wtorek, 11 listopada 2014

Wina, wina, wina dajcie! - Mendoza

Do Mendozy wyskoczyliśmy na chwilę z Santiago. Droga z Chile do Argentyny prowadzi przez malownicze górskie tereny. Przepiękne widoki rozpoczynają się niemal natychmiast po wyjeździe z miasta. Z przodu widoczne były ośnieżone szczyty górskie, a dookoła nas strome zbocza gór przybierały różnorodne kolory: od czerwieni, poprzez róźne odcienie żółci, brązu, zieleni, aż po jasne, delikatne beże.

Nasz autobus piął się ciągle w górę. Stroma droga zakręcała chyba z tysiąc razy zanim w końcu dojechaliśmy do przełęczy. Przypuszczam, że dla osób cierpiących na chorobę lokomocyjną, taka droga to prawdziwy koszmar! My na szczęście żółądki mamy dosyć odporne, więc mogliśmy skupić się na podziwianiu rozpościerających się za oknem widoków.

Przez moment ukazała nam się Aconcagua (6960 m n.p.m.) – Królowa Amerykańskich Gór; najwyższy szczyt obu Ameryk, a także całej półkuli południowej i zachodniej. Jej nazwa pochodzi z języka keczua i pomimo żeniskiego brzmienia oznacza „kamiennego strażnika”. Kierowca naszego autobusu specjalnie dla nas zwolnił, abyśmy mogli jej zrobić zdjęcie.

----------------------------------------------

Zazwyczaj wjazd do Argentyny (a trzeba Wam wiedzieć, że wjeżdżaliśmy tam już po raz ósmy (!) w czasie tej podróży) odbywał się bez większych problemów. Argentyńczycy są zazwyczaj dosyć wyluzowani i nie lubią sprawiać niepotrzebnych problemów.

I tym razem wydawało się, że wszystko powinno pójść gładko. Mały autobus, mało ludzi, jeszcze mniej bagaży...

Nic bardziej mylnego! Razem z nami w autobusie jechały dwie Kanadyjki, które niestety nie wiedziały, że przy wjeździe do Argentyny potrzebują wizy. W większości krajów Ameryki Południowej panuje taka fajna zasada: jeżeli jakieś państwo każe nam płacić za wizę do siebie, to jego obywatele, też muszą zapłacić za wjazd na teren naszego kraju. Sprawiedliwe, prawda? O tę wizę nie trzeba się nawet wcześniej starać, ale trzeba za nią zapłacić (jeżeli dobrze pamiętam, to około 130 USD). Można to oczywiście zrobić wcześniej przez internet, aby oszczędzić sobie (i innym) czas na granicy.

Niestety wspomniane Kanadyjki, nie sprawdziły, że taka wiza jest im potrzebna. Po hiszpańsku oczywiście nie mówiły ani słowa (rozbroiły mnie wcześniej literując, megaszybko, swoje nazwisko kierowcy: „dżej-oł-hejcz-en-es-oł-en. Johnson. Nie rozumiesz? Ha-ha-ha!”). Na szczęście w autobusie znaleźli się mili Chilijczycy, którzy mówili po angielsku i poszli służyć im za tłumacza.

Reszta naszej niewielkiej grupy czekała odprawiona w autobusie. Kanadyjki co chwila tylko przybiegały ciągle mając do kogoś pretensje: a to, że na granicy nikt nie mówi po angielsku; a to, że kanadyjski paszport to oni chyba pierwszy raz w życiu na oczy widzą; a to, że internet działa STRASZNIE wolno (no, a czego one się spodziewały na granicy znajdującej się pośrodku Andów?!)

W końcu po ponad dwóch godzinach mogliśmy ruszać dalej. Do Mendozy dotarliśmy już po zmroku.
----------------------------------------------

Do Mendozy przyjeżdża się głównie w jednym celu: degustować tutejsze wina. Są one znane na cały świat i stanowią niemal 2/3 wszystkich win produkowanych w Argentynie. Rejon Mendozy jest zresztą największym regionem winnym w całej Ameryce Południowej oraz piątym największym na świecie.

My nie należeliśmy do wyjątków. Pomimo, że Albin win nie lubi, a ja do jakiś szczególnych koneserów także się nie zaliczam, postanowiliśmy pojechać sprawdzić trunki tutejszej produkcji.

Wcześniej dowiedzieliśmy się, że jedne z najlepszych winiarni znajdują się w okolicy wioski Maipu, do której można się dostać lokalnym autobusem z Mendozy. Na miejscu wynajeliśmy rower i ruszyliśmy na objazd lokalnych winiarni.

----------------------------------------------

Na pierwszy rzut poszła położona najbliżej Bodega la Rural. Dojechaliśmy tam już po paru minutach jazdy. Przed winiarnią stało wyjątkowo dużo samochodów i rowerów. Od razu można było poznać, że jest to miejsce bardzo popularne wśród przyjeżdżających tutaj turystów.

Weszliśmy do recepcji, gdzie zostaliśmy bardzo ciepło przywitani oraz poinformowani o cenach. Zanim jednak udało się nam kupić bilety nagle w budynku zrobiło się kompletnie ciemno. Okazało się, że przytrafiła się akurat jakaś awaria prądu. Poczekaliśmy kilka minut, ale gdy nic nie wskazywało, na szybką naprawę postanowiliśmy pojechać dalej, a tutaj najwyżej wrócić jeżeli czas nam na to pozwoli.

Trasa prowadziła asfaltową drogą, wzdłuż której kilometrami ciągnęły się plantacje winogron. Na krzakach dojrzewały akurat piękne, ciemnoczerwone owoce. Nie mogliśmy się powstrzymać i parokrotnie zatrzymywaliśmy się, aby się najeść. Były one tak soczyste, że słodki, lepki sok spływał nam obficie po brodach w czasie jedzenia. Pycha!

----------------------------------------------

Kolejnym dłuższym przystankiem była Bodega Trapiche. Jest to stara, tradycyjna winiarnia specjalizująca się w produkcji win przeznaczonych na eksport. Przewodnik prowadził nas po kolejnych salach pełnych wielkich dębowych beczek. Po drodze opowiadał nam historię tego miejsca oraz zapoznawał z procesem produkcji wina.

Muszę jednak przyznać, że chyba jak większość uczestników wycieczki najbardziej byliśmy zainteresowani jej ostatnim punktem czyli degustacją :) Na dobry początek dostaliśmy po szklance Chardonnay. I tutaj stał się cud. Albin, który zazwyczaj na sam zapach wina skręcał się z obrzydzenia, spróbował stojącego przed nim złotego trunku i... posmakowało mu! Pierszy raz w życiu usłyszałam z jego ust, że wino jest DOBRE! Byłam w szoku. Naprawdę.

Po białym winie przyszła kolej na produkowaną na wyłączność winiarni mieszankę malbec’a z carbet’em oraz na koniec czysty malbec. Jak się okazało przy wyjściu malbec, którego próbowaliśmy był dosyć drogi jak na tutejsze warunki: około 280 pesos argentynskich za butelke i to on właśnie Albinowi najbardziej smakował. Stwierdziłam, że może on powinien zostać koneserem skoro od razu tak się poznał (dla mnie to wino było zbyt wytrawne i szczerze mówiąc wolałam lżejszą – i tańszą :) -  mieszankę)

----------------------------------------------

Na koniec dnia trafiliśmy na malutką rodzinną winiarnię Familia Di Tommaso. Razem z przewodniczką odwiedziliśmy tutejsze piwnice, podobnie jak w poprzednim przypadku, i tym razem pełne pięknych, dębowych beczek. Po raz kolejny również był nam wyjaśniany proces produkcji wina oraz opowiadana historia winiarni i regionu, I oczywiście po raz kolejny wizyta zakończyła się najbardziej oczekiwaną degustacją :)

Bodega Di Tommaso w przeciwności do Trapiche, specjalizuje się wyłącznie w produkcji wina na rynek lokalny. Ich najlepsze wino, produkowane w limitowanej ilości sprzedaje się za jedyne 200 peso (około 20USD), co za wino tej jakości naprawdę nie jest wygórowaną ceną. Tym bardziej, że wina te zdobywały nagrody na różnych festiwalach win na świecie.

----------------------------------------------

Po zdegustowaniu 7 różnych win szumiało mi już mocno w głowie. A tu jeszcze trzeba było pedałować, aby wrócić i oddać rowery. Droga znowu prowadziła wzdłuż winnic. Po lewej stronie na horyzoncie dumnie prezentowała się Aconcagua, a ciepłe promienie popołudniowego słońca ładnie podświetlały krzewy winogron.

Nagle, zaptrzona w otaczający mnie krajobraz z hukiem wjechałam w krawężnik, niemal wpadając na jadącego za mną Albina. Właśnie dlatego nie powinno się jeździć po pijanemu!

--------------------------------------------

W Mendozie spędziliśmy jeszcze jeden wieczór, podczas ktorego odbywał się zlot harley’owców. Połaziliśmy po mieście, posłuchaliśmy koncertów, pooglądaliśmy motory i dosyć wcześnie położyliśmy się spać. Następnego dnia czekała nas długa podróż powrotna do Santiago oraz dosyć upierdliwe przekraczanie granicy chilijskiej. Ale o granicach w Ameryce Południowej to ja Wam jeszcze kiedyś napiszę :)


----------------------------------------------


A na sam koniec zapraszam Was na fejsbukową fotorelację z Sewell – górniczego miasteczka położonego koło Santiago. Jest ono wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i ponieważ znajduje się na terenie ciągle działającej kopalni, można je odwiedzać wyłącznie z wycieczką zorganizowaną. Nie jest to najtańsza impreza, ale zdecydowanie warta polecenia.

4 komentarze:

  1. Droga na pierwszym zdjeciu wydaje sie byc perfekcyjna na motor! :))
    Ojoj, a ja czekam na kanadyjski paszport. na Polskim tez trzeba wize czy nie?
    haha dobrze, ze po tym winie nie stalo sie nic gorszego niz wypadek z krawężnikiem.

    Ania, http://pandaoverseas.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polacy wszedzie w Ameryce Poludniowej moga jezdzic bez wizy. Zazwyczaj pieczatka, ktora sie dostaje na granicy obowiazuje na 3 miesiace i czesto bez wiekszego problemu mozna ja przedluzyc na kolejne trzy (albo zaplacic kare za przedluzony wyjazd bez innych konsekwecji)
      A na motorze w Ameryce Poludniowej to dopiero musi byc bajka! :)
      Kraweznik byl takim malym pouczeniem: piles nie jedz! :)

      Usuń
  2. Trafiłam tutaj przypadkiem, jako że szukałam jakichś opinii o podróżowaniu po Kolumbii i Ekwadorze, gdzie sama się w przyszłym miesiącu wybieram - i tak się zaczytałam :) Bardzo ciekawy blog. Pozdrawiam serdecznie i powodzenia w podróżach! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo sie ciesze Gabi, ze CI sie u nas podoba :) Zapraszamy czesciej! A tylko zdradze, ze wprawdzie nasze relacje z Ameryki Poludniowej wkrotce sie skoncza, ale niedlugo wybieramy sie na podboj (wprawdzie na sporo mniejsza skale ale zawsze! :)) nowego kontynetu :)
      Pozdrawiamy!

      Usuń