niedziela, 29 czerwca 2014

Papa ra pampa... Pampa ra pampa...

Scroll down for the English version

Z Urugwaju dostaliśmy się z powrotem do Buenos Aires skąd czekała nas długa droga do Patagonii. Podobnie jak już miało to miejsce z naszą przeprawą przez Amazonię, podobnie i tym razem z niecierpliwością oczekiwałam na ten fragment podróży. Już jakiś czas temu zdałam sobie sprawę z tego, że w całym wyjeździe najwięcej frajdy sprawiają mi te etapy, w których ciągle zmieniamy miejsce: trekkingi (jak chociażby 11-dniowy trekking do Machu Picchu), długie podróże autobusem czy też właśnie kilkudniowa wycieczka łódzią po Amazonce i Rio Madera. Tak więc i tym razem niesamowicie cieszyłam się na myśl o wielogodzinnej jeździe autobusem przez pustkowia patagońskiej pampy.  

----------------------------------------------

Naszym pierwszym postojem na południu Argentyny było Puerto Madryn. Podróż tam zajęła nam 21 godzin. Krajobraz za oknem był być może i monotonny, ale mnie fascynował. Bezkresna pustka. Wyschnięte trawy ciągnące się aż po horyzont. Tylko od czasu do czasu pojawiające się jakieś wzgórza na horyzoncie. I krowy. Setki krów spokojnie żujących trawę. Nic dziwnego, że Argentyna słynie z najlepszej na świecie wołowiny skoro ich krowy żyją w takich komfortowych warunkach.


Co kilkadziesiąt (kilkaset) kilometrów niespodziewanie pojawiały się również pojedyncze domki. Czasami przed domkiem stał wielki, ubłocony samochód terenowy. Ilekroć widziałam taki domek zastanawiałam się nad życiem jego mieszkańców. Nad tym jak ciężkie musi być ich życie. Chociażby taka prosta sprawa jak zrobienie zakupów. Przecież do najbliższego sklepu są dziesiątki kilometrów!

Sporą część drogi smaczenie przespałam wygodnie rozłożona na autobusowym fotelu. Obudziłam się na zachód słońca. Ciepłe promienie łagodnie oświetlały bezkres pampy, a mi po głowie dzwoniło: „Pampa ra pampa... pampa ra pampa...”

----------------------------------------------

O świcie dojechaliśmy do Puerto Madryn. Szukając noclegu na państwowym kempingu (camping munincipal, te są w Argentynie najtańsze – czasami nawet darmowe i zawsze warto się o nie pytać w informacji turystyczneJ) nie daliśmy się zniechęcić pani w informacji, która ze zdziwioną miną stwierdziła, że na pewno nie chcemy tam zostać na noc i gorąco polecała nam inny (dwa razy droższy) kemping po drugiej stronie miasteczka.

Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że kemping w całości jest wynajęty dla motoviajeros (kocham to słowo! Oznacza ono tyle co podróżnicy motocyklowi, ale jak dla mnie ma w sobie strasznie dużo pozytywnej energii, podobnie jak inne hiszpańskie słowo: disfrutar, które oznacza tyle co angielskie enjoy!, a na które chyba po polsku nie ma ładnego tłumaczenia...). Z rezygnacją spytałam, czy na pewno nie da się nic dla nas zrobić, bo drugi kemping jest kawał drogi stąd, a my na piechotę.... Pani zrobiło się nas chyba szkoda i zaproponowała, że jeżeli wykupimy bilet na festiwal na 50 pesos (normalna cena kempingu: 30 peso) to możemy zostać. Ciągle było to taniej niż u konkurencji więc bez słowa się zgodziliśmy. Po chwili zresztą okazało się, że w cenie biletu zawarte jest także wieczorne asado, piwo, a jak się okazało dzień później, dzięki uprzejmości motoviajeros, mogliśmy na kempingu zostać jeszcze jedną noc za darmo.

Wieczorem przyłączyliśmy się do świętowania. Co chwila nas ktoś zagadywał, ze zdumieniem słuchając, że jesteśmy AŻ z Polski. Zgadaliśmy się z szefem kuchni, który przygotowywał asado z 30 (!!!) świni rozwieszonych nad żarem. Dowiedzieliśmy się od niego, że Puerto Madryn stara się wykorzystywać także czas niżu turystycznego na promocję miasta. Organizuje się wówczas w mieście różne imprezy i na przykład bije się rekordy Guinessa na najdłuższą kanapkę na świecie, albo na największą empanadę.


Także następnego dnia zostaliśmy zaproszeni na wspólną kolację. Gdy zapytaliśmy się czy musimy coś za to płacić zostaliśmy wyśmiani.

„No chyba sobie żartujecie! Teraz to już jesteście częścią rodziny motoviajeros!”

Tym razem siedzieliśmy przy stole z grupą motocyklistów z Puerto Madryn, których bardzo cieszyło, że mogą nas gościć. Usłyszeliśmy od nich bardzo ciekawe stwierdzenie dotyczące różnic cen na północy i południu Argentyny oraz wysokiej inflacji w kraju

„Południe żyje w przyszłości – ceny z południa, przy obecnym poziomie inflacji za parę miesięcy będą obowiązywać i na północy, kóra żyje w przeszłości. A my? My żyjemy tu i teraz. Kto by się tam przejmował przeszłością czy przyszłością”

Niesamowite w tych rozmowach było bardzo luźnie podejście Argentyńczyków do sytuacji ekonomicznej w kraju. Jasno z niego wynikało, że ciągłe kryzysy nauczyły ich żyć chwilą i nie przejmować się tym co może być.

----------------------------------------------

Z Puerto Madryn rozpoczynają się wycieczki do Peninsula Valdez, które jest niezłym magesem na turystów z całego świata. Szczyt sezonu przypada na okres od października do grudnia, kiedy to w zatoce pływają urocze wieloryby nie obawiając się wścibskich turystów podpływają bardzo blisko łódek, sprawiając tym wiele radości płynącym na nich ludziom.

My byliśmy tam pod koniec stycznia więc na zobaczenie wielorybów nie mieliśmy najmniejszych szans, ale dzięki temu udało się nam wynegocjować nieco niższą cenę wycieczki po Półwyspie (350 peso/os), a różnych zwierząt jest tam od liku o niemal każdej porze roku.

W ramach wycieczki odwiedziliśmy między innymi kolonię lwów morskich. Te olbrzymie zwierzęta leżą sobie całymi dniami na plaży. Samce dumnie wyciągają swoje łby w stronę nieba próbując tym samym onieśmielić swoich rywali. Od czasu do czasu wydają również głośny ryk przypominający nieco muczenie krowy. Każdy samiec ma swój harem samic, którego bardzo chroni, a także stadko młodych, nieopierzonych lwiątek. Biedne maluszki muszą bardzo uważać na lodowato zimną wodę oceanu, gdyż kontakt z nią może się dla nich skończyć tragicznie. Innym zagrożeniem są orki, które czasami odważnie podpływają do samego brzegu, polując na te maleństwa.

Tuż obok lwów morskich spokojnie leżą sobie leniwe słonie morskie. Wyglądają jak olbrzymie, na wpół martwe foki. Poruszają się bardzo powoli i tylko wtedy gdy jest to konieczne (czyli gdy podnosząca się woda przypływu zaczyna podmywać ich cielska).

W innym miejscu odwiedziliśmy kolonię prześmiesznych pingwinów Magellana. Malutkie, mierzące około 70cm biało-czarne ptaki, podchodzą do przyjeżdżających tutaj turystów na wyciągnięcie ręki. Ze pewnym znudzeniem przyglądają się otaczającym je fotoreporterom. Czasami nie byłam pewna kto tu kogo tak właściwie ogląda: my je, czy też one nas.

Poza tym jeżdżąc po wysuszonym półwyspie co chwila mijaliśmy płochliwe guanako oraz nieśmiałe strusie, które zobaczywszy samochód czmychały co sił w nogach w sobie tylko wiadomym kierunku.

----------------------------------------------

Z Puerto Madryn jechaliśmy na koniec świata, czyli do Ushuai. Kolejne 32 godziny jazdy (19.5 godziny do Rio Gallegas, gdzie czekała nas przesiadka oraz 13 godzin do Ushuai, wliczając w to przeprawę promem przez Cieśninę Magellana). To jest jednak historia na kolejny raz.....


English:

From Uruguay we got back to Buenos Aires, where a long way to Patagonia was awaiting us. Same as it was case with journey through Amazonia, this time I was also waiting for it with excitement.  Already some time ago I realized that throughout the trip the most I enjoy the days when we constantly change places: trekking (i.e. 11-day trek to Machu Picchu), long bus trips or just mentioned the boat trip through Amazon and the Rio Madeira rivers. So this time I was really looking forward the long hours of bus ride through the wilderness of Patagonian pampa.

----------------------------------------------

Our first stopover in southern Argentina was Puerto Madryn. The trip there took us 21 hours. The landscape behind the window was perhaps monotonous, but it fascinated me. Infinite emptiness. Dried grass stretching to the horizon. Only occasionally some hills appearing on the horizon. And cows. Hundreds of cows quietly chewing the grass. It is not surprising that Argentina has the best beef in the world since their cows live in such comfort.


Every tens (hundreds) of kilometres suddenly single houses appeared. Sometimes in the front of the house a big, muddy off-road vehicle stayed. Whenever I saw the house I wondered over the life of its inhabitants. On how difficult their lives must be. Even such a simple thing as making purchases. After all, to the nearest store there are tens of kilometres!

A large part of the way I slept comfortably spread over a bus seat. I woke up at sunset. The vastness of the pampa was warmly lit by the rays of the late sun, and it was ringing in my head: „Pampa ra pampa... pampa ra pampa...”

----------------------------------------------

At dawn we arrived in Puerto Madryn. Looking for accommodation on the state campsite (camping municipal, these are the cheapest in Argentina - sometimes even free, and it is really worth asking for them at tourist information) we were not discouraged by the girl in information who with the puzzled expression said that certainly we did not want to stay there and commended us another (two times more expensive) camp on the other side of town.

When we arrived we found that the campsite is fully booked for motoviajeros (I love that word! It means as much as the motorcycle travellers, but as for me, it has a lot of positive energy, like other Spanish word: disfrutar that means so much which the English enjoy). Resignedly I asked

“Are you sure there is nothing for us? The other camp is a long way away, and we are on foot...”

I think she felt sorry for us and suggested that if we would buy a ticket to the festival for 50 pesos (normal campsite price: 30 pesos) we can stay.  Still it was cheaper than the competition so without a word we agreed. After a while, anyway, it turned out that the price of the ticket included also evening asado, beer, and as it turned out a day later, thanks for courtesy of motoviajeros, we could stay one night for free.

In the evening we joined the celebration. Every now and then someone wanted to speak to us and they were usually really surprised hearing that we came from as far as Poland. We talked to the chef who prepared the asado from 30 (!) pigs hanging over heat. We learned from him that Puerto Madryn is trying to use the low season to promote the town. Various events are organised in the city. For example, beats the Guinness world record for the longest sandwich in the world, or the biggest empanada.

The next day we were again invited to a dinner. When we asked if we need something to pay for it, we were ridiculed.

"You must be kidding! Now you are part of the motoviajeros’ family! "


This time we sat at a table with a group of bikers from Puerto Madryn, who were really happy to be able to host us. We heard from them a very interesting statement about the differences of prices in the north and the south of Argentina and the high inflation in the country

"South lives in the future - prices from the south, at the current rate of inflation soon will be valid in the north, the north lives in the past. And we? We live here and now. Who would care about past or the future"

Amazing in these talks was very light approach to the economic situation in the country. It clearly showed that the continuous crises have taught them to live in the moment and not worry about what might be.

----------------------------------------------

From Puerto Madryn trips to Peninsula Valdez begin. These trips are good Mages for tourists from all over the world. The peak season falls in the period from October to December, when the charming whales swim in the bay without fear coming very close to the tourist boats, giving a lot of fun to the people on the boats.

We were there in late January so we didn’t have a chance to see whales, but thanks to that we were able to negotiate a slightly lower price tours of the Peninsula (350 pesos / person), and a variety of animals there is huge almost any time of year.

As part of the tour we visited, among others, a colony of sea lions. These huge animals lie a whole day on the beach. Males proudly pull their heads in the sky trying to intimidate their rivals. From time to time they roar loudly what remind a bit of moo cows. Each male has a harem of females, which really protects, and a flock of youngsters. The poor babies have to be very careful of the ice cold water of the ocean, as contact with it can be for them to end tragically. Orcas that sometimes boldly swim to the shore, hunting for these babies are another threat.

Right next to the sea lions a lazy elephant seals lie quietly. They look like giant, half-dead seals. They move very slowly and only when necessary (i.e. when lifting water tide begins to sap their flesh).

In another place we visited colony of hilarious Magellan penguins. The tiny, measuring about 70cm black and white birds approach the tourists very closely. With a bored look they stare at the surrounding photographers. Sometimes I was not sure who's watching whom it properly: we them or they us.

Touring the dried peninsula all the time we passed skittish guanacos and timid ostriches, which fled as soon as they saw a car.
----------------------------------------------


From Puerto Madryn were going at the end of the world, that is to Ushuaia. Another 32 hour drive (19.5 hours to Rio Gallegas, where we changed buses and then another 13 hours to Ushuaia, including a ferry across the Strait of Magellan). But this is a story for another time.....

sobota, 21 czerwca 2014

Dziki Urugwaj / Wild Uruguay

Scroll down for the English version

Jeszcze przed naszym wyjazdem do Ameryki znalazłam artykuł w Gazeta.pl na temat najbiedniejszego prezydenta świata. Na miano to zasłużył sobie prezydent Urugwaju: Jose Mujica, powszechnie znany jako Pepe, dzięki temu iż 90% swojej pensji oddaje biednym, a sam mieszka w małym domku z ogródkiem.  Niedługo potem o Urugwaju znowu zrobiło się głośno. Tym razem za sprawą dosyć kontrowersyjnej ustawy o legalizacji marichuany w tym kraju. Informacje wzbudziły moje spore zainteresowanie. Przecież to taki malutki kraj! Żyje w nim zaledwie około 3,5 miliona osób. Pomimo tego mają jedną z najlepszych na świecie drużynę piłki nożnej, która dwukrotnie była Mistrzem Świata, a obecnie znajduje się w pierwszej dziesiątce Rankigu FIFA (swoją drogą ciekawe, że w 40-milionowym kraju jakim jest Polska, nie można znaleźć 11 dobrych graczy...).

Szczerze mówiąc nie wiedziałam czego się tam spodziewać. Poza wspomnianymi powyżej ciekawostkami niewiele więcej wiedziałam o Urugwaju i naprawdę nie wiedziałam, co tam jest do zobaczenia poza stolicą – Montevideo. Płynąc statkiem po Rio Madera w Amazonii spotkaliśmy bardzo sympatycznego Urugwajczyka, który akurat jechał przez Amerykę Południową na rowerze. Obiecał nam wtedy, że załatwi nam nocleg w Montevideo. Napisaliśmy do niego tydzień przed planowanym przyjazdem i okazało się, że tak jakoś długo nam zeszło na przyjeździe, że Fernando zdążył już wrócić ze swoich wojaży i przyjmie nas pod swoim dachem, co nas bardzo ucieszyło. Spodziewaliśmy się sporo usłyszeć o tym fascynującym kraju i nie zawiedliśmy się.

Od naszego gospodarza dowiedzieliśmy się, że Urugwaj jest jednym z najbardziej postępowych krajów w Ameryce Południowej (a być może i na świecie). Nie boją się eksperymentować i mając tak mało mieszkańców mogą sobie na to z łatwością pozwolić. Jako pierwsi w Ameryce Południowej wprowadzili prawa wyborcze dla kobiet, zalegalizowali aborcje i małżeństwa homoseksualne. 100% uczniów w kraju dostaje własnego laptopa w momencie rozpoczęcia nauki w szkole, a później drugiego gdy zaczynają szkołę średnią. No i oczywiście teraz głośna sprawa legalizacji marichuany. I to nie tylko posiadania, ale i ograniczonej hodowli. Rząd twierdzi, że w ten sposób ograniczy źródła dochodów handlarzy narkotyków, a pieniądze uzyskane z legalnej sprzedaży i produkcji przeznaczy na edukację, prewencję i leczenie osób uzależnionych. Byliśmy pod sporym wrażeniem.

No dobra, wszystko to piękne i rzeczywiście jako kraj do mieszkania brzmi niemal jak Eldorado, ale co Urugwaj mial do zaoferowania dla nas – dwójki spragnionych przygód plecakowiczów? Doskonałe autobusy z Wi-Fi, piękne plaże, które są głównym celem przyjazdów Argentyńczyków z południa, oraz nieco zabytków z epoki kolonialnej, ale przede wszystkim... wspaniałe możliwości nocowania „na dziko”.

Zaczęło się w Punta del Este, które jest prawdziwą mekką turystyczną. Luksusowe hotele, apartamentowce, słynna wystająca z piachu dłoń... Wszystko to sprawia, że ceny noclegów w mieście osiągają astronomiczne (jak dla budżetowych turystów) kwoty. Pomimo ostrzeżeń Fernando, że raczej nie będzie to tam możliwe, wieczorem zaczęliśmy się rozglądać za ładnym miejscem na plaży do rozbicia namiotu. Nie szukaliśmy długo, gdy natknęliśmy się na grupę samochodów kempingowych. Gdy tak się koło nich kręciliśmy zaczepił nas jeden z „mieszkańców” i zapytał:

„Szukacie miejsca na nocleg? Macie namiot? Rozbijcie sie koło nas. Sporo tu miejsca i nikt was nie będzie niepokoił”

No i niemożliwe stało się możliwe. Nocleg z pięknym widokiem na szumiące w dole morze.

Z Punta del Este pojechaliśmy do Parku Narodowego Santa Teresa. Jego główną atrakcją są plaże oraz forteca. Ale tutaj należy się krótkie wyjaśnienie: park ten nie ma nic wspólnego ze ściśle chronionymi parkami w Polsce. Wyglądaj on bardziej jak wielki park miejski, w którym urządzono kemping. Grille, muzyka, przejażdżki konne, sielanka... Zaletą tego kempingu jest jego cena (najtansze miejsce na namiot kosztuje 80 pesos urugwajskich = 10zł). To właśnie ze względu na nią planowaliśmy się na nim zatrzymać. Na miejscu jednak spotkała nas niespodzianka: strażnik parku poinformował nas, że aby móc się rozbić musimy zostać przynajmniej 3 noce. Nie pomogły tłumaczenia, że mamy już kupiony bilet na autobus na następny dzień (pogoda w Uwugwaju nas nie rozpieszczała i nie uśmiechało się nam wylegiwać w deszczu na plaży...). Jednak gdy zrozpaczona spytałam:

„To gdzie niby mamy dzisiaj spać?”

Strażnik z uśmiechem na twarzy wskazał nam kawałek trawy przy autostradzie i powiedział:

„Jak chcecie to się tam rozbijcie. Tylko zbierzcie się z samego rana”

Jak dla nas bajka: może i głośno, ale szczerze mówiąc jednostajny szum samochodów utulił mnie do snu i spałam jak dziecko. Rano obudził nas ryk kosiarek oraz strażnicy, mówiący, że niby nie powinniśmy tam spać, ale jak powiedzieliśmy, że już się zbieramy, powiedzieli tylko, że nie ma problemu i sobie poszli.

Na koniec naszego pobytu w Urugwaju wpadliśmy na dwa dni do Coloni del Sacramento. Jest to jedyne miejsce w kraju znajdujące się na liście UNESCO i mieliśmy wobec niego spore oczekiwania. Okazało się jednak, że miasteczko jest do przejścia w maksimum dwie godziny, uliczki może i są ładne, ale przepełnione turystami, którzy przypłynęli tu promem z Buenos Aires aby wypłacić w Urugwaju dolary, a przy okazji zobaczyć coś ciekawego. Tak jakoś nie polubiliśmy się za bardzo z Colonią. Nasze wrażenie nieco się poprawiło, gdy nad etuaruim rzeki La Plata rozpoczął się przepiękny zachód słońca, a później wieczorem po ulicach przeszła parada tancerzy świętujących trwający właśnie karnawał.

I tutaj bez problemu udało się nam znaleść całkiem przyjemny nocleg w parku. Niby były porozstawiane znaki z zakazem rozbijania namiotów, ale jak zostaliśmy poinformowani przez jednego z mieszkańców miasta, nie ma się nimi co przejmować. Rozbiliśmy się już po zmroku, w osłoniętym miejscu (tak na wszelki wypadek, aby nikt nas w nocy nie budził) i poszliśmy spać. Nie pospaliśmy jednak zbyt długo, gdyż nagle tuż pod moją głową usłyszałam ciche chrobotanie. Gdy chrobotanie przeniosło się w pobliże plecaków byłam przekonana, że to mysz, która dostała się nam do namiotu, Nieco spanikowana zaczęłam szukać dziury w podłodze. Dopiero po jakimś czasie przekonałam się, że to tylko robaki, które intensywnie przekopują ziemię pod naszym namiotem. Nieco uspokojona i tak nie mogłam spać całą noc, gdyż co chwila chrobotanie rozlegało się tu koło mojego ucha. Z radością powitałam ranek. Gdy złożyliśmy namiot w trawie zobaczyliśmy ślady intensywnej pracy małych robaczków. Po tak nieprzespanej nocy czekalo nas jeszcze calodniowe oczekiwanie na prom do Argentyny, ktore uplynelo nam czesciowo na ponownym wloczeniu sie po uliczkach miasta, a czesciowo na wylegiwaniu sie na dworcu i korzystaniu z darmowego Wi-FI.

Urugwaj jak się okazało krajem dzikim na pewno nie jest pomimo, że idealnie nadaje się dla takich „dzikusów” jak my. Żałowaliśmy tylko, że nie mieliśmy tam rowerów, gdyż zarówno ze względu na swoje małe rozmiary, płaskie tereny, sympatycznych mieszkańcówm jak i na niekończące się możliwości darmowych noclegów kraj ten wydaje się rajem dla rowerzystów. No, ale cóż... może jeszcze kiedyś tu wrócimy :)


English:

Even before our departure to America, I found an article on BBC about the poorest president in the world. The Uruguayan President Jose Mujica, commonly known as Pepe earned this title thanks to the fact that 90% of his salary he gives to the poor people. Shortly thereafter, we coud hear about Uruguay again. This time it was due to quite a controversial legalization of marijuana in this country. These information aroused my great interest. It is such a tiny country! Only about 3.5 million people live there. Despite this, they have one of the world's best football team, who was twice World Champion and is currently in the top ten of the FIFA ranking, (by the way is interesting that in the 40-millionth of the country such as Poland, you can not find 11 good players .. .).

I honestly didn’t not know what to expect there. Apart from the above curiosities I knew little more about Uruguay, and really did not know what there is to see except of the capital - Montevideo. On the boat travelling via Rio Madeira in the Amazon we met very nice Uruguayan, who happened to be riding through South America on a bicycle. He promised us then that he will find us a host in Montevideo. We wrote to him a week before arrival and it turned out that somehow he came back by bicycle to Uruguay quicker than we did by buses. We expected to hear a lot about this fascinating country and were not disappointed.

From our host we learned that Uruguay is one of the most progressive countries in South America (and perhaps the world). They are not afraid to experiment, and with so few residents they can easily afford it. As the first country in South America Uruguay introduced suffrage for women, legalized abortion and same-sex marriage. 100% of the students in the country gets their own laptop at the start of school and then another when they start high school. And of course, now high-profile case legalizing marijuana. And not only possession, but also limited breeding. The government claims that this will limit the sources of income for drug traffickers and the money obtained from the legal sales and production will be spent on education, prevention and treatment of addicts. We were under big impression.

Okay, everything is beautiful and indeed as a country to live sounds almost like Eldorado, but what Uruguay had to offer for us - two seeking adventure backpackers? Excellent buses with Wi-Fi, beautiful beaches, which are the main destination for Argentines arriving from the south, as well as some artifacts from the colonial era, but most of all ... a great possibility of wild camping.

It began in Punta del Este, which is a real tourist mecca. Luxury hotels, apartment buildings, famous hand protruding from the sand... All this makes for the ridiculously high (as for budget tourists) accommodation prices in the city. Despite warnings from Fernando that it is unlikely that there will be possible to camp on the beach, in the evening we started to look for a nice place on the beach to set our tent.. We were not looking for a long time, when we stumbled upon a group of motorhomes. When we looked around one of residents asked us:

"You're looking for a place to stay? Do you have a tent? Smash it near us. There is a lot of space and one you will not be disturbed"
 
Well, the impossible became possible. Accommodation with a beautiful sea view.

From Punta del Este we went to the National Park of Santa Teresa. Its main attractions are the beaches and the fortress. But I should give a brief explanation here: this park has nothing to do with strictly protected parks in Europe. It looks more like a large urban park in which the large campsite is located. Barbecues, music, horseback riding, idyll... advantage of this campsite is its price (cheapest place for a tent costs 80 pesos Uruguayan = £2.00). That is why we wanted to stay there. On-site, however, we met with a surprise: park ranger told us that there is a minimum 3night stay restriction. Explanations that we have already bought a bus ticket for the next day (the weather was not very pleasant Uwugwaju us and smiled at us lounging on the beach in the rain...) didn’t help. However, when we asked in despair:

"So where are we supposed to sleep tonight?"

The guard with a smile on his face showed us a piece of grass off the highway and said:

"There is a good place for a tent. Just move out in the morning"

For us it was like a fairy tale: maybe it was a bit loud, but frankly monotonous hum of cars enfold me to sleep and I slept like a baby. In the morning we were woken up by the roar of lawnmowers and guards, saying that we should not sleep there, but as we said we were about to leave, they said that there was no problem and they went away.

At the end of our stay in Uruguay we went for two days to Colonia del Sacramento. It is the only place in the country in the UNESCO list and we had a lot of expectations. It turned out, however, that we could easily see the town two hours. The streets were nice, but crowded with tourists who sailed here by ferry from Buenos Aires to withdrawn dollars in Uruguay and use the chance to see something interesting in the meantime. Our impressions slightly improved when on the estuary of the river La Plata a beautiful sunset started and later in the evening parade of dancers celebrating carnival passed through the streets.


And there also we had no problem with finding quite a pleasant stay at the park. Apparently they were signs not allowing camping there but as we were informed by one of the residents of the city, we shouldn’t worry too much about them. We crashed after dark, in a sheltered place (just in case, so no one woke us up at night) and we went to sleep. We didn’t sleep too long though, because suddenly just under my head I heard a quiet scratching. When scratching moved to the vicinity of backpacks, I was convinced that it was a mouse that got into our tent. I slightly panicked and started to look for holes in the floor. Only after some time, I found out that it was just worms that intensively dig the ground under our tent. Somewhat reassured I still could not sleep all night, because all the time I could hear scratching near my ear. When we packed the tent, we saw traces of intensive use of small bugs in the grass. After a sleepless night we still had to wait the whole day for the ferry to Argentina.


Uruguay turned out to be not a wild country at all, even though it suits perfectly for such ‘salvages; as we are. We regretted only that we had not had a bike, since both because of its small size, flat terrain, nice people and on the endless possibilities of free accommodation country seems a paradise for cyclists. Well, well... maybe we will come back :)