wtorek, 30 września 2014

Pozegnanie z Patagonia, czyli Bariloche dla aktywnych

Bariloche było ostatnim miejscem odwiedzonym przez nas w naszej ukochanej Patagonii. Przyjechaliśmy do niego niespodziewanie szybko (przespaliśmy nasz przystanek w El Bolson i parę godzin pózniej zaskoczeni obudziliśmy się właśnie w Bariloche dokąd mieliśmy dotrzeć dopiero za parę dni!). Ponieważ jednak stwierdziliśmy, że to jeszcze nie ten czas, szybko wskoczyliśmy w kolejny autobus jadący tym razem do San Martin de los Andes (przez chwilę rozważaliśmy powrót do El Bolson, ale doszliśmy do wniosku, że najwyraźniej nie był nam on pisany).

San Martin de los Andes jest takim polskim Zakopanym. Pełnym bogatych turystów paradujących po ulicach w ubraniach z najnowszych kolekcji znanych marek outdoorowych, drogich sklepów i jeszcze droższych hoteli. Pospacerowaliśmy po tamtejszych „Krupówkach” (znależliśmy sklep z czekoladą „Mamusia” założony przez Polkę, która przyjechała tu po drugiej wojnie światowej!), po czym zdecydowaliśmy się uciec od zgiełku miasta. Mega zakurzoną drogą dojechaliśmy do miejsca gdzie zaczyna się kilka szlaków górskich i tuż przed zachodem słońca rozbiliśmy namiot na jednym z darmowych pól namiotowych.

Następnego dnia trekking do gorącego wodospadu. Po drodze piękne widoki na położone w dole jeziora. A sam wododpad? Niesamowita sprawa! Niewielki strumień, na nim urocza kaskada z ciepłą (a nawet bardzo ciepłą!) wodą. Doskonale służy za przyjemny prysznic po długiej wędrówce.  W drodze powrotnej na pole namiotowe zboczyliśmy nieco z trasy, aby zobaczyć wodospad Chachin. Dzień wcześniej pani w informacji turystycznej bardzo go zachwalała, a poza tym widzieliśmy sporo samochodów zjeżdżających w jego stronę więc zdecydowaliśmy się nadrobić te parę kilometrów. Niestety chyba po Iguazu mało wodospadów będzie nas w stanie zachwycić... Chachin ogląda się z daleka, nie jest on ani jakiś super wysoki, ani super ładny... Ot, wodospad!

Do Bariloche wróciliśmy autobusem jadącym bardzo malowniczą trasą „Siete Lagos”. Żałowaliśmy, że nie mamy samochodu i nie możemy się zatrzymywać na punktach widokowych, z których rozpościerały się niesamowite panoramy na jeziora oraz otaczające je góry.

Bariloche jest idealnym miejscem dla miłośników aktywnego wypoczynku. Można tam spokojnie spędzić 7-10 dni codziennie robiąc coś innego. Trekkingi, rowery, konie, kajaki... Co kto lubi!

My pobyt rozpoczęliśmy od 3-dnowej wędrówki z plecakami po górach. Noclegi jak to często bywa w Argentynie na darmowych polach namiotowych (przed wyruszeniem w trasę warto pamiętać, że należy się zarejstrować w biurze parku, które znajduje się w centrum Bariloche). Widoki jak zwykle w Andach zapieały dech w piersiach: wysokie, surowe szczyty górskie dumnie przeglądały się w leżących w dole jeziorach.

Gdy trzeciego dnia powoli schodziliśmy w dół, podziwiając po drodze niesamowite widoki nagle koło nas zaczęli przebiegać ludzie: jeden, drugi, trzeci... pięćdziesiąty, steny! Okazało się, że akurat odbywa się tam coroczny bieg „4 refugios”. W weresji „lżejszej” do przebiegnięcia są 4 schroniska w ciągu 2 dni (ich trasa z jednego dnia nam zajęła 3 dni powolnego marszu!), natomiast najtwardsi zawodnicy biegli po górach 70 kilometrów pokonując 3500m przewyższenia w ciągu jednego dnia.

Po zejściu z gór zdecydowaliśmy się jeszcze chwilę zostać w Colonia Suiza – maleńkiej wiosce graniczącej z Bariloche. Stamtąd wybraliśmy się na całodniową wycieczkę rowerową dookoła jeziora Perito Moreno. Pomimo nieco męczących podjadów oraz zerwanego łańcucha wycieczka była niesamowita! Pogoda nam dopisała: słońce bajecznie odbijało się w błękitnej wodzie jeziora, a długie zjazdy i piękne widoki wynagradzały trud jazdy pod górkę. Po drodze odkryliśmy między innymi stary cmentarz górski, ukryte w lesie urocze jeziorko oraz jeden z najładniej położonych (i podobno najdroższych) hoteli w Argentynie.

Przed wyjazdem z Bariloche (i Argentyny w ogóle) musiałam jeszcze zrealizować jedno marzenie: jazda konna. Wracając autobusem z wycieczki rowerowej dostrzegłam małe rancho ze znakiem informującym o możliwości odbycia przejażdżek konnych z przewodnikiem. Mieszkał tam starszy pan, wokół którego ciągle kręciła się wesoła gromadka nieco wychudzonych psiaków. Dosiadłam przyznanego mi białego rumaka i ruszyliśmy na dwugodzinną przejażdżkę na pobliskie wzgórze. Gdy wspinaliśmy się pod górę mój biedny kon kasłał i się krztusił, aż miałam wyrzuty sumienia czy przypadkiem mu się nic nie stanie!

Na szczęscie górka nie była bardzo wysoka i męczarnia szybko się skończyła. Natomiast ze szczytu rozpościerał się cudowny widok! Lasy, góry, jeziora... Mogłabym tam stać wieczność podziwiając okolicę.


Tym sposobem dobrnęliśmy do końca naszego pobytu w Argentynie (później jeszcze „wskoczyliśmy” do Mendozy, na dwa dni na wino :) ). Będzie się nam ona zawsze kojarzyła z olbrzymimi przestrzeniami pampy, dzikimi krajobrazami Patagonii, tangiem, pysznym winem  oraz najlepszą naświecie wołowiną. Tymczasem czekał na nas ostatni kraj na trasie naszej podróży – Chile, które już teraz mogę Wam powiedzieć zaserwowało nam serię niezapomnianych wrażeń!