradycyjnie ustala się w kozach, ale przelicza się je na gotówkę. Sama uroczystość dla niej samej była bardzo nudna, gdyż musiała ona siedzieć schowana przed resztą rodziny przyszłego męża i tylko od czasu do czasu koleżanki przychodziły ją rozerwać. W pewnym momencie wraz z innymi koleżankami, całe zakryte zostały pokazane narzeczonemu, który musiał rozpoznać swoją wybrankę spośród innych dziewczyn. Sally mówiła mi również, że trochę się denerwowała, że może się on pomylić, a jest to straszny wstyd dla wybranki, więc wcześniej ostrzegła Davida, jakie buty będzie nosić i jaką spinkę będzie miała we włosach, aby wiedział, na którą z dziewczyn wskazać.

Jeżeli chcecie poznać relację z ceremonii zapłaty posagu możecie więcej o niej przeczytać u Ewy Serwickiej z Daleko Niedaleko.

Ja tymczasem opowiem wam o kenijskim (czy też raczej powinnam powiedzieć Kikuyu) weselu.

---------------------------------------------------------------

Śpię twardo, kiedy cały dom powoli zaczyna budzić się do życia. Dzień przed ślubem Sally wygoniła z domu wszystkich facetów i na noc zostałyśmy same dziewczyny – 7 druhen. Gdy otwieram oczy za oknem jest jeszcze zupełnie ciemno.

„Wstawaj. Pora się zbierać” słyszę za uchem. Jennyyy… która to godzina? 4?! Rety… a tu cały dzień uroczystości nas czeka… No ładnie… No ale skoro o 7:00 mamy być u mamy Sally, która mieszka w wiosce Kikuyu pod Nairobi, a w międzyczasie mamy się ubrać, umalować, to chyba rzeczywiście musimy się zbierać. O 4:30 kierowcy już czekają  na nas pod domem i wszystkie jedziemy do kosmetyczki. Tam szybkie, skromne śniadanie, makijaż, ubrania, strojenie się, pindrzenie i o 06:30 połowa z nas jest już w drodze do Kikuyu. Druga połowa dojedzie nieco później, bo nie wyrobiły się z makijażem.

U Sally mamy w domu już czekają goście. Żarty, przyśpiewki, dzieciaki latają dookoła, wesoła rodzinna atmosfera. Wszyscy czekają na rodzinę pana młodego, która ma przyjechać odebrać pannę młodą. Niby cena już była wcześniej ustalona, ale zawsze jeszcze można się coś tam starać wytargować. Rodzina panny młodej może się rozmyślić, zażądać większej kwoty. Negocjacje mogą się ciągnąć w nieskończoność. Parę dni wcześniej siostra Sally ostrzegała mnie, że jeśli negocjacje będą się przeciągać, to mam ją ukradkiem wyprowadzić tylnym wyjściem, chyłkiem, chyłkiem, przez wąską błotnistą ścieżkę. Wszystko po to, aby NA PEWNO być  w kościele przed 10:00, gdyż podobno pastor jest bardzo surowy i już zdarzało mu się odwoływać spóźnialskim śluby.


Około 08:00 przyjeżdża rodzina Davida. Już z daleka słychać ich śpiewy. Przez paręnaście minut stoją pod bramą śpiewając i prosząc o wpuszczenie. Gdy w końcu udaje im się dostać pod dom następują śpiewne negocjaje. Punktem kulminacyjnym jest ustalenie ostatecznej ceny za pannę młodą. Obchodzi się bez zbędnego przeciągania, jako, że dobrze sytuowana rodzina Davida zaproponowała cenę na tyle wysoką, że nie bardzo jest tam już co negocjować, więc całe śpiewy i dalsze negocjacje odbywają się już tylko dla utrzymania tradycji.

Może jeszcze dodam, że podczas negocjacji panna młoda ponownie jest ukryta w domu. Dopiero kiedy ustalona zostaje ostateczna cena jest ona przekazana z rąk swoich rodziców w ręce rodziców pana młodego. Podobno według tradycji powinna ona tutaj rzewnie płakać i zawodzić, ale Sally tego oszczędzono. Od domu do samochodu musi ona przejść po pięknych chustach podarowanych przez rodzinę pana młodego, a jej noga nie powinna dotknąć ziemi.

Ponieważ wszystko odbyło się tak sprawnie pod kościołem jesteśmy już około 09:00. Godzina czekania podczas której pan młody nie może zobaczyć panny młodej, która sprytnie skryła się w zakrystii.

Sally jest katoliczką i bardzo jej zależało na katolickim ślubie, a David, który jest metodystą się zgodził. Niestety kościół Sally stwarzał jakieś tam problemy, w związku ze ślubem z osobą z innego wyznania i okazało się, że dużo prościej będzie im zorganizować ślub w kościele metodystów. Tym bardziej, że pastor jest dosyć dobrym znajomym rodziny.

Parę dni wcześniej odbyła się próba ślubu, aby każdy wiedział kiedy ma wejść, gdzie stanąć co i kiedy robić. Teraz gdy nastała godzina 10:00 do kościoła najpierw jeden za drugim weszli druhowie z panem młodym na czele, a za nimi poubierane na pomarańczowo druhny. Na samym końcu pojawia się zasłonięta gęstym welonem panna młoda. Nigdy wcześniej nie byłam na nie-katolickim ślubie, ale wydaje mi się, że cała ceremonia była chyba dosyć amerykańska. Dużo mówienia, przysięga małżeńska, wymiana obrączek, przesypywanie kolorowego piasku do szklanego naczynia (to jak piasek się w tym naczyniu układa ma przedstawiać jak będzie się rozkładać ‘władza’ w związku). Do tego jakieś tańce masajskie (jedna z sióstr Davida ma męża Masaja i stąd ten pokaz). Brakuje za to modlitwy, ewangelii, skupienia.

Po ślubie wszyscy wychodzimy z kościoła. Znowu według ściśle ustalonego wcześniej porządku. Tym razem parami. Najpierw uśmiechnięta od ucha do ucha para młoda, a zaraz za nimi druhny z druhami. Czas na zdjęcia. Najpierw pod kościołem we wszystkich możliwych kombinacjach: rodzina panny młodej, rodzina pana młodego, znajomi z Manchesteru, znajomi z Nairobi, same kobiety, sami mężczyźni, tylko druhny, tylko druhowie… i tak w nieskończoność. A to dopiero początek sesji!

Na ciąg dalszy jedziemy do jednego z najstarszych hoteli w mieście: Fairmont hotel. Piękne miejsce na sesje zdjęciową! Tylko wszystko się strasznie przeciąga. Jest już po 13:00 a my nic nie jedliśmy poza skromnym śniadaniem o 4:00 u kosmetyczki… Do tego upał… Pić… Jeść… Wszyscy są już nieco zmęczeni.

Na 14:00 docieramy na miejsce wesela. Olbrzymi namiot mieszczący stoliki dla 800 osób postawiono w Jockey Club. Zanim się jednak tam dotrzemy czeka nas jeszcze taneczne wejście przy akompaniamencie wykonywanej na żywo pieśni ludowej. Takie pomieszanie naszego węża z „Na prawo, na lewo, w górę i w dół!”. Zresztą sami zobaczcie:



Kiedy w końcu udaje się nam usiąść, nam jako „orszakowi ślubnemu” jedzenie zostaje podane do stołu. Reszta gości musi odstać swoje w kolejce. Do wyboru koza (a raczej jakieś jej suche pieczone kości), paluszki rybne, kurczak, jakiś gulasz, ryż… Na stołach nie ma alkoholu, a na parkiecie się już nie tańczy. To wszystko jest zarezerwowane na wieczorną imprezę w pubie. Teraz czas na przemowy. Och przemowy! Żebym to ja jeszcze mogła je zrozumieć! Ale niby jak, skoro część jest w suahili, część w kikuyu, a gdy w końcu słyszę coś po angielsku to jestem już tak znudzona, że absolutnie mi się tego wszystkiego słuchać nie chce. Od czasu do czasu odchodzę od stołu gdzieś się przejść, zobaczyć co się dzieje dookoła. A nie dzieje się zbyt wiele. Przemowami zaaferowani są chyba tylko państwo młodzi oraz ludzie, którzy akurat przemawiają. Reszta rozłazi się po całym namiocie, część ewakuuje się do lokalnego baru, gdzie można kupić whisky z colą, a ci co pozostali przy stolikach gadają ze sobą nawzajem. Ot i takie wesele. Młodzi dostają od mam piękne, ręcznie wyplatane kosze na zakupy oraz biżuterię. Przemówienia przeciągają się w nieskończoność, gdyż co chwila ktoś z przemawiających się odzywa: „ale ja nie mogę mówić dopóki nie wypowie się ktoś taki i siaki”. W ten sposób zamiast zaplanowanych 6 osób mówi chyba z 12, a cała część oficjalna wesela zamiast 2 godzin trwa 4.

Na koniec po raz kolejny prezentują się Masajowie, pan młody tańczy razem z resztą mężczyzn na sali specjalny taniec dla swojej małżonki, aby potem wspólnie podzielić liczne ciasta, które następnie druhny roznoszą do stolików. I wydaje się, że to właśnie na tą część wszyscy czekali. Właśnie na to ciasto weselne. Kiedy zanoszę talerzyki zgromadzeni na sali ludzie niemal rzucają się na nie biorąc po dwa, trzy, cztery kawałki. Czasem pakując je w serwetki „na wynos”.


Gdy już wszyscy dostali po cieście możemy się zacząć pakować i wracamy do domu. Tam krótka drzemka (pobudka o 04:00 daje o sobie znać) i jedziemy do pubu. Zaczyna się część nieoficjalna. Para młoda w normalnych wyjściowych ubraniach, druhny również pozakładały wygodniejsze, mniej balowe sukienki, a panowie pozdejmowali garnitury. Zaczynają się tańce, picie, jedzenie… Ot… takie wyjście do pubu. Impreza trwa do białego rana, my jednak znużeni całym dniem padamy i około 2:00 wracamy do domu, gdzie z błogą radością wpadamy w ramiona Morfeusza. 

wtorek, 20 października 2015

Afrykańskie wesele (tradycja Kikuyu)

 „[Muthengi]poszedł do matki i poprosił ją o uwarzenie piwa. Następnego dnia rano wyruszył wraz z Ambui oraz młodą żoną Ngarariga. Obie niosły ze sobą pełne tykwy. Znalazł Irumu siedzącego w cieniu drzewa w swojej zagrodzie wraz ze swoimi czterema żonami, ich córkami oraz grupą dalszych krewnych zebranych dookoła. Muthengi przywitał ich z należnym im szacunkiem, przedstawił się, a po krótkiej rozmowie powiedział:

„Widziałem twoją córkę Hiuko przy pracy na polu. Chciałbym, aby uprawiała ona moje pole.

Irumu spojrzał na córkę i spytał:

„Chcesz uprawiać pole syna Waseru?” na co ona odparła: „Tak, chcę”

Wtedy jej matka nalała piwa do rogu i wręczyła go Irumu. Patrząc ponownie na Hiuko powiedział: „Córko, jeśli nie podoba ci się ten mężczyzna, nie pij”. Ale ona odparła: „Wypiję”. Po tym jak Irumu wypił, napełnił róg ponownie piwem i podał go matce Hiuko, a następnie swoim pozostałym żonom oraz krewnym. Przez resztę poranka ustalano cenę za pannę młodą. Irumu poprosił o zwyczajowe trzydzieści kóz oraz dodatkowo cztery grube barany, 15 tykw piwa oraz 10 kóz po narodzinach pierwszego dziecka.

Tego wieczora, kiedy kozy zostały zagnane do zagrody, Muthengi i jego ojciec wybrali ze stada dwadzieścia]. Wraz z dwoma przyjaciółmi z tej samej grupy wiekowej, Muthengi zawiózł je do Irumu. Szaman dokładnie oglądnął każdą kozę, która została przed nim postawiona i w końcu opłata została zaakceptowana. Następnego wieczora przywieziono kolejne dziesięć kóz oraz dwa barany (…)

Następnego ranka wszystkie kobiety z domostwa Waseru przyniosły tykwy pełne piwa do Irumu, gdzie czekając na prezenty zgromadziła się rodzina panny młodej. Jeden z tłustych baranów został zabity i usmażony na ruszcie. Cały dzień rodziny Irumu i Waseru razem jadły i piły. Tego wieczora kobiety z obu rodzin, rozgrzane alkoholem oraz emocjami wykonały w zagrodzie taniec kobiet zwany Getiro. Jako znak wielkiego zadowolenia Wanjeri [matka pana młodego] wylała sobie, a następnie kobietom z rodziny swoje męża na głowę kleik podarowany jej przez matkę Hiuko. Na koniec dnia matka Hiuko, wsadziła w puste tykwy podarowane przez Wanjeri, po źdźbłu trawy na znak pokoju między dwoma klanami, po czym goście rozeszli się do swoich domów.

Tego samego dnia Muthengi poszedł do szamana ze swojego klanu prosić o pozwolenie na kultywację ziemi, z lasu koło pola swojego ojca. Szaman się zgodził, gdyż ten fragment lasu należał do klanu i nikt nie rościł sobie do niego praw.

---------------------------------------------------------------

Następnego dnia grupa młodych mężczyzn z grupy wiekowej Muthengi pojawiła się wcześnie rano, aby pomóc mu wykarczować las i przygotować zagrodę, w przygotowaniu na przybycie panny młodej. Kobiety w domu zajęte były przygotowywaniem trzciny na piwo, pite do mięsa. Dwa inne napoje piwne były także warzone: jeden na wprowadzenie panny młodej do nowego domu oraz drugie na proszenie młodej o uprawianie ogrodu pana młodego. Wieczorem Irumu dał pozwolenie na wydanie córki za mąż i następnego dnia Muthengi mógł ją do siebie zabrać.

Od wschodu słońca przyjaciele Muthengi wraz z przyjaciółmi pracowali nad budową chaty w bezpośrednim sąsiedztwie domu matki Muthengi. Popołudniu chata została pokryta strzechą przez matkę Mathengi oraz jej przyjaciółki i przed wieczorem dom był gotowy. Tego wieczoru czterech młodzieńców z grupy wiekowej Muthengi, ubranych w pełne stroje obrzędowe, wyskoczyło  z krzaków z dzikim krzykiem na Hiuko, podczas gdy opuszczała ona zagrodę swojej matki. Szarpała się i krzyczała jak było w zwyczaju, ci natomiast zanieśli ją do jej nowego domu.

Tam przez cztery dni leżała ona na łóżku twarzą w dół, jęcząc i płacząc oraz śpiewając melancholijne pieśni wychwalające zalety jej klanu, skąd została zabrana z przyjaznego schronienia. Jej mąż w tym czasie do niej nie podchodził, ani się do niej nie odzywał. Ambui oraz żona Ngarariga przynosiły jej jedzenie, a jej przyjaciółki przychodziły ją pocieszać. Jednak Hiuko jęczała i płakała jak opuszczona przez wszystkich dusza, śpiewając pieśni, których słów nauczyła się podczas swojej ceremonii obrzezania.

Po czterech dniach Muthengi po raz pierwszy wszedł do domu przynosząc tykwę z tłuszczem. Panna młoda wysmarowała sobie tłuszczem głowę, po czym w towarzystwie Ambui opuściła dom i złożyła wizytę swojej matce. Tej nocy po raz pierwszy wróciła do domu i spała ze swoim mężem. Następnego dnia Muthengi zaniósł Irumu piwo za kradzież córki.

Przez następny miesiąc Hiuko nie gotowała tylko jadła to co ugotowała jej teściowa. Po miesiącu ogolono jej głowę, a ona złożyła po raz ostatni wizytę w domu swojego ojca. Irumu wyszedł jej na powitanie z małą koziczką na ręce. Wiele dzieci przybiegło jej na powitanie, ale ona miała twarz zasłonięta bukietem liśćmi. Była to ostatnia szansa, aby zerwać małżeństwo. Jeżeli powiedziałaby ojcu, że jest bardzo nieszczęśliwa ten mógłby się zgodzić na oddanie tego co zostało mu zapłacone i przyjąć córkę z powrotem. Ale Hiuko nie miała żadnego powodu, aby to robić. Ojciec wysmarował jej głowę tłuszczem, a matka dala jej tykwę pełną kleiku dla męża. Zanim nastała noc panna młoda wróciła do swojego nowego domu.

Następnego dnia rano Wanjeri wzięła ją do lasu, po drewno na ogień, a następnie nad rzekę, aby wybrała sobie trzy wielkie kamienie na swoje panisko. Te kamienie, raz wybrane, staną się tak bliskie Hiuko, że nigdy nie mogą zostać porzucone bądź wymienione na inne. Tego dnia Wanjeri dala jej też garnek do gotowania, nóż oraz świeżo zrobiony kleik. Wanjeri ugotowała pierwszy posiłek złożony z czarnej fasoli w nowym garnku, aby pokazać synowej jak należy gotować. Młodzi zjedli ten posiłek w samotności.”

