wtorek, 24 lutego 2015

Lotnicze perypetie

Dopiero co skończyłam  opisywać nasze przygody w Ameryce Południowej (jak wiecie ze sporym poślizgiem) a już nam się kolejna wycieczka trafiła! I uwierzcie mi i tym razem będę Wam miała o czym opowiadać J

O naszym wyjeździe do Kenii wiedzieliśmy już sporo przed zakończeniem podróży po Ameryce. Stało się tak dzięki mojej wspaniałej przyjaciółce, Kenijce – Sally, która trzy lata wcześniej na naszym weselu złapała welon. A sami wiecie co to oznacza! Tak więc nie mogło być inaczej i prędzej czy później do Kenii się wybrać musieliśmy J Data została (między innymi) z nami ustalona i padło na Boże Narodzenie 2014. Sally stwierdziła, że jest to najlepszy termin na przyjazd do Kenii ze względu na panującą tu porę suchą, a dla niej będzie dużo prościej pozbierać porozrzucaną po świecie rodzinę na święta niż w jakimkolwiek innym terminie.

W lipcu, jak tylko udało się nam zarobić pierwsze pieniądze kupiliśmy bilety, a ja wykorzystując fakt, że miałam w pracy kolegę Kenijczyka zaczęłam się uczyć podstaw suahili (który BARDZO mi się spodobał swoją drogą). Poznaliśmy się z Asią (koleżanką Sally z Manchesteru, która również leciała z nami na wesele) i dzięki pomocy siostry Sally, która ma swoje biuro podróży zorganizowaliśmy sobie safari. Nasz wyjazd powoli zaczął nabierać kształtu, a my, nawiedzeni poriomaniacy mieliśmy na co czekać.

Miesiące sobie powoli leciały, w międzyczasie staraliśmy się poznawać okolice naszego nowego miasta – Bristolu, aż w końcu nadszedł długo wyczekiwany grudzień. Po tak długiej abstynencji wyjazdowej, naprawdę ciągnęło nas w świat. Coby sobie więc wyjazd jeszcze urozmaicić bilety do Nairobi kupiliśmy z Amsterdamu, tym samym zapewniając sobie ekstra dzień zwiedzania.

Że w Amsterdamie nas jeszcze nie było postanowiliśmy go wykorzystać na całego. Przylecieliśmy tam z samego rana, zostawiliśmy bagaże w hotelu przy lotnisku i ruszyliśmy do centrum.

Amsterdam urzekł nas od pierwszego wejrzenia. Piękne domy, kanały i…. miliony rowerów! Nawet nie potrafię powiedzieć ile razy o mały włos, a zostałabym rozjechana przez pędzący rower! Cudo! J Spodobało się nam tak bardzo, że niemal od razu postanowiliśmy, że będzie tam trzeba wrócić. Choćby tylko na weekend, ale koniecznie! A na dodatek udało się nam tam spotkać z naszymi Aniołami z Torres del Paine. Bratnie dusze, pogaduszki przy piwku i obietnica powrotu i ponownego spotkania.
 
Następnego dnia z samego rana mieliśmy lot do Paryża, gdzie mieliśmy przesiadkę na samolot lecący do Nairobi. Sprawnie udało się nam odprawić i już przed 08:00 siedzieliśmy sobie wygodnie w samolocie.

Siedzimy, czekamy… i czekamy…. I czekamy… Ja sobie trochę przysnęłam, obudziłam się, a my dalej czekamy. Ale o co kaman? Trochę zaczęłam się niepokoić, bo w Paryżu na przesiadkę mieliśmy zaledwie 1,5 godziny, co uwzględniając rozmiary lotniska naprawdę nie jest dużo. Pilot poinformował nas, że to ze względu na panującą w Paryżu mgłę. W końcu kontrola lotów pozwoliła nam wylecieć.

Lądując w Paryżu mieliśmy jakieś 45 minut na przesiadkę. Obsługa linii lotniczych poinformowała wszystkich pasażerów mających przesiadkę, na który terminal mają się udać, więc i my biegiem, ruszyliśmy. Shuttle bus, a w nim jakiś kierowca, któremu najwyraźniej nigdzie się nie spieszy… Nas tu nerwy zżerały, bo czasu coraz mniej, a ten daje się wszystkim wyprzedzać, stoi 5 minut przy każdym terminalu nawet jak nie ma pasażerów. Ufff… W końcu udało się nam dojechać! Biegiem do bramki, z której wydawało się nam powinien odlatywać nasz samolot, a tu takiej bramki niet! Biegiem w drugą stronę, i znowu przez cały terminal! Zadyszeliśmy się, spociliśmy się, gorąco się nam zrobiło jak cholera, a samolotu, ani bramki jak nie było tak nie ma. Co gorsza, trudno znaleźć kogokolwiek kto by coś o odlotach samolotów wiedział.

Tablica odlotów ciągle pokazywała, że nasz samolot powinien odlecieć o czasie, co nas bardzo niepokoiło, bo zostało nam jakieś 5 minut… Ale numeru bramki, przy odlocie nie było, co dosyć nas dziwiło, bo wszystkie inne loty miały już od dawna bramkę wyświetloną. Hmmmm… W końcu zdecydowaliśmy się na powrót w stronę shuttle bus’ów, gdzie widziałam informację. Znowu biegiem. Ale tam przynajmniej udało się nam dowiedzieć, gdzie mamy iść (biec?) Gdy dotarliśmy na miejsce już z daleka widzieliśmy, że naszego samolotu, ani czekających ludzi nie ma.

„No to ładnie” myślę sobie „W końcu udało się nam spóźnić na samolot…”

Dobiegliśmy do sympatycznej pani z obsługi Air Kenya, a ta, nas poinformowała, że samolot jest opóźniony, a być może nawet w ogóle nie będzie dzisiaj leciał! Z powodu mgły musiał on bowiem wylądować w… Amsterdamie! No przecież my dopiero co stamtąd wróciliśmy! Dostaliśmy vouchery na jedzenie i radę, aby wrócić za godzinę, gdyż być może wtedy będzie coś więcej wiadomo.

Godzinę później potwierdzono nam, że lot jednak jest odwołany. Musieliśmy iść odebrać swoje bagaże i przebukować bilety. Niestety, gdy doszliśmy do karuzeli, moja walizka się znalazła, za to okazało się, że plecak Albina postanowił sobie nieco pozwiedzać lotnisko Charles de Gaulle’a i musiano go sprowadzać z innego terminala (ach ta poriomania! Jak widać udziela się nawet przedmiotom ;)) Z tego też powodu wylądowaliśmy na samym końcu kolejki do przebukowywania, a że poruszała się ona w iście żółwim tempie, to zanim w końcu udało się nam dostać nasze bilety, musieliśmy w niej odstać bite 3 godziny.

Chyba już bez większego zaskoczenia przyjęliśmy fakt, że musieliśmy wracać do Amsterdamu. Tam znowu bieg (tym razem mieliśmy tylko pół godziny na przesiadkę, ale razem z nami biegło pół naszego samolotu z Paryża J) i w końcu mogliśmy odetchnąć z ulgą i delektować się lotem, miła obsługą, smacznym jedzeniem i nawet nie przeszkadzał nam fakt, że nie siedzieliśmy koło okna J



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz