poniedziałek, 16 marca 2015

Safari

W Nairobi powitało nas gorące, ciężkie, równikowe powietrze. Powietrze, za którym tęskniliśmy od momentu opuszczenia Ameryki Południowej. Mające swoją specyficzną konsystencję i charakterystyczny zapach. Odetchnęliśmy pełną piersią!

Na lotnisku specjalny skaner zmierzył nam temperaturę, przepchnęliśmy się przez grupkę nieco zdezorientowanych turystów i przy małym stoliczku zapłaciliśmy 50$ za naszą kenijską wizę.

Przed lotniskiem zastał nas cały tłum ludzi oczekujących na przyjezdnych. Właśnie zaczęłam się zastanawiać jak ja w tym tłumie wypatrzę Sally gdy nagle zza moich pleców usłyszałam moje imię i niemal od razu wylądowałam w ramionach mojej przyjaciółki.


W drodze do domu ze względu na panujące w Nairobi korki zdecydowaliśmy się wziąć nieco dłuższą drogę prowadzącą wzdłuż granicy z Parkiem Narodowym Nairobi. Gdy już niemal dojeżdżaliśmy do domu Sally, nagle niespodziewanie zatrzymaliśmy się, a nasz kierowca zaczął o czymś rozmawiać ze stojącymi na ulicy ludźmi. Ponieważ rozmawiali oni w suahili nie byłam w stanie zrozumieć czego dotyczy rozmowa. Zanim się ona skończyła, zza pobliskiego wzgórza pojawiły się setki mężczyzn biegnących w naszym kierunku. Najwyraźniej przed czymś uciekali. Z tyłu ktoś rzucał puszki z jakimś gazem. Nie wiele myśląc nasz kierowca zawrócił samochód i pędem wrócił na główną, zakorkowaną drogę. Co było dosyć dziwne jadące razem z nami samochody policyjne również się wycofały. Wyglądało to dosyć przerażająco… Później dowiedzieliśmy się, że był to strajk pracowników drogowych. No to ładnie nas ta Kenia przywitała!

---------------------------------------------------------------

W Nairobi spędziliśmy cały dzień, który spędziliśmy na kwestiach organizacyjnych: zakończona sukcesem (ale poprzedzona dużą dawką stresu) próba odzyskania zgubionego bagażu przez Aśkę, przymierzanie sukienki ślubnej, kupno przekąsek na safari…

We wtorek rano ruszyliśmy natomiast na długo wyczekiwane safari. Siadłam z przodu wykorzystując okazję i ćwiczyłam mój bardzo podstawowy suahili. Widoki od samego początku były niesamowite. Zjawisko, które bardzo rzuciło nam się w oczy w Kenii to chodzący ludzie. Niesamowita ilość chodzących ludzi. Czasami odnosiłam wręcz wrażenie, że tam WSZYSCY chodzą! I to zarówno w miastach, we wsiach, jak i na terenach gdzie w odległości kilku kilometrów nie widać żadnego domostwa.



Podróż z Nairobi do Masai Mara zajmuje około 6 godzin. A po drodze mija się mniejsze i większe wioski i miasteczka. Niestety podobnie jak w Boliwii (oraz innych krajach rozwijających się) zbliżanie się do nich   sygnalizują śmieci, których kumulacja następuje przed miejskim/wiejskim sklepem.

Po drodze zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym na Dolinę Ryftową. Typowo turystyczne miejsce: tablica, stoiska z pamiątkami, jakieś budy z jedzeniem. Nam gorąco, a Kenijczycy w puchowych kurtkach. Jak przypuszczam kwestia przyzwyczajenia…


Z każdym napotkanym Kenijczykiem starałam się przywitać w suahili. I to nie tylko zwykłym „Jambo”, które znają wszyscy turyści przyjeżdżający na wakacje do Kenii, ale ładnym „Habari ya asubuhi”. Gdy jeszcze do tego potrafiłam się w suahili przedstawić i zadać parę pytań niemal w 100% lody były przełamane, a ludzie z olbrzymim uśmiechem na ustach się przed nami nieco otwierali.

---------------------------------------------------------------

Zanim wjechaliśmy do Parku Masai Mara zatrzymaliśmy się w tradycyjnej wiosce masajskiej. Wiadomo, zrobiona jest ona typowo pod turystów, a Masajowie w tradycyjnych strojach nie kryją przed nami zegarków. Ciągle jednak wizyta była dosyć ciekawa, dowiedzieliśmy się sporo na temat tradycji masajskich, zobaczyliśmy jak się rozpala ogień (chociaż to akurat im za bardzo nie szło!), Masajowie urządzili dla nas konkurs skoków wzwyż, a Masajki odtańczyły i odśpiewały tradycyjne masajskie pieśni. Na koniec zostaliśmy zaproszeni na malutki ryneczek, gdzie „bez absolutnie żadnego przymusu zakupu” mogliśmy sobie pooglądać ręczne wyroby masajskie. Ten brak przymusu wyglądał tak, że przez cały czas szło koło mnie 4 Masajów przekonując mnie, że jeśli na stoiskach nie znajdę kolczyków jakich szukam, to oni mi je na miejscu zrobią. No i tak się skończyło. Moje kolczyki zostały zrobione z przerobionego wisiorka. Prawdziwa ręczna robota. Na moich oczach J





---------------------------------------------------------------

Niemalże od pierwszych chwil od przekroczenia granicy parku Masai Mara wkraczamy w inny świat. Świat pełen zwierząt, bezkresnych przestrzeni i długich pylastych dróg. Naprawdę ilość i różnorodność zwierząt spokojnie wypasających się na sawannie robi niesamowite wrażenie. Wystając z dachu naszego samochodu nie wiedzieliśmy w którą stronę się patrzyć, aby nie przegapić, a to żyrafy, a to słonia, a to kolejnego gatunku antylopy, a to jakiegoś wielkiego pięknego ptaka. Nic tylko mieć oczy dookoła głowy.






Celem każdego safari w Masai Mara (a pewnie i większości safari w Afryce) jest ustrzelenie Wielkiej Piątki. Należą do niej: lew, słoń, nosorożec, lampart, bawół afrykański. Trzy z nich są praktycznie gwarantowane: lew, bawół i słoń. Aby zobaczyć nosorożca i lamparta trzeba mieć sporo szczęścia.

Słonie spokojnie wypasały się praktycznie przed naszym hotelem, który znajdował się w samym centrum parku. Bawołów na sawannie jak mrówków. Dosłownie. Czasami aż czarno od nich. Pierwszym poważnym do „ustrzelenia” celem był więc lampart.






Gdy jeździliśmy sobie po bezdrożach parku nagle nasz przewodnik – Peter dostał przez CB radio wiadomość od kumpli:

„Jest lampart! Śpi na drzewie! W drogę!”

I zaczęła się nasza pierwsza gonitwa przez park. Jak się pewnie domyślacie gnanie jak na złamanie karku po wyboistych drogach, stojąc w samochodzie i trzymając się jako tako sufitu do najprzyjemniejszych nie należy… Ale… Wróć! Przecież to właśnie to co Poriomaniakowe Tygryski lubią najbardziej! Oboje z Albinem złapaliśmy wiatr w żagle i odbijając się to w jedną, to w drugą stronę, próbując robić zdjęcia w locie, śmialiśmy się przy tym głośno delektując się każdą chwilą tego szaleństwa! J



Już z daleka mogliśmy zobaczyć samotnie stojące drzewo otoczone przez wianuszek podobnych do naszego samochodów. Gdy podjechaliśmy okazało się, że na jednej z gałęzi najspokojniej pod słońcem śpi sobie piękny lampart nic sobie nie robiąc z całego zamieszania jakie spowodował. Ludzie (i my oczywiście też) patrzyli się na niego jak zahipnotyzowani, czekając na jego najmniejszy ruch. Jak tylko podniósł jedną powiekę, migawki aparatów ruszały w ruch. Przekrzywił nieco głowę, ludzie pokazywali to sobie palcami, włączając do tego sceniczny szept. Istny cyrk. Ale naprawdę ciężko nie ulec urokowi tego pięknego kociaka. Postaliśmy tak lampiąc się na niego może z 10 minut, po czym ustąpiliśmy miejsca innym nadjeżdżającym samochodom.


I tutaj taka ciekawostka: normalnie jeżdżąc po parku, ma się wrażenie, że poza nami nikogo w tym parku nie ma. Nie widać innych samochodów, turystów, cisza, spokój, pustka i tylko pasące się dookoła zwierzęta. I dopiero kiedy rozejdą się wieści, że gdzieś znajduje się lampart albo nosorożec, widać ilu tak naprawdę jest w parku turystów. Nagle wyłaniają się oni ze wszystkich zakamarków i wszyscy pędzą oglądać rzadkie zwierzę.



Tym sposobem już pierwszego dnia udało się nam zobaczyć 4 z 5 Wielkich Zwierząt.

---------------------------------------------------------------

Drugiego dnia umówiliśmy się z Peterem, że zamiast jechać na dwa krótkie objazdy (rano i wieczorem po 3 godziny) pojedziemy na całodniową wycieczkę, co da nam możliwość pojechać do dalszych zakątków parku. Wyjeżdżając z hotelu znowu natknęliśmy się na przecinającego naszą drogę pięknego słonia. Do „ustrzelenia” został nam nosorożec. Byliśmy przygotowani na to, że nie będzie łatwo. Wieczorem Aśka z Billy rozmawiały z parą, która w parku spędziła 4 dni i nosorożca nie zobaczyli. Wszyscy nas ostrzegali, że bardzo ciężko je spotkać i aby jakiegoś zobaczyć musimy mieć naprawdę dużo szczęścia i żeby na za dużo nie liczyć…

Postanowiliśmy cieszyć się wszystkim co przyniesie dzień. Peterowi powtarzaliśmy, że jesteśmy szczęściarze, a ja właśnie spełniam swoje marzenie o safari w Kenii więc nie ma takiej możliwości żebyśmy nosorożca nie zobaczyli, ale czy sami tak do końca w to wierzyliśmy to nie wiem.

Tak czy inaczej niedługo po wyruszeniu z hotelu Peter dostał informację. O czym? Nie wiedzieliśmy, bo był jakiś bardzo tajemniczy. Znowu zaczęliśmy pościg, a im dalej jechaliśmy tym więcej informacji Peter nam udzielał, odkrywając przed nami w końcu, że wie gdzie jest nosorożec! Jak ci kierowcy nie gubią się w parku to ja nie wiem. Jak oni sobie tych informacji o zwierzakach udzielają? Tam pod tym dużym drzewem, za 5 zakrętem w kierunku Tanzani, koło małego jeziorka, za kępką buszu? Byłam pełna podziwu, za tempo w jakim Peter odnajdywał poszczególne zwierzęta.

Po parunastu minutach pościgu dotarliśmy na miejsce. Znowu przy drodze stało już kilka samochodów, których pasażerowie coś tam sobie palcami pokazywali w oddali. Albin nagle krzyknął:

„Tam jest!”

Potem zobaczyły go Asia i Billy. I tylko ja taka ślepa pozostałam… Ale w końcu wielki szary nosorożec wyłonił się zza krzaków, tak, że chyba nawet ślepy by go zobaczył, tylko po to, aby za chwilę znowu się w tych krzakach schować…

„No wiele to go nie było…” pomyślałam sobie… ciesząc się tym nie mniej, że to niemal mistyczne zwierzę udało się nam jednak zobaczyć. Pomimo pewnej dawki rozczarowania i tak już skakałam z radości pod sam sufit!

Gdy ja się tak cieszyłam Albin i Peter uważnie obserwowali skrytego w krzakach nosorożca. Okazało się, że idzie w górę, w kierunku drogi z której przyjechaliśmy! I znowu pościg! Chwila pełnego napięcia oczekiwania… Wyjdzie nam na spotkanie czy nie? Wyjdzie… czy… nie… Wyjdzie…. JEST!!! Niemal tuż przed naszym samochodem przekroczył majestatycznie drogę i ponownie zniknął w pobliskim buszu dając jednak tłumowi paparazzich się ładnie obfotografować ze wszystkich stron J





Teraz już mogliśmy sobie spokojnie jeździć po parku delektując się widokami, podziwiając kolejne zwierzęta, których nazw często nawet nie znam (tylko z tych bardziej znanych, poza wspomnianymi wcześniej były: gepard, hieny, gnu, strusie, krokodyle, hipopotamy). Mieliśmy okazję zjeść lunch po drzewem (wypatrując czy w okolicy nie czai się jakiś drapieżnik, licząc na łatwy obiad ;)), wejść na punkt widokowy, a na koniec nawet udało się nam po raz kolejny zobaczyć lamparta. Cała Wielka Piątka jednego dnia! Marzenie w 120% spełnione J



---------------------------------------------------------------

Na koniec nieco informacji praktycznych:

Cena za safari waha się w okolicach 350 – 500 funtów i zależy od biura podróży, standardu samochodu, przewodnika, hotelu i wielu innych rzeczy. My zastanawialiśmy się czy nie zorganizować sobie safari na własną rękę (z namiotami, własnym samochodem itp.), ale po odbyciu safari z przewodnikiem z całą pewnością stwierdzamy, że to nie miałoby najmniejszego sensu. Przewodnicy porozumiewają się za sobą przez CB radio i w sobie tylko znany sposób potrafią wytropić najtrudniejsze do wytropienia zwierzęta. Tak więc pomimo, że normalnie jesteśmy na bakier z tego typu imprezami tutaj zdecydowanie polecamy!

Wstęp do Parku Masai Mara z tego co się orientuję większość biur podróży wlicza już w cenę wycieczki. Jakby się tak jednak nie stało (o co zawsze się warto dopytać) to jest to koszt 70 USD / osobę / dzień

Wstęp do Wioski Masajów – 20 USD / osobę


Przelot balonem – 100 USD / osobę (jeżeli dobrze pamiętam)