środa, 9 lipca 2014

Koniec Swiata! / The End of the World!

Scroll down for the English version

Stoimy w porcie lampiąc się w rozciągające się przed nami morze. Od Antarktydy dzieli nas zaledwie nieco ponad 1000 km. Dalej na południe już nie pojedziemy. Od tego momentu zaczyna się nasz powolny powrót.

Na twarzach czujemy zimny powiew wiatru, który dotarł tu zapewne z tego lodowego kontynentu. W porcie stoją statki z banderami z całego świata: z Rosji, USA, Argentyny... Pomimo, że wytężamy wzrok nie rzuca nam się w oczy charakterystyczna biało-czerwona flaga. A szkoda...

Za nami w górę pną się ośnieżone szczyty górskie. Niby mają zaledwie 900 m wysokości, jednak wyrastając jakby z samego morza sprawiają wrażenie dużo wyższych. Do tego ten śnieg na szczytach!

Jest zimno. Opatulamy się cieplej w nasze polary i szaliki i ruszamy na spacer po mieście. Niemal na każdym kroku przypomina nam się, że jesteśmy na „końcu świata”. W najdalej na południe wysuniętym mieście na Ziemi. Na każdym znaku z nazwą ulicy widnieją dokładne współrzędne geograficzne. I tutaj ku naszemu zaskoczeniu odkrywamy, że ta słynna Ushuaia jest położona tak na półudniu (54ᵒ48’S) jak nasze Rozewie na północy (54ᵒ50’N)! A więc chyba jednak nie tak daleko... No ale ta Antarktyda w pobliżu... Zdecydowanie czuć jej oddech w powietrzu.

W samym mieście nie ma zbyt wiele do zobaczenia: parę muzeów (wszystkie dosyć drogie, a my fanami muzealnictwa nie jesteśmy więc sobie odpuściliśmy), port, pełen kolorowego łubianu ogród gubernatora oraz pomnik upamiętniający wojnę o Malwiny (reszcie świata znanej bardziej jako wojna o Falklandy). Dlatego też nie spędzamy tam zbyt wiele czasu i uciekając przed nieziemsko wysokimi cenami wybywamy do Parku Narodowego Ziemi Ognistej.

----------------------------------------------

Któż nie słyszał o Ziemi Ognistej!? Jej nazwa od wieków przyciągała poszukiwaczy przygód z końca świata chcących zmierzyć się z dziką patagońską przyrodą. Niestety przy obecnym stopniu komercji niewiele z tej dzikości pozostało. Do parku codziennie zjeżdżają się setki turystów, często poubieranych w najnowsze gore-texy, nierozchodzone buty, z plecakami ledwo zgarniętymi ze sklepowej półki. Płacą oni krocie za możliwość przejścia się jednym z kilku wyznaczonych w parku szlaków, pod czujnym okiem przewodnika, który troszczy się o to, aby przy niesprzyjających warunkach pogodowych (czyli przez większą część roku) niedoświadczonym górołazom nie stała się krzywda, nie zgubili się, czy też za bardzo nie zmarzli.

Dla takich turystów w Parku znajdują się schroniska oraz całkiem komfortowe (i nietanie) pola namiotowe. Najpopularniejsze (i zazwyczaj najłatwiejsze do przejścia) szlaki są wypełnione ludźmi. Generalnie na pierwszy rzut oka strasznie tłoczno w tym parku....

Nie znaczy to jednak, że nie można się spotkać sam na sam z przyrodą. Wystarczy zdecydować się na darmowy kemping (bez prysznica, ale z toaletą i miejscem na rozpalenie kuchenki) i już można uciec od tłumu oszczędzając jednocześnie nieco grosza.

Tak samo wystarczy wybrać się na nieco trudniejszą (szczególnie w niesprzyjających warunkach pogodowych...) trasę. My zdecydowaliśmy się na Cerro Guanaco (973 m n.p.m.). Ot taka górka... 900 metrów! Co to dla nas!? W końcu my po 3- i 4-tysięcznikach się wspinaliśmy!

Ech... No i właśnie ta „górka” dała nam niezłą lekcję pokory. Pokazała, co mogą góry. Nawet te niewysokie.

Początkowo wszystko szło jak po maśle: lekka trasa, mało ludzi na szlaku, ładne widoki w prześwitach między drzewami.. i tylko te czarne chmury majaczące gdzieś tam w okolicy szczytu... No ale postanowiliśmy się nimi za bardzo nie przejmować.

Kiedy doszliśmy do granicy lasu zaczęło sypać wielkimi białymi płatami. Och jakaż ja byłam wówczas stęskniona śniegu! W końcu od ponad roku ciągle mieliśmy lato! Jak ja się cieszyłam na oblepiające mi twarz śnieżynki. Czułam się jak mała dziewczynka i z radością łapałam co ładniejsze płatki.

Szliśmy dalej, jednak po jakimś czasie mój entuzjazm zaczął słabnąć. Widoków nie było, na trasie pojawiło się błoto po kolana, przez które z trudnością się przedzieraliśmy. Do tego zaczęliśmy spotykać ludzi schodzących na dół. Jeden z drugim. I nikt tego dnia nie dotarł na szczyt. My jednak nie daliśmy się zniechęcić ich opowieściom: że ślisko, że błoto, że mokro, zimno i wieje.

Parliśmy dalej do góry. Krok za krokiem. Śniegu pod nogami coraz więcej i już mnie w ogóle nie cieszył. Teraz już go tylko przeklinałam. No bo jak to? Szlaku nie widać, szczytu nie widać, nic tylko biel i biel i biel....

I tak brnąc przed siebie w tej bieli w końcu się poddałam. Niby był już znak, że do szczytu mniej niż 100m. Niby sił jeszcze troche pozostało. Ale w głowie mi majaczyło, że przecież muszę jeszcze wrócić. A droga w dół w tych warunkach wcale łatwiejsza nie będzie. Śnieg po kolana. Wydeptana przed chwilą ścieżka była zasypywana w ciągu paru minut przez silnie wiejący wiatr.

No coż... po raz kolejny góra mnie pokonała... Zawróciliśmy tuż pod szczytem.

W drodze powrotnej natknęliśmy się na rodzinę lisów. Te przeurocze zwierzaki szybko nauczyły się wykorzystywać przyjeżdżających do parku turystów. Bez lęku podchodzą one do samochodów, z których regularnie trafiają im się jakieś przysmaki.

Przemoknięci i zmarznięci zabraliśmy się za gotowanie kolacji. Na noc powiesiliśmy nasze zapasy wysoko na drzewie. Po posiłku niemal natychmiast zasnęliśmy zmęczeni wędrówką.

Gdy obudziliśmy się rano nasz sąsiad (i jedyny poza nami mieszkaniec pola kempingowego) – Jose przygotowywał śniadanie. Gdy nas zobaczył wskazał na drzewo, na którym wisiało nasze jedzenie i powiedział:

„Obudziłem się koło północy słysząc jakiś hałas. Poświeciłem latarką, w stronę skąd dochodził i zobaczyłem lisa dobierającego się do waszych siatek.”

Ech... Dobrze, że i tak planowaliśmy tego dnia wrócić do Ushuai, aby się nieco wysuszyć i ogrzać w hostelu...

Tierra del Fuego udowodniła nam, że pomimo tłumu turystów, wysokich cen i strasznej komercjalizacji ciągle potrafi być dzika i nieprzewidywalna. Że pozornie łatwe szlaki mogą dać w kość, a dzikie zwierzęta czują się tam dobrze i nie mają najmniejszego zamiaru się nigdzie wynosić. Co najwyżej nieco się dostosowują do nowych warunków.


English:

We are in the port staring into stretching in from of us sea. There is only a little bit over 1000 km to Antarctica.  We don’t go any further South. From this moment our return starts.

I can feel the cold Antarctic wind on my face. In the port there are ships with flags from all over the world: Russia, USA, Argentina... Although I I really try I don’t see the characteristic white and red flag. A pity...

Just behind us the snow-capped mountain peaks reach for the sky. Apparently they have just 900 m over the sea level but growing out from the sea they look a lot higher. And the snow on the peaks!

It's cold. We put our fleeces and scarves and we go for a walk around the city. Almost at every step we are reminded that we are at the "end of the world." In the southernmost city on Earth. On each sign with the name of the street there are written precise geographic coordinates. And here we find to our surprise that the famous Ushuaia is located just as much to the south (54 48'S) as our Rozewie in Poland on the north (54 50'N)! So it is not that far away... Well, but this close to Antarctica... definitely we can feel her breath in the air.

In the town itself there is not much to see: a few museums (all quite expensive and we're not fans of museums so we skip them), the port, full colourful flowers governor's garden and monument commemorating the war of the Malvinas (to the rest of the world better known as the Falklands war). Therefore, we do not spend much time there and escape from the outrageously high prices to the National Park Tierra del Fuego.

----------------------------------------------

Who has not heard of Tierra del Fuego!? This name for centuries attracted adventurers from all over the world wanting to face the wild Patagonian nature. Unfortunately, the current level of commercialism left little from the native wildness. Every day to the park come hundreds of tourist wearing newest Gore-Tex clothes, brand new boots and backpacks.  They pay a fortune for the opportunity to walk one of several designated trails in the park, under the watchful eye of a guide who cares that, during adverse weather conditions (ie, the greater part of the year) inexperienced trekkers will not get hurt or lost...

For such tourists there are hostels and quite comfortable (and quite expensive) campsites. The most popular (and usually the easiest to pass) routes are filled with people. Generally, at first glance awfully this park is awfully overcrowded....

This does not mean that you cannot be alone with nature. Just opt for the free camping (no showers, but with a toilet and a place to light a stove) and you can get away from the crowd while saving a little money.

It might be also enough to take a bit more difficult (especially in adverse weather conditions...) route. We decided to Cerro Guanaco (973 m). Just a hill... 900 meters! What is this for us? On the end of the day we were climbing 3-4thousands high mountains!

Well, this "hill" gave us a good lesson of humility. It showed what they can. Even those which are not that high.

At first everything went smoothly: easy trail, few people, nice views in the clearances between the trees… and only those black clouds looming somewhere around the peak... Well, but we decided not to worry too much.

When we came to the edge of the forest it started snowing. Oh how much I missed the snow! For more than a year we still had the summer! As I was so excited about snowflakes falling on my face! I felt like a little girl and gladly caught at nicer petals.

We walked on, but after some time, my enthusiasm began to wane. Views were not great, knee-deep mud appeared, through which we struggled with the difficulty. We began to meet people coming back from the top. One after the other. And no one reached the summit that day. But we had not given up and we were not discouraged with the stories we heard: about how slippery, muddy, wet, cold and windy there was.

We went further up. Step by step. There was more and more snow under my feet and I was not at all pleased. Now I was just cursing. We couldn’t see the summit couldn’t see anything but white and white and white....

And in this endless whiteness I eventually gave up.  There was already a sign that the summit was less than 100m from us. And I still had some strength remained. But it loomed in my head that I still had to go back. And the way down at these conditions would not be easier. There was snow up to the knees. Just trodden path was blinded in a few minutes by a strong wind.

Well... once again mountainbeat me up... We turned back just below the summit.


On the way back we stumbled upon a family of foxes. These charming animals quickly learned to use the tourists coming to the park. They approach cars without fear, and they regularly got them some treats.

When we came back we were all cold so we quickly started making hot dinner. At night we hung our supplies high on a tree. We fell asleep tired of wandering almost immediately after the meal.

When we woke up in the morning our neighbour (and the only one outside of us resident of a free campsite) - Jose was preparing breakfast. When he saw us he pointed to the tree on which our food hung and said:

"I woke up around midnight as I heard some noise. I directed my torch, toward it and I saw a fox eating your food"

Well... It was good that we planned that day to go back to Ushuaia to get dry and warm in the hostel...


Tierra del Fuego has shown us that, despite the crowds, high prices and terrible commercialization still can be wild and unpredictable. Those seemingly easy trails can be a challenge and the wild animals feel well there and have no intention to leave anywhere.