czwartek, 1 stycznia 2015

Sucho... Suszej... Najsuszej.. Atacama!

Przez Antofagastę doejchaliśmy do San Pedro de Atacama. Małej wioski pośrodku najsuchszej pustyni świata – Atacamy. Szybko udało się nam znaleźć wygodny hostel z pięknym wiodkiem na graniczące z Boliwią wulkany. Dzień wcześniej spadł śnieg, który jest tutaj rzadkością i otaczające nas szczyty ładnie kontrastowały z niebieskim niebem.

San Pedro de Atacama jest miejscowością być może i małą, ale do której przez cały rok zjeżdżają się całe chmary turystów chcących podziwiać piękne pustynne krajobrazy. Dlatego też nie mieliśmy problemu ze znalezieniem agencji, z którą moglibyśmy się zabrać na wycieczkę. Dzięki temu, że szczyt sezonu był już za nami, gdzie byśmy nie wchodzili od razu dostawaliśmy zniżkę za rezerwację „grupową” (czyt. 2-osobową) oraz za wykupienie jednorazowo dwóch wycieczek: porannej do Gejzerów Tatio oraz popołudniową do Skały Kojota.

-----------------------------------------------------

Sporo przed świtem usłyszeliśmy  głośne pukanie do drzwi. W rozwiązanych butach, szybko złapałam w rękę moje dwa polary i ciepłą czapkę. Dzień wcześniej zostaliśmy ostrzeżeni przed 15-stopniowym mrozem, a nie mieliśmy za bardzo ochoty marznąć więc ubraliśmy się w nasze wszystkie ciepłe rzeczy.  Po drodze zebraliśmy jeszcze mocno spóźnionych (ale za to wypachnionych i wymalowanych) Chilijczyków oraz lekko ubranch Francuzów.

1,5 godziny jechaliśmy w całkowitych ciemnościach. Od czasu do czasu wyglądałam przez okno podziwiając jasno świecące gwiazdy. Gdy dojechaliśmy do gejzerów horyzont dopiero zaczął się powoli rozjaśniać.

Zespół gejzerów Tatio jest 3-cim największym zespołem gejzerów na świecie (po Yellowstone, gdzie znajduje się 40% gejzerów świata oraz Dolinie Gejzerow na Kamczatce)i położony jest na wysokości 4320 m n.p.m. Z oczywistych względów obawiałam się nieco o moją chorobę wysokościową (tym bardziej, że już od dłuższego czasu nie przebywaliśmy na dużych wysokościach), ale jakimś cudem czułam się nawet całkiem nieźle.

Gejzery najładniej wyglądają właśnie o świcie, kiedy to różnica temperatury między mroźnym powietrzem, a gorącą wodą jest największa i kiedy to unosi się z nich najwięcej oparów. Przechadzajacy się między nimi ludzie wyglądają wówczas jak majaczące we mgle zjawy.

Gejzery od turystów odgrodzone są zaledwie ledwo widoczną barierą z poustawianych kamieni. Dzięki temu można podejść do nich bardzo blisko i zajrzeć prosto w ziejącą z ziemi odchłań. Oczywiście trzeba uważać aby nie zostać poparzonym przez wystrzeliwującą w powietrze wodę, jednakże ze względu na niskie ciśnienie w komorach oraz małą ilość wody nie wybuchają one aż tak wysoko jak na przykład słynne gejzery w  Yellowstone.

Zmarznięci z przyjemnością daliśmy się zaprosić na skormne śniadanie. Gorąca herbata, jajka na twardo, szynka, chleb. Co chwila coś wypadało ze skostniałych dłoni na plastikowy, przykryty ceratą stół.

Po śniadaniu jeszcze chwila na zrobienie zdjęć gejzerom w porannym słońcu, po czym ruszyliśmy wygrzać się w pobliskich źródłach termalnych. Panująca na zewnątrz temperatura zdecydowanie nie zachęcała do kąpieli, jednakże unosząca się z basenu para obiecywała przyjemną kąpiel.

Jak zwykle najodważniejszy Albin szybko ściągnął z siebie liczne warstwy ubrań i biegiem wskoczył do basenu. Niedługo później i ja zdecydowałam się do niego dołączyć. Niestety woda okazała się nie być aż tak ciepła na jaką wyglądała... Niby miała ona 33 stopnie, ale przy temperaturze powietrza wynoszącej -10ᵒC nie zapewniała komfortu...

W drodze powrotnej do San Pedro zatrzymaliśmy się przy jednym z nielicznych zbiorników wodnych w okolicy. Zielona, pełna życia dolinka wyglądała na tle pustynnego krajobrazu jak przeniesiona z innego świata.

Na koniec porannej wycieczki została nam jeszcze wizyta w malutkiej wiosce Machuca. Jest to cicha, tradycyjna chilijska wieś, która odżywa raz dziennie, na godzinę kiedy to zatrzymują się tu wszystkie autobusy z wycieczkami. Ubrane w tradycyjne stroje kobiety sprzedają wówczas świeżo przygotowane anticucho (smażone mięso lamy z cebulą) oraz pyszne empenady z kozim serem, brudne dzieci błaganie wyciągają ręce po pieniądze, bądż oferują zdjęcia z małymi lamkami, a lokalny grajek wyśpiewuje melanchonijne piosenki. Gdy chwilę później autobusy odjeżdżają miasteczko ponownie zapada w letarg, a mieszkańcy wracają do swoich normalnych zajęć.

-----------------------------------------------------

Po popołudniwej drzemce (pobudka o 4:00 dała się nam jednak we znaki) zebraliśmy siły i ruszyliśmy na naszą drugą wycieczkę zobaczyć cuda najsuchszej pustyni świata. Nasz przewodnik był geologiem z wykształcenia i z pasją opowiadał nam o tym jak powstawały kolejne oglądane przez nas formacje skalne: „Tres Marias” (grupa trzech skał przypominających młode dziewuszki zastygłe od tysiącleci w niezmienionych pozycjach), piękne kryształy solne w nieczynnej kopalni soli, „Amfiteatr” (odsłaniający przed nami kolejne wartswy osadzanych skał).

Dowiedzieliśmy się też dlaczego na Atacamie jest tak sucho. Wpływają na to przede wszystkim trzy czynnki: położenie w strefie zwrotnikowej (ruchy powietrza na Ziemi), w cieniu opadowym gór oraz przepływający w pobliżu zimny prąd morski.

Jednym z punktów programu był spacer przez jasknię solną z jej wąskimi korytarzami, przy których trzeba się było czasami nieźle pogimnastykować. Razem z nami był 74-letni Japończyk z USA. Nasz przewodnik nieco się martwił o jego kondycję i poinformował go, że jeżeli tylko się gorzej poczuje ma dać natychmiast znać. Ten jednak wszystkich zaskoczył swoją niesamowitą formą, kiedy to skakał po skałach jak młodzieniaszek.

Na koniec pojechaliśmy do Valle de la Muerte (Doliny Śmierci), której nazwa wzięła się z błędu językowego. Pracujący tutaj belgijski misjonarz nazwał ją bowiem Doliną Marsową (Valle de la Marte) ze względu na tworzące ją czerwone skały. Ponieważ jednak mówił on z silnym francuskim akcentem lokalni mieszkańcy myśleli, że chodzi mu jednak o Dolinę Śmierci i tak już zostało do dnia dzisiejszego.

W Dolinie Śmierci znajduje znana z bajki o Strusiu Pędziwietrze wisząca nad doliną Skała Kojota. Można sobie na niej zrobić robiące wrażenie zdjęcie. Z góry rozpościera się magiczny widok na otaczające góry, które w ciepłych promieniach zachodzącego słońca przybierają krwistoczerwony kolor.

-----------------------------------------------------

Ostatniego dnia w San Pedro wypożyczyliśmy rowery i wybraliśmy się na samotną wyprawę na pustnię. Ponownie pojechaliśmy do Doliny Śmierci i Skały Kojota, ale tym razem oglądaliśmy je bez tłumów przepychających się turystów walczących o zrobienie sobie jak najlepszych zdjęć.

W gorącym pustynnym słońcu każdy podjazd pod górę dawał się nam mocno we znaki, ale widoki wynagradzały nam wszelkie niedogodności. No i oczywiście dłuuuuugi zjazd w drodze powrotnej! Co za rozkosz! Wiatr we włosach, ciepło przygrzewajace słońce... Bajka!

-----------------------------------------------------


Pustynia Atacama jest kolejnym magicznym odwiedzonym przez nas miejscem. Sucha, surowa, a jednak piękna i delikatna. Widoki z niej na pewno na długo zostaną w naszej pamięci. 

4 komentarze:

  1. niesamowite miejsce serdecznie gratuluję, że tam dotarliście
    wiele dobra i inspiracji i w domu i w podróży w Nowym Rolu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Atacama jak chyba wszystkie pustynie swiata ma w sobie pewna magie, ktora przyciaga.
      Dziekujemy serdecznie za zyczenia i rowniez zyczymy wszystkiego co najlepsze. Nowych szlakow i drog, ktore poprowadza nas przez zycie jak najciekawiej i jak najpiekniej :)

      Usuń
  2. Niesamowita relacja ! Aż chce się tam być. PS. Na pierwszym zdjęciu wyglądasz jak Wojciechowska ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo sie ciesze, ze nasza relacja sie podoba :) Zapraszamy do nas czesciej. Wprawdzie relacja z Ameryki Poludniowej dobiega juz konca, ale juz nasza ostatnia wyprawa do Kenii czeka na swoja kolej do opisania, wiec materialow nam jeszcze na jakis czas nie zabraknie :)
      A z ta Wojciechowska... Hmmm.. Moze w takim razie mamy ze soba cos wiecej wspolnego niz tylko zamilowanie do podrozy :)

      Usuń