(fragment książki „Red Strangers” Elspeth Huxley, tłumaczenie własne)

wtorek, 13 października 2015

Stworzenie swiata wedlug Kikuyu

Na początku Bóg stworzył świat. Najpierw zmieszał ziemię z wodą tak jak kobieta miesza glinę na garnek i stworzył Kerinyagga (Górę Kenia) oraz uformował świat wokół nas. Następnie Bóg stworzył mężczyznę, którego nazwał Gikuyu i wysłał go do kopania ziemi w miejscu koło rzeki Chania. Jednakże tęcza, która wówczas zamieszkiwała ląd i była rodzajem węża  przyszła walczyć z Gikuyu. Dlatego Bóg dał mu żonę, której na imię było Mumbi, rodzicielkę, od której wywodzą się wszyscy ludzie z plemienia Kikuyu. Urodziła ona 9 córek, od których wywodzi się 9 grup plemiennych Kikuyu (…)

Gikuyu miał syna Njiri, któremu nakazał rozdzielić wodę od ziemi. Wykopał on wiele tuneli, którymi popłynęła woda tworząc rzeki. Wtedy Bóg uwięził tęczę w wodospadach, gdzie żyje ona do dzisiaj. Czasami można ją zobaczyć przyczepioną do kamienia, gdzie woda się rozbryzguje. Nocą natomiast wychodzi ona z wody w poszukiwaniu kóz i bydła, które mogłaby  zjeść, skacze ona wówczas między drzewami, jednakże jej ogon musi zawsze pozostawać w wodzie.

(…) Dawno temu stary mężczyzna ze swoją żoną rozpoczęli wędrówkę przez Kerinyagga. Po drodze zabrakło im jedzenia i niemal umarli z głodu. Starzec wspiął się wówczas na szczyt Góry Kenia, aby spotkać się z Bogiem i poprosić go o jedzenie. Bogu zrobiło się go szkoda i podarował mu owce i kozy. To od tych zwierząt pochodzą obecnie wszystkie owce i kozy Kikuyu.” (fragment książki „Red Strangers” Elspeth Huxley, tłumaczenie własne)

---------------------------------------------------------------

Po powrocie z Mombasy wybraliśmy się wraz z bratem Sally na wycieczkę dookoła Góry Kenia (Kerinyagga). Jest to najwyższa góra w Kenii oraz druga najwyższa góra w Afryce. Wznosi się ona na wysokość 5199 m n.p.m. i przez chwilę nawet rozważałam opcję wejścia na szczyt. Niestety ograniczenia czasowe (skończyło się nasze cudne bezterminowe podróżowanie, a wróciły 2-tygodniowe, ściśle ograniczone kupionymi biletami wakacje) oraz moje „zamiłowanie” (a raczej jego brak) do dużych wysokości skutecznie na ten pomysł z głowy wybiły. Zdecydowaliśmy się w zamian za to na przejazd główną drogą prowadzącą wokół góry.

Niestety Kerinyagga (co w języku kikuyu oznacza dosłownie Noszący Koronę) nie była dla nas łaskawa i przez całe dwa dni chowała się za szczelną zasłoną z szarych chmur. Niby nie padało, niby było gorąco, a góry nawet na chwilę nie udało nam się zobaczyć pomimo, że była całkiem blisko nas. Zobaczyliśmy natomiast kenijskie wioski i miasteczka, pełne kolorowych ulicznych sprzedawców owoców, przydrożnych hotelików oraz brudnych marketów; po raz kolejny przekroczyliśmy równik; zmierzyliśmy się z pędzącymi na złamanie karku i niedbającymi o nikogo na drogach sprzedawców khat’u (lokalnego narkotyku jeszcze do niedawna legalnie sprowadzanego między innymi do Wielkiej Brytanii); zobaczyliśmy jak wygląda „letni domek” na wsi bogatych Kenijczyków.


Pomimo więc, że samej świętej góry Kikuyu nie udało się nam zobaczyć wycieczka obfitowała we wrażenia, a Kerinyagga? No cóż… Będzie tu trzeba wrócić :)


---------------------------------------------------------------

P.S. Zainteresowanym kulturą Kikuyu gorąco polecam niesamowitą książkę Elspeth Huxley "Red Strangers". Recenzja niedługo na blogu :)