piątek, 5 czerwca 2015

"Jedzie pociąg z daleka i na wszystkich poczeka" czyli kenijskie "pole, pole!"

Po całym dniu na boskiej plaży czekała nas długa podróż pociągiem. 500 kilometrów, które poprzednio pokonaliśmy jadąc pędzącym na złamanie karku autobusem, postanowiliśmy tym razem pokonać w dawnym stylu: starym, wolnym pociągiem, wlekącym się koło za kołem między innymi przez malownicze okolice Parku Narodowego Tasvo. Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy z tego jak wolna, ale i pełna nowych znajomości to będzie podróż.

Gdy parę dni wcześniej kupowaliśmy bilety jak zwykle zaoferowano nam najpierw najdroższą opcję: pierwsza klasa z obiadem (4405 KSHS). My jednak nie lubimy pławić się w luksusach, więc wprost powiedziałam miłemu panu, że chcemy jak najtańsze bilety. Opcja drugiej klasy ze śniadaniem (2335 KSHS). Czy to jest najtańsze co macie? Tak. No to bierzemy! 

Przy odbiorze naszych miejscówek przed odjazdem pociągu pani poinformowała nas, że pociąg będzie miał opóźnienie. Prawdopodobnie około dwóch godzin. Zapytana dlaczegom jak gdyby nigdy nic odparła: „Engine is not ready”. Hmmm.. No fakt, bez silnika za daleko nie dojedziemy… Trzeba czekać…

Z Asią wybrałyśmy się na zakupy spodziewając się, że opóźnienie może ulec zmianie, a my zagwarantowane mamy tylko śniadanie. Gdy około 22:00 (planowany odjazd 19:00) usłyszeliśmy, że pociąg odjedzie po północy, to tylko pół żartem – pół serio stwierdziliśmy, że no tak, po północy… ale ile po tej północy tego już nie wiadomo… 

Albin zmęczony upałem postanowił pójść do przedziału spać. Mnie z Aśką gryzły trochę komary, ale wolałyśmy je niż duchotę pociągu. Przy okazji miałyśmy okazję poprzyglądać się nieco otaczającym nas ludziom oraz zawrzeć pierwsze znajomości. Znudzeni pasażerowie rozsiedli się wzdłuż całego peronu. Niektórzy siedzieli na swoich walizkach, inni spali przy ścianie czy na ławkach. Jeszcze inni stali w grupach żywo rozmawiając. Gdzie się nie pojawiliśmy wywoływałyśmy małą sensację. 

Po pierwsze byłyśmy białe. A poza nami w całym pociągu biała była tylko para Niemców z pierwszej klasy, którzy przyszli na chwilę z nami pogadać, ale do rozmów z miejscowymi jakoś za bardzo im się nie spieszyło. A my na wszelkie próby nawiązania znajomości byłyśmy bardzo otwarte.

Po drugie przydała się tutaj moja szczątkowa znajomość suahili. Ilekroć ktoś nas zaczepiał, grzecznie odpowiadałam: „Habari ya jioni!” (Dobry wieczór!), po czym się przedstawiałam, mówiłam, że mówię troszkę w suahili oraz pytałam jak ten ktoś ma na imię. Przyjemnie było obserwować prawdziwe zdziwienie malujące się na twarzach Kenijczyków, że jakaś tam mzungu z dalekiego kraju postarała się i coś tam w tym ich języku szprecha. 

Prawdziwą jednak furorę zrobiłam popisując się swoją znajomością języka Kikuyu. I chyba należy się Wam nieco wyjaśnienia. Kenię zamieszkują 42 różne plemiona (o czym Kenijczycy przypominali nam niemal na każdym kroku, aczkolwiek według różnych informacji plemion tych może być nawet do 60). Najbardziej znanym są oczywiście Masajowie. Co wcale nie oznacza, że są najliczniejsi. Po prostu się najlepiej reklamują. Najliczniejszym plemieniem są natomiast właśnie Kikuyu. Szczerze jednak mówiąc jeżeli ktoś w Kenii nie był, albo nawet był, ale sprawy etniczne ma głęboko w poważaniu, to tego wiedział nie będzie. Co dopiero mówić o znajomości ich języka! Moja znajomość kikuyu ograniczała się wprawdzie do zwrotów: „Dzień dobry, mam na imię Justyna, nie mówię w kikuyu”, ale wystarczyło to, aby stać się lokalną atrakcją.

Bycie takim zjawiskiem jak znająca kikuyu mzungu wiąże się także z wyzwaniami. Po krótkim zapoznaniu się z przesympatyczną Kenijką z trzeciej klasy (no jak się okazało taka też jest, ale podobno nikt by nam na nią biletu nie sprzedał bojąc się o nasze bezpieczeństwo), w którym ona stwierdziła, że uwielbia śpiewać, poprosiłam ją o zaśpiewanie dla nas piosenki w swoim języku. Ona jednak odparła, że zaśpiewa pod warunkiem, że my zaśpiewamy najpierw. No i tutaj należą się duże brawa dla Asi, która kiedyś śpiewała w jakimś znanym chórze w Polsce, bo inaczej chyba byśmy się na maksa skompromitowały :) Wydzierając się wniebogłosy na cały peron zaśpiewałyśmy pierwsze, co nam przyszło do głowy czyli: „GDY STRUMYK PŁYNIE Z WOLNA!!!!!! ROZSIEWA ZIOŁA MAJ!!!!!!” Dotarłyśmy do końca pierwszej zwrotki i stwierdziłyśmy, że wystarczy, już chyba cały pociąg nas usłyszał! :) W zamian usłyszałyśmy piękną, zaśpiewaną delikatnym głosem, nieco rzewną pieśń kikuyu (a ja byłam przekonana, że wszystkie pieśni afrykańskie są pełne rytmu i energii!). 

Chwilę po północy, kolejny komunikat o dalszym opóźnieniu… Czekamy… Kenijskie pole, pole, czyli odpowiednik południowoamerykańskiej mañany, (slowly, slowly - jak mi tłumaczył mój kenijski kolega) nabiera tu nowego znaczenia. Powoli… gdzie się spieszyć… przecież na wszystko jest czas… 

W międzyczasie na ławce koło nas przysiadł nieco podpity facet koło którego latała dwójka dzieci: prześliczna około pięcioletnia dziewczynka i nieco młodszy chłopiec. Okazało się, że rezolutna mała, która wszystkich rozstawia po kątach jest jego córką. Dziewczynka ma na imię Blessing czyli Błogosławieństwo, gdyż tym właśnie jest dla swojego ojca. Parę miesięcy wcześniej jej matka zostawiła mu ją na wychowanie sama wybierając komfortowe życie bez dzieci. On twierdzi, że dobrze się stało, gdyż zanim matka zupełnie zrzekła się praw do dziecka, młoda była przenoszona raz do jednej raz do drugiej szkoły. Teraz uczy się w prywatnej szkole jego siostry, która zresztą wkrótce przyłącza się do rozmowy.

Z czerwonym irokezem na głowie już dawno rzuciła się nam w oczy. Przy bliższym poznaniu okazała się być pełną werwy dyrektorką szkoły pod Mombasą, o której opowiada nam z zapałem. O tym jak w jej szkole uczą się biedne dzieci, których normalnie nie stać na naukę w prywatnych szkołach. Ich nauka jest opłacana z czesnego płaconego przez rodziców bogatszych dzieci. Mądra dyrektor widzi, kto naprawdę nie ma pieniędzy, a kto tylko zgrywa biedaka. W małej wiosce ciężko coś takiego ukryć. Dzieci w szkole dostają mundurki, książki i posiłki. A jej zadaniem jest aby nikomu nic nie brakowało. Pokazywała nam zdjęcia nowo wybudowanej szkoły oraz różnych imprez, które się tam odbywają. Podczas rozmowy jak mantrę powtarzała, że do wszystkiego doszła własnymi rękoma, bez praktycznie żadnej pomocy z zewnątrz.

Około drugiej nad ranem schowałyśmy się do przedziału. Temperatura wewnątrz spada do znośnej, a nam już chciało się spać. Aśka dołączyła do Albina, a ja nie chcąc przegapić momentu odjazdu pociągu (bo jak później będę mogła dać znać Sally w Nairobi gdzie jesteśmy i za ile będziemy?) stałam na korytarzu patrząc w powoli usypiające życie na peronie. W pewnym momencie podszedł do mnie młody chłopak. Okazało się, że wraz ojcem jadą na święta do babki mieszkającej w Kisumu nad Jeziorem Wiktorii. Babka Ligondo jest chrześcijanką, ale ojciec, gdy poznał matkę postanowił przejść na islam, aby móc wziąć z nią ślub. W Kenii zresztą taka zmiana religii nikogo chyba za bardzo nie dziwi. Tym sposobem pomimo, że rodzina mojego nowego znajomego jest muzułmańska, wraz z babką obchodzą chrześcijańskie święta. Prawdziwy ekumenizm, który stworzył nam okazję do pełnej refleksji rozmowy o religii do białego rana.

O 05:00, gdy na horyzoncie powoli zaczął się budzić nowy dzień, naszym pociągiem w końcu szarpnęło. Wyglądnęłam przez okno i zobaczyłam wskakujących do wolno jadącego pociągu ludzi. Odczekałam jeszcze chwilę, aby się upewnić, że tym razem już na dobre jedziemy (wcześniej parę razy nami szarpnęło, ale nigdzie nie pojechaliśmy) i wysłałam smsa do Sally, po czym błogo wpadłam w objęcia Morfeusza.

Niecałe trzy godziny później obudził mnie panujący w przedziale zaduch. Ze zdziwieniem zorientowałam się, że znowu stoimy na jakiejś bocznicy. Ludzie znowu powychodzili z wagonów i porozkładali się w cieniu pociągu przy torach. Nic nie wskazywało abyśmy mieli niedługo ruszyć. Wyszliśmy zorientować się w sytuacji. Dosyć szybko natknęliśmy się na znajomych Niemców. Jak przystało na turystów z rozwiniętego kraju mieli ze sobą GPS-a i po krótkim przywitaniu podzielili się z nami radosną nowiną:

„Daleko, to żeśmy nie dojechali… Jesteśmy 3 km od stacji wyjazdowej. Na przedmieściach Mombasy…”

O żesz… No to ładnie… Według oryginalnego planu o tej godzinie to mieliśmy już dojeżdżać do Nairobi… No, ale to w końcu Kenia… Pole, pole. No nic. Na ten dzień i tak nie mieliśmy żadnych planów. Równie dobrze możemy go spędzić w pociągu.

Okazało się, przed nami zepsuł się inny pociąg blokując przejazd. Teraz czekaliśmy na powrót lokomotywy, która pojechała go ściągnąć. Według obietnicy kierownika pociągu maksymalnie pół godziny. „Słowo!”

Z pół godziny szybko zrobiła się godzina, która minęła nam na jedzeniu śniadania oraz toczeniu rozmów z ludźmi podróżującymi trzecią klasą. Schodzili się do nas grupami ciekawi gości z tak egzotycznego dla nich kraju jakim jest Polska. Rozmawialiśmy z nimi dużo o sytuacji polityczno-gospodarczej w Kenii, uświadamiając im, jak dużo osiągnęli jako kraj biorąc pod uwagę, że niepodległym państwem są dopiero od 1963 roku. Wszyscy narzekali jak to u nich jest biednie i źle, w ogóle nie zwracając uwagi na postępujący rozwój kraju, budowane koleje, drogi, nowe inwestycje. Kenia uważana jest za drugie po RPA państwo w Afryce pod względem atrakcyjności dla inwestycji zagranicznych. Wiadomo, nie powinno się tego porównywać z krajami europejskimi, ale biorąc pod uwagę inne kraje w regionie wydaje mi się, że Kenia zaszła naprawdę daleko. A walka z wszechobecną korupcją jest chyba problemem większości młodych krajów.

Po godzinie czekania nasz pociąg rzeczywiście w końcu ruszył. I tym razem już na dobre. Jechaliśmy dużo wolniej, gdyż co chwila musieliśmy się zatrzymywać, aby przepuszczać jadące z naprzeciwka pociągi, ale poruszaliśmy się do przodu i to było dla nas najważniejsze.

Po drodze mijaliśmy maleńkie wioseczki, z których zlatywały się całe gromady dzieci, aby machać do przejeżdżającego pociągu. Jak tylko zobaczyły wystające z pociągu białe gęby, do machania dochodziły radosne okrzyki i podskoki. Pocieszny widok :) Zapewne rzadko mają okazję zobaczyć w dzień pociąg pasażerski i taki przejazd jest dla nich nie lada atrakcją.

I tak powoli jechaliśmy… W upale… Podziwiając mijane krajobrazy… Bawiąc się z dzieciakami z pociągu… Jedząc owoce… Rozmawiając… Kontemplując… 17 godzin… Pole, pole....

Do Nairobi dotarliśmy w końcu o 5:00 nad ranem. Świat ponownie budził się do życia. Obudziliśmy „naszego” taksówkarza, który zawiózł nas wprost do domu Sally, gdzie po krótkiej drzemce mogliśmy podzielić się naszymi opowieściami z podróży z naszymi wspaniałymi gospodarzami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz