niedziela, 25 stycznia 2015

Długa droga powrotna


Po trzęsieniu ziemi w Iquique miałam trochę dosyć tej całej Ameryki. Ziemia ruszała się nam pod nogami niemal bez ustanku, a wyjechać nie było tak łatwo. Podczas trzęsienia uszkodzona została droga wyjazdowa i duże autobusy nie wyjeżdżały z miasta. Ilekroć pytaliśmy się kiedy będziemy mogli w końcu wydostać się z Iquique odpowiedzią było niezmienne "nie wiadomo".

Iquique położone jest u podnóża bardzo wysokiej góry, wciśnięte między jej strome zbocze i Ocean Spokojny z drugiej strony. Uszkodzona droga prowadziła właśnie na szczyt tej góry, gdzie znajdował się rozległy płaskowyż, którym już bez problemu dojechalibyśmy sobie do Arica, skąd zaczynaliśmy naszą długą drogę powrotną do Europy.

Po dwóch dniach udało się nam dowiedzieć, że wprawdzie duże autobusy z i do miasta nie jeżdżą, ale parę razy dziennie można stamtąd wyjechać małym colectivo. Tym samym sposobem dostaliśmy się jeszcze do Humberstone i St Laura, a po dwóch dniach w końcu dostaliśmy się do głównej drogi, gdzie spokojnie mogliśmy złapać autobus jadący do Arica.

------------------------------------------------------

Podczas naszego dwudniowego pobytu w Arica też nie czułam się jakoś super bezpiecznie. I tym razem wcale nie chodziło o wstrząsy. Ani o jakiś bandytów. Tym razem chodziło o tsunami. A konkretnie, o to, że o tyle, o ile w Iquique było gdzie uciekać, o tyle Arica jest bardzo płaska i w razie alarmu i ewakuacji naprawdę trzeba przejść spory kawał zanim się dojdzie do jakiś konkretnych wzgórz. Dlatego też nie spędziliśmy tam zbyt wiele czasu.

W Arica znajduje się całkiem sporo dzieł Gustava Eiffel'a: zaprojektowana parę lat przed słynną paryską wieżą katedra św. Marka, czerwony Dom Gubernatora, dawny budynek Urzędu Celnego oraz budynek stacji kolejowej Arica – La Paz. Weszliśmy na Morro de Arica. Było to wzgórze, na które ewentualnie myśleliśmy aby uciekać jakby tsunami jednak zdecydowało się zaatakować, ale martwiło nas, że trochę mało tam miejsca jakby wszyscy mieszkańcy wpadli na taki sam genialny pomysł. Na górze w niedzielne popołudnie odpoczywało sporo ludzi: rodziny z dziećmi, tulący się do siebie zakochani, popisujący się nastolatkowie.

W przeciwieństwie do Iquique, w Arica nie w ogóle nie było widać skutków trzęsienia ziemi. Gdy w poniedziałek rano wróciliśmy do centrum ulice tętniły życiem, ludzie robili zakupy, spieszyli się do pracy. My natomiast wybraliśmy się do znajdującego się w Dolinie Azapa poświęconego wymarłej kulturze Chinchorro Museo Universidad de Tarapaca.

------------------------------------------------------

Chinchorro żyli w Dolinie Azapa oraz wzdłuż północnego wybrzeża Chile 7 tysięcy lat temu. Byli oni ludźmi niskiego wzrostu: kobiety mierzyły średnio zaledwie 1,40 – 1,50 m, a mężczyźni byli niewiele wyżsi ze swoimi 1,55 - 1,60 m. Zajmowali się oni głównie połowem ryb i owoców morza. Tworzyli piękne harpuny, które dzięki tutejszemu suchemu klimatowi przetrwały w nienaruszonym stanie do dnia dzisiejszego.

Dzięki szczegółowym badaniom archeologicznym wiadomo, że Chinchorro umierali głównie na zapalenie płuc i mieli spore problemy ze słuchem. Prawdopodobnie miało to związek z nie suszeniem uszu po wyjściu z wody oraz silnie wiejącymi wiatrami. Cierpieli oni także na problemy z kośćmi (w tym złamania nabyte prawdopodobnie w czasie walk o łowiska) oraz… syfilis J

Jednym z powodów ich dzisiejszej sławy jest zwyczaj mumifikowania zwłok. Ich mumie należą do najstarszych na świecie (są nawet starsze od tych w Egipcie), a mumifikowali wszystkich jak leci: dzieci, kobiety, mężczyzn, starców. Dzięki temu teraz w muzeum można oglądać całkiem sporo przykładów zmumifikowanych ciał.

------------------------------------------------------

Do Europy wylatywaliśmy z Limy w Peru, ale ponieważ przez 14-miesięcy nie mogliśmy za bardzo poszaleć z kupowaniem pamiątek ze względu na ograniczoną przestrzeń bagażową, postanowiliśmy to teraz nadrobić. Jednym z najtańszych miejsc w całej Ameryce Południowej jest La Paz, a że było ono tak jakby po drodze (cóż to w końcu jest 8-10 godzin jazdy autobusem?!) postanowiliśmy zrobić taki mały de-tour i odwiedzić na koniec jedno z naszych ulubionych południowoamerykańskich miast.

Droga prowadząca z Arica do La Paz jest cudowna! Wiedzie ona przez pustynie, góry, parki narodowe. Z poziomu morza wjeżdża się na niemal 5000 m n.p.m. Dało mi się to trochę we znaki i przekraczanie granicy, kiedy to musiałam wysiąść z autobusu i chwilę podejść aby zdobyć pieczątki wyjazdowe z Chile było dla mnie prawdziwą męczarnią. Już niemal zdążyłam zapomnieć przez ostatnich parę miesięcy jak to się człowiek czuje kiedy mu nagle zaczyna brakować tlenu. Na szczęście wszystko to trwało dosyć krótko, a granica boliwijska znajdowała się już nieco niżej, gdzie czułam się zdecydowanie lepiej.

Różnica między Chile a Boliwią uderza niemal od razu po przekroczeniu granicy. Niby tylko parę kilometrów, umowna linia między dwoma państwami, a jakże dwa różne światy! W Chile porządek, otynkowane budynki i wyjątkowo zadbane i przyjazne, mimo iż bezdomne psy. Natomiast w Boliwii syf, tony śmieci: w sadzawkach, rzekach, na ulicach, wyrzucane przez okna samochodów i autobusów, wszystko niedokończone, budynki jeśli już mają tynk, to tylko na przedniej ścianie, a wygłodniałe psy rzucają się na ludzi. Parę kilometrów różnicy…

-----------------------------------------------------

W La Paz przywitał nas wszechobecny harmider, ciągłe trąbienie klaksonów, wpychający się na siłę kierowcy i manewrujący między samochodami, busikami i autobusami piesi. Brak poszanowania dla siebie nawzajem. Wieczna przepychanka: "Jeszcze ja!" "I ja!" "I ja!" Ulice pełne samochodów, chodniki pełne ludzi. Godziny szczytu.

Wieczorem, po zameldowaniu się w "naszym" hostelu poszliśmy się przejść po mieście. Przed kościołem San Francisco tańczył ten sam Michael Jackson, który tańczył tu parę miesięcy wcześniej. Na deptaku siedział ten sam drący się w niebogłosy wariat, a uliczki były identycznie wypełnione sprzedawcami pirackich płyt z filmami i programami komputerowymi. Niewiele się La Paz zmieniło w czasie naszej kilkumiesięcznej nieobecności. Wybudowano kolejkę linową łączącą miasto z El Alto. Rozkopano trochę ulic. I tyle.

----------------------------------------------------

Dwa dni w La Paz, zakupy (to chyba jednak zasługuje na oddzielny wpis J)i ruszamy do Limy. Skromne 28 godzin jazdy. Nasz rekord. Autobus odjeżdża z typowo boliwijskim poślizgiem: dwie godziny później Niby, że korki w El Alto. Manana. Czekać trzeba.

Dojazd do granicy z Peru był typowo latynoski, chaotyczny na maxa. Ponieważ granica znajduje się w samym centrum małego handlowego miasteczka, aby do niej dojechać trzeba się dosyć namęczyć. Ulice są tak wypełnione ludźmi ciągnącymi na wózkach swoje towary oraz mototaxi, że pomagier z autobusu musiał wyjść na ulicę i torować nam przejazd.

Po obu stronach granicy na ulicy porozstawiali się sprzedawcy wszystkiego: owoców, ubrań, garnków, koców. Najwięcej jednak jest tam cinkciarzy zajmujących się wymianą waluty. Mają oni porozstawiane malutkie stoliczki, na których leżą wielkie kalkulatory, a na pasach mają saszetki z pieniędzmi. My już wprawdzie wymieniliśmy pieniądze wcześniej w La Paz, ale samo obserwowanie pracy tego zbiorowego kantoru było dla nas sporą atrakcją.

----------------------------------------------------

W Limie tym razem zatrzymaliśmy się w hostelu. Czekała nas tylko jedna noc i nie chcieliśmy nikomu zawracać głowy na tak krótki czas. Poszliśmy się pożegnać z Pacyfikiem, który tym razem przybrał bardzo smętną, szaro-burą postać. Taką akurat na nasz wyjazd. Nieco nostalgiczną, pełną zadumy. Ostatni posiłek. Ostatni spacer. Wszystko ostatnie.

I lotniska. Lima – Paryż – Madryt. Tam noc na lotnisku. Wciśnięci gdzieś między maszynę do sprzedaży soków i ścianę. Byle do rana. I kolejne loty: Madryt – Berlin – Warszawa. W końcu. Dwa dni w powietrzu.

W Warszawie byliśmy dosyć późno, tuż przed północą. Gdy poszliśmy odebrać nasze bagaże okazało się, że ich nie ma. Świetnie… Ładne zakończenie wyjazdu. Poszliśmy do biura zgłosić brak naszych plecaków, a tam się okazało, że dotarły one do Polski przed nami, jakimś wcześniejszym samolotem J W końcu mogliśmy wyjść i przywitać się ze stęsknioną mamą. Ale żeby nie było tak łatwo zatrzymała nas jeszcze pani celniczka ze słowami:

"Dobry wieczór. Polska Kontrola Celna. Skąd Państwo wracają?

"Z Berlina"

"A wcześniej?" – pytała się jakby wiedziała, że lecimy z Ameryki Południowej, a przecież wiadomo, po co się tam lata!

"Z Madrytu" – odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą

"Dobrze, mogą Państwo iść. Witamy w Polsce."

Czasami opłaca się kombinować z lotami! I oczywiście, żeby nie było, chodzi mi tylko o to, że biedna Pani Celniczka marnowałaby swój i nasz czas na znalezienie niczego, bo jedyne co "przemycaliśmy" z Ameryki Południowej to tysiące zdjęć i setki wspaniałych wspomnień. A to chyba nie jest nielegalne J

środa, 14 stycznia 2015

Wstrzasajace Iquique

Do Iqiuque przyjechaliśmy po całonocnej podróży autobusem. Już od paru tygodni mówiło się o dosyć silnych wstrząsach w tej okolicy. Co mądrzejsi odradzali nam przyjazd. My jednak wiedzeni żądzą przygód postanowiliśmy nie odpuścić. W końcu tak fajnie by było poczuć jak się nam ziemia rusza pod nogami! Oczywiście nie chodziło nam o jakieś poważne trzęsienie ziemi. Co to, to nie! Chcieliśmy tylko zobaczyć jakie to uczucie, gdy ściany budynków zaczynają delikatnie drżeć, a poukładane koło siebie szklanki zaczynają grać sobie tylko znaną melodię. I byle nikomu nic się nie stało!
------------------------------------------------------

Po krótkiej drzemce na dworcu ruszyliśmy szukać jakiegoś niedrogiego noclegu. Łażąc od hostelu do hostelu, w pewnym momencie dosyć poważnie skręciłam sobie kostkę. Mam z nią problemy już od wielu lat więc się tym za bardzo nie przejęłam. Pomimo bólu i ciężkiego plecaka dalej raźnym krokiem przemierzałam ulice miasta licząc, że spokojne popołudnie wystarczą dla jej regeneracji.

Pogoda była piękna. Nie ma się zresztą co dziwić, gdyż Iquique leży na Atacamie, gdzie roczne opady należą do najniższych na świecie. Zostawiliśmy więc nasze bagaże w przyzwoitym hostelu blisko centrum, a sami ruszyliśmy zwiedzać miasto.

Doszliśmy do oczekującej na wpisanie na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO ulicy Baqudano. Ślicznie się ona prezentowała: opustoszała o poranku, w łagodnych promieniach wschodzącego słońca, z unoszącą się wkoło delikatną mgłą. Otoczona jest ona przez ładne drewniane domki, wśród których jak małe diamenciki wyróżniają się piękne XIX-wieczne pałacyki.
Na porośniętej drzewami Plaza Prat, przy której znajduje się śnieżnobiały Teatr Miejski oraz wieża zegarowa zjedliśmy śniadanie, przyglądając się budzącemu się powoli do życia miastu: czyścibutom polerującym na błysk buty panom w eleganckich garniturach, którzy wygodnie rozparci na malutkich krzesełkach czytają poranne gazety; ludziom jedzącym w pośpiechu hot-dogi (zwane tutaj completo) kupione z ulicznego wózka; bezdomnemu siedzącemu na ławeczce bez nadziei wbijającemu przed siebie wzrok; indiańskiemu zespołowi grającemu na swoich piszczałkach dobrze nam znane melodie
------------------------------------------------------
Po  śniadaniu wybraliśmy się do portu, gdzie można odwiedzić reprezentację okrętu Esmeralda. Brał on udział w bitwie, podczas której przejęto oglądany przez nas w Concepcion okręt Huascar. To właśnie podczas tej bitwy Esmeralda została zatopiona. Znudzona pani przewodnik stukała wykute na pamięć fakty:
„Obiekt ten jest reprezentacją, a nie repliką oryginalnego okrętu, gdyż replika byłaby zbudowana z tych samych materiałów, co oryginał, a odwiedzany przez nas obiekt z takich materiałów zbudowany nie jest”
Na okręcie odwiedzamy kabiny oficerów i zwykłych marynarzy, stołówkę, która wieczorem zmienia się w sypialnię, oglądamy różnorakie urządzenia pomagające ustalić pozycję statku na morzu.
Przy wejściu na statku panował dosyć ciekawa polityka cenowa: 
Studenci i emeryci: 1500 pesos
Dorośli: 2000 pesos
Turyści: 3000 pesos
Czyżby wychodzono z założenia, że turyści to nie dorośli? Czy też może Chilijczycy nie powinni być turystami? A co jeżeli ktoś zza granicy przyjechał tutaj w celach biznesowych, a statek odwiedza tak przy okazji? Czy wówczas może zapłacić niższą cenę? No i coś, co mnie zawsze w takich sytuacjach denerwuje: skoro jako turyści płacimy wyższą cenę, to dlaczego nie możemy wymagać anglojęzycznego przewodnika?
------------------------------------------------------
Wróciliśmy na ulicę Baquedano, gdzie wczesnym popołudniem kręciło się mnóstwo ludzi. Sprzedawcy wprost na ulicy porozstawiali swoje skarby: stare książki, płyty winylowe, biżuterię.
Doszliśmy do Muzeum Regionalnego, które można odwiedzić za darmo. Znajduje się tam nawet ciekawa ekspozycja poświęcona żyjącym tutaj od tysięcy lat plemionom. Dowiedziałam się z niej m.in., że tutejsi ludzie mumifikowali swoich zmarłych już 6000 lat temu i są to najstarsze znalezione na świecie mumie (Egipcjanie zaczęli mumifikować zwłoki zaledwie przed 3000 lat). W przeciwieństwie do innych znanych kultur tutaj mumifikowano wszystkich: kobiety, mężczyzn, dzieci, starców, a nawet niemowlęta, które urodziły się martwe. Nie miało przy tym znaczenie pochodzenie czy status społeczny.
Dosyć wcześnie wróciliśmy do hostelu. Moja skręcona wcześniej kostka spuchła po całym dniu chodzenia więc postanowiliśmy zrobić sobie wolne popołudnie.
------------------------------------------------------
Wieczorem się wykąpałam i ledwo zdążyłam położyć się do łóżka włączając kolejny odcinek „Przyjaciół” w telewizji. Była 20:40. Albin siedział z komputerem na podłodze, gdy nagle ziemia zaczęła się trząść. Początkowo Albin tylko z uśmiechem spojrzał na mnie i powiedział:
„Acha, zaczyna się!”
Z sekundy na sekundę wstrząsy robiły się coraz silniejsze, aż w końcu cały budynek zaczął się trząść tak jakby jakiś olbrzym wziął go w swoje łapy i sprawdzał co znajduje się w środku potrząsając nim jak potrząsa się prezentem przed otwarciem go. Ściany, szafa, łóżko… Wszystko dookoła trzęsło się niemiłosiernie. Nagle zgasła elektryczność, na zewnątrz słychać było odgłos tłuczonego szkła oraz spadających kamieni.
Im dłużej to trwało tym bardziej narastał we mnie strach. Usadowił się on początkowo w gardle nie pozwalając mi na swobodne oddychanie. Zmroził krew w żyłach i zatrzymał serce. Zwilżył oczy bezwiednie napływającymi do nich słonymi łzami i wysuszył rozdziawione usta. Przykuł mnie do łóżka, z którego nie mogłam, nie chciałam się ruszyć.
Albin złapał w rękę przygotowany uprzednio plecak (trochę się nasłuchaliśmy przed przyjazdem tutaj co robić w chwili trzęsienia ziemi) i krzyknął:
„Spier…my!”
Ja jednak pamiętając porady z Santiago, aby tylko trzymać się z daleka od ścian i zachować spokój (oj… to mi lekko nie przyszło….) kazałam mu na razie zostać. Wszystko trwało około 1,5 minuty, ale uwierzcie mi, że dłużyło się w nieskończoność!
Gdy wstrząsy ustały na szybko, po ciemku założyłam długie spodnie, złapałam polar w rękę, zaczęłam szukać torebki z aparatem, obiektywów (muszę przyznać, że w przeciwieństwie do Albina byłam ZUPEŁNIE nieprzygotowana!). Albin już czekając gotowy tylko mnie poganiał. W ciemności nie mogłam znaleźć butów więc szybko założyłam japonki i zamknąwszy pokój biegiem skierowaliśmy się do wyjścia.
Gdy byliśmy na schodach zaczęły się kolejne wstrząsy. Tym razem nieco lżejsze i krótsze, ale my już byliśmy na klatce schodowej, więc tylko patrząc z niepokojem czy nie leci nam coś na głowę zbiegliśmy na dół.
Na ulicy było już pełno ludzi. Cały potok uchodźców zmierzających w jednym kierunku: byle pod górę. Pieszo i samochodami, na rowerach, na wózkach, dorośli, dzieci, starsi, niepełnosprawni. Byle dalej od morza skąd może przyjść złowrogie tsunami. Dopiero po kolejnych parudziesięciu sekundach zaczął wyć alarm, a z głośników na całe miasto rozbrzmiał złowieszczy głos:

"Attencion! Attencion! Posibilidad de tsunami! W spokoju prosimy się ewakuować do bezpiecznych stref!”
I bez tego ostrzeżenia wszyscy byli w drodze: z plecakami, kanistrami z wodą, radiami w rękach.

Niby wszystko ładnie zorganizowane, wszyscy wiedzą co robić, ale ja i tak ciągle czułam w sobie atak paniki: miałam miękkie nogi i co chwila przechodziły mi ciarki po plecach. Ciężko mi było oddychać i miałam straszną ochotę się popłakać. W życiu się tak nie bałam. Albin chcąc mnie uspokoić co chwila na mnie krzyczał:
„Opanuj się! Ogarnij się!”
Mam jednak wrażenie, że zamiast mi to pomagać, to tylko pogarszało to sprawę. To czego naprawdę potrzebowałam to chwila uspokajającego , pełnego siły i pewności uścisku.
Niewiele pamiętam z tej drogi pod górę. Wyrywkowe obrazy, dźwięki. Wydawało mi się, że idziemy raptem parę minut gdy nagle okazało się, że już byliśmy w bezpiecznej strefie. Na wszelki wypadek poszliśmy jednak jeszcze trochę wyżej. W końcu zatrzymaliśmy się przy grupie ludzi z radiem. W wiadomościach podali, że trzęsienie miało siłę 7.9. Potem ta liczba wzrosła do 8.5. W końcu jednak potwierdzono, że było to 8.2 w skali Richtera. 8.2! OK. Chciałam przeżyć trzęsienie ziemi. Ale na pewno nie tak mocne!
Epicentrum trzęsienia ziemi było zaledwie 83km od Iquique. Zarządzono ewakuację całego wybrzeża Chile oraz Peru, Ekwadoru, Kolumbii i Kostaryki. W radio mogliśmy usłyszeć przewidywaną godzinę uderzenia fali. Były relacje z Arica i z Antofagasty, ale ani słowa z Iquique. Prądu ciągle nie było, a sieci komórkowe były poważnie przeciążone.
------------------------------------------------------
W międzyczasie ludzie dookoła się nieco uspokoili. I mój lęk się zmniejszył. Wkoło panowała spokojna, wręcz odświętna atmosfera: ludzie częstowali się kawą, herbatą, ciastkami. Co kto miał. Ktoś przykrył drzemiącego na chodniku Albina kocem. Mieszkańcy pobliskiego domu wynieśli nam gąbczasty materac, który dzieliliśmy z gromadą szalejących dzieciaków. Jedno z nich miało urodziny, które miano świętować w centrum w pizzerii. Z tych planów niestety nic nie wyszło. W zamian za to rodzice przynieśli rum i papierosy, którymi chętnie wszystkich częstowali. Wszyscy razem odśpiewaliśmy Cupleanos feliz. A wszystko to pomiędzy docierającymi do nas coraz to nowymi informacjami o zbliżającym się tsunami.
Po jakimś czasie siedzący koło nas Chilijczycy zaczęli nas wypytywać:
„Skąd jesteście? Z Polski? To tak daleko! A kiedy przyjechaliście do Iquique? Dzisiaj? Hahaha! No to macie szczęście! Bienvenido a Iquique!
Na horyzoncie widniały pożary w centrum. Co chwilę słychać było jadące na sygnale samochody, a nad naszymi głowami latały helikoptery.
Około północy z głośników rozległo się ostrzeżenie, aby jeszcze nie wracać do domów. Pomimo tego coraz więcej ludzi znudzonych czekaniem, zmarzniętych, pozawijanych w koce zaczęło schodzić w dół. Część szło do rodzin i znajomych mieszkających w wyższej części miasta, ale część z pewnością stwierdziła, że ryzyko jest małe i postanowiło wrócić do siebie do domów.
Około 2:00 zaczęli się zbierać ludzie, którzy z nami siedzieli. Zaczęłam się ich dopytywać czy myślą, że już jest bezpiecznie i można wracać? Zmarznięta, zmęczona, bez skarpetek i porządnych butów marzę o ciepłym łóżku. Stwierdzili, że do centrum lepiej jeszcze nie iść, ale jeśli chcemy to oni mieszkają niedaleko, w bezpiecznej strefie i możemy się u nich przespać do rana. Nie musieli nam tego powtarzać dwa razy.
------------------------------------------------------
Alarm przeciw tsunami w końcu odwołano przed 8:00, jednak wstrząsy wtórne trwały już do końca naszego pobytu w mieście. Były one dużo słabsze (6-7 stopni), ale ciągle powodowały u mnie przyspieszone bicie serca. Także drugiego dnia czekała nas ewakuacja po kolejnym (słabszym) trzęsieniu, ale ta była już dużo krótsza i noc spędziliśmy z powrotem w hostelu.
Iquique jakos widocznie nie ucierpiało z powodu trzęsienia. Chile jest na nie bardzo dobrze przygotowane i domy tam są budowane w specjalny sposób zabezpieczający je przed ewentualnym zawaleniem. Chodząc po mieście widać było trochę popękanych ścian i parę spalonych budynków, a w porcie walały się poprzewracane przez tsunami łodzie. Tsunami, które nadeszło było na szczęście bardzo niskie (1,5m) i poza portem i zalanym dworcem autobusowym również nie spowodowało większych szkód.
W mieście przez dwa kolejne dni nie było prądu, ani wody w kranach. Sklepy były patrolowane przez wojsko, a woda była racjonowana. Wyglądało to nieco jak stan oblężenia.
------------------------------------------------------
My z Iquique udaliśmy się jeszcze na wycieczkę do Humberstone i Santa Laura – opuszczonych miasteczek, które kiedyś tętniły życiem. Ich ekonomia opierała się na produkcji saletry. Niestety zostały one mocno dotknięte przez kryzys lat 30. XX wieku, z którego się już nigdy nie podźwignęły. W latach 60 wyjechali stamtąd ostatni mieszkańcy, a dzisiaj tylko wiatr hula między opuszczonymi budynkami.

Naprawdę cieszyłam się gdy w końcu wyjeżdżaliśmy z Iquique. Ciągłe wstrząsy budziły mój ciągły niepokój i już nie mogłam się doczekać powrotu do naszej starej dobrej Europy. Tutaj przynajmniej ziemia jest w miarę stabilna. A ja chyba na przyszłość muszę uważać czego sobie życzę. Bo moje „marzenie” o trzęsieniu ziemi zostało zrealizowane w dużo większym stopniu niż bym sobie tego kiedykolwiek życzyła!

czwartek, 1 stycznia 2015

Sucho... Suszej... Najsuszej.. Atacama!

Przez Antofagastę doejchaliśmy do San Pedro de Atacama. Małej wioski pośrodku najsuchszej pustyni świata – Atacamy. Szybko udało się nam znaleźć wygodny hostel z pięknym wiodkiem na graniczące z Boliwią wulkany. Dzień wcześniej spadł śnieg, który jest tutaj rzadkością i otaczające nas szczyty ładnie kontrastowały z niebieskim niebem.

San Pedro de Atacama jest miejscowością być może i małą, ale do której przez cały rok zjeżdżają się całe chmary turystów chcących podziwiać piękne pustynne krajobrazy. Dlatego też nie mieliśmy problemu ze znalezieniem agencji, z którą moglibyśmy się zabrać na wycieczkę. Dzięki temu, że szczyt sezonu był już za nami, gdzie byśmy nie wchodzili od razu dostawaliśmy zniżkę za rezerwację „grupową” (czyt. 2-osobową) oraz za wykupienie jednorazowo dwóch wycieczek: porannej do Gejzerów Tatio oraz popołudniową do Skały Kojota.

-----------------------------------------------------

Sporo przed świtem usłyszeliśmy  głośne pukanie do drzwi. W rozwiązanych butach, szybko złapałam w rękę moje dwa polary i ciepłą czapkę. Dzień wcześniej zostaliśmy ostrzeżeni przed 15-stopniowym mrozem, a nie mieliśmy za bardzo ochoty marznąć więc ubraliśmy się w nasze wszystkie ciepłe rzeczy.  Po drodze zebraliśmy jeszcze mocno spóźnionych (ale za to wypachnionych i wymalowanych) Chilijczyków oraz lekko ubranch Francuzów.

1,5 godziny jechaliśmy w całkowitych ciemnościach. Od czasu do czasu wyglądałam przez okno podziwiając jasno świecące gwiazdy. Gdy dojechaliśmy do gejzerów horyzont dopiero zaczął się powoli rozjaśniać.

Zespół gejzerów Tatio jest 3-cim największym zespołem gejzerów na świecie (po Yellowstone, gdzie znajduje się 40% gejzerów świata oraz Dolinie Gejzerow na Kamczatce)i położony jest na wysokości 4320 m n.p.m. Z oczywistych względów obawiałam się nieco o moją chorobę wysokościową (tym bardziej, że już od dłuższego czasu nie przebywaliśmy na dużych wysokościach), ale jakimś cudem czułam się nawet całkiem nieźle.

Gejzery najładniej wyglądają właśnie o świcie, kiedy to różnica temperatury między mroźnym powietrzem, a gorącą wodą jest największa i kiedy to unosi się z nich najwięcej oparów. Przechadzajacy się między nimi ludzie wyglądają wówczas jak majaczące we mgle zjawy.

Gejzery od turystów odgrodzone są zaledwie ledwo widoczną barierą z poustawianych kamieni. Dzięki temu można podejść do nich bardzo blisko i zajrzeć prosto w ziejącą z ziemi odchłań. Oczywiście trzeba uważać aby nie zostać poparzonym przez wystrzeliwującą w powietrze wodę, jednakże ze względu na niskie ciśnienie w komorach oraz małą ilość wody nie wybuchają one aż tak wysoko jak na przykład słynne gejzery w  Yellowstone.

Zmarznięci z przyjemnością daliśmy się zaprosić na skormne śniadanie. Gorąca herbata, jajka na twardo, szynka, chleb. Co chwila coś wypadało ze skostniałych dłoni na plastikowy, przykryty ceratą stół.

Po śniadaniu jeszcze chwila na zrobienie zdjęć gejzerom w porannym słońcu, po czym ruszyliśmy wygrzać się w pobliskich źródłach termalnych. Panująca na zewnątrz temperatura zdecydowanie nie zachęcała do kąpieli, jednakże unosząca się z basenu para obiecywała przyjemną kąpiel.

Jak zwykle najodważniejszy Albin szybko ściągnął z siebie liczne warstwy ubrań i biegiem wskoczył do basenu. Niedługo później i ja zdecydowałam się do niego dołączyć. Niestety woda okazała się nie być aż tak ciepła na jaką wyglądała... Niby miała ona 33 stopnie, ale przy temperaturze powietrza wynoszącej -10ᵒC nie zapewniała komfortu...

W drodze powrotnej do San Pedro zatrzymaliśmy się przy jednym z nielicznych zbiorników wodnych w okolicy. Zielona, pełna życia dolinka wyglądała na tle pustynnego krajobrazu jak przeniesiona z innego świata.

Na koniec porannej wycieczki została nam jeszcze wizyta w malutkiej wiosce Machuca. Jest to cicha, tradycyjna chilijska wieś, która odżywa raz dziennie, na godzinę kiedy to zatrzymują się tu wszystkie autobusy z wycieczkami. Ubrane w tradycyjne stroje kobiety sprzedają wówczas świeżo przygotowane anticucho (smażone mięso lamy z cebulą) oraz pyszne empenady z kozim serem, brudne dzieci błaganie wyciągają ręce po pieniądze, bądż oferują zdjęcia z małymi lamkami, a lokalny grajek wyśpiewuje melanchonijne piosenki. Gdy chwilę później autobusy odjeżdżają miasteczko ponownie zapada w letarg, a mieszkańcy wracają do swoich normalnych zajęć.

-----------------------------------------------------

Po popołudniwej drzemce (pobudka o 4:00 dała się nam jednak we znaki) zebraliśmy siły i ruszyliśmy na naszą drugą wycieczkę zobaczyć cuda najsuchszej pustyni świata. Nasz przewodnik był geologiem z wykształcenia i z pasją opowiadał nam o tym jak powstawały kolejne oglądane przez nas formacje skalne: „Tres Marias” (grupa trzech skał przypominających młode dziewuszki zastygłe od tysiącleci w niezmienionych pozycjach), piękne kryształy solne w nieczynnej kopalni soli, „Amfiteatr” (odsłaniający przed nami kolejne wartswy osadzanych skał).

Dowiedzieliśmy się też dlaczego na Atacamie jest tak sucho. Wpływają na to przede wszystkim trzy czynnki: położenie w strefie zwrotnikowej (ruchy powietrza na Ziemi), w cieniu opadowym gór oraz przepływający w pobliżu zimny prąd morski.

Jednym z punktów programu był spacer przez jasknię solną z jej wąskimi korytarzami, przy których trzeba się było czasami nieźle pogimnastykować. Razem z nami był 74-letni Japończyk z USA. Nasz przewodnik nieco się martwił o jego kondycję i poinformował go, że jeżeli tylko się gorzej poczuje ma dać natychmiast znać. Ten jednak wszystkich zaskoczył swoją niesamowitą formą, kiedy to skakał po skałach jak młodzieniaszek.

Na koniec pojechaliśmy do Valle de la Muerte (Doliny Śmierci), której nazwa wzięła się z błędu językowego. Pracujący tutaj belgijski misjonarz nazwał ją bowiem Doliną Marsową (Valle de la Marte) ze względu na tworzące ją czerwone skały. Ponieważ jednak mówił on z silnym francuskim akcentem lokalni mieszkańcy myśleli, że chodzi mu jednak o Dolinę Śmierci i tak już zostało do dnia dzisiejszego.

W Dolinie Śmierci znajduje znana z bajki o Strusiu Pędziwietrze wisząca nad doliną Skała Kojota. Można sobie na niej zrobić robiące wrażenie zdjęcie. Z góry rozpościera się magiczny widok na otaczające góry, które w ciepłych promieniach zachodzącego słońca przybierają krwistoczerwony kolor.

-----------------------------------------------------

Ostatniego dnia w San Pedro wypożyczyliśmy rowery i wybraliśmy się na samotną wyprawę na pustnię. Ponownie pojechaliśmy do Doliny Śmierci i Skały Kojota, ale tym razem oglądaliśmy je bez tłumów przepychających się turystów walczących o zrobienie sobie jak najlepszych zdjęć.

W gorącym pustynnym słońcu każdy podjazd pod górę dawał się nam mocno we znaki, ale widoki wynagradzały nam wszelkie niedogodności. No i oczywiście dłuuuuugi zjazd w drodze powrotnej! Co za rozkosz! Wiatr we włosach, ciepło przygrzewajace słońce... Bajka!

-----------------------------------------------------


Pustynia Atacama jest kolejnym magicznym odwiedzonym przez nas miejscem. Sucha, surowa, a jednak piękna i delikatna. Widoki z niej na pewno na długo zostaną w naszej pamięci.