środa, 26 lutego 2014

Magiczne Buenos Aires / Magical Buenos Aires

Scroll down for the English version


Buenos Aires znajduje się z pewnością na niejednej liście marzeń. U mnie może samo miasto na niej nie widniało, jednakże miałam sporo marzeń do spełnienia w Argentynie. I tak jakoś się dziwnie stało dzięki magii miasta, że większość z nich udało mi się spełnić właśnie tutaj. A magii tutaj jest sporo. I można się z nią spotkać niemal na każdym kroku: w pachnących świeżozmieloną kawą malutkich kawiarenkach, w tańczonym na ulicach tangu, w kolorowych i pełnych życiach uliczkach...

----------------------------------------------

Do Buenos Aires przyjechaliśmy nad ranem. Umówiliśmy się z naszymi couchsurfingowymi gospodarzami, że przyjdziemy do nich zanim wyjdą do pracy. Niewiele później ruszyliśmy zwiedzać miasto. Wyszliśmy na główną ulicę i od razu rzuciła nam się w oczy olbrzymia ilość stolików kawiarnianych porozstawianych wprost na chodnikach. Siedzieli przy nich ludzie, bądź to pogrążeni w rozmowie, bądź też zatopieni w lekturze porannej prasy, część z zamiłowaniem zaciągała się dymem papierosa. Wszyscy pili pięknie pachnącą kawę i jedli słodkie croissanty, które tutaj noszą uroczą nazwę półksiężyczków (medialunes).

Jako miłośniczka kawy nie mogłam się oprzeć pokusie. Wybraliśmy małą kawiarenkę z kolorowymi stolikami i zamówiłam sobie standardowe argentyńskie śniadanie: kawę z mlekiem i dwa półksiężyczki. Dawno już nie piłam tak dobrej kawy. Zdecydowanie widać tutaj wpływ Włochów, którzy z dalekiej Italii przywieźli ze sobą tradycję picia czarnego trunku. Co za rozkosz!

Popijając spokojnie gorący napój przyglądałam się toczącemu się dookoła życiu. Elegancko poubierani ludzie spieszyli się do pracy, samochody powoli poruszały się po wypełnionych porannymi godzinami szczytu ulicach, kelnerzy biegali po ulicach z tacami pełnymi białych filiżanek do sobie tylko znanych klientów. A ja siedząc przy stoliku z kawą miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. Dookoła mnie toczyło się pełne porannej energii życie, a ja trwałam w zawieszeniu nad swoją filiżanką. Tak jakbym zawisła w jakiejś magicznej bańce, która jest poza czasem.

----------------------------------------------

Gdy w końcu ruszyliśmy się dalej nagle znowu zadziałała na nas magia Buenos. Tym razem zostaliśmy przeniesieni w przestrzeni. Z dalekiej i egzotycznej Ameryki Południowej, nagle znaleźliśmy się w naszej starej Europie. A dokładniej w Paryżu. Szerokie aleje, piękne monumentalne kamienice, pomniki... Cała architektura centrum Buenos niesamowicie przypominała nam Paryż – miasto, do którego wybraliśmy się na ostatnią wycieczkę w Europie (nie licząć Madrytu, ale ten był tak jakby po drodze do Ameryki).

Ludzie poubierani według najnowszych kanonów mody, posiłki popijane czerwonym winem i te kawiarnie z crossaintami... Piekarnie i lokalne sklepiki ze świeżymi warzywami. Cała atmosfera miasta była taka jakaś... paryska... Zupełnie inna od innych dużych miast Ameryki Południowej, które do tej pory odwiedziliśmy.

Wiem, że pisałam kiedyś, że Lima była dla mnie bardzo europejska. Teraz jednak wydaje mi się, że wrażenie to wywarła na mnie po parumiesięcznym pobycie w typowo południowoamerykańskich, brudnych, niedokończonych miastach. Jeden znajomy, który dopiero tam przyleciał, powiedział mi wówczas, że Lima nie ma NIC wspólnego z Europą. Nie chciało mi się w to wówczas wierzyć. Dopiero teraz zrozumiałam co miał na myśli.

Inna znajoma Polka, która na codzień mieszka w Sao Paulo, mówiła nam, że gdy chce odpocząć od zgiełku i ciągłego poczucia zagrożenia w Brazylii, wybiera się do Buenos. Że tutaj może poczuć się jak w Europie. I to również teraz zrozumiałam.

----------------------------------------------

Wieczorem wybraliśmy się z naszymi gospodarzami do restauracji na typowe argentyńskie asado. Zamówiliśmy porcję grillowanego mięsa, która teoretycznie miała starczyć dla dwóch osób. Według zapewnień chłopaków we czwórkę spokojnie się najemy.

Gdy na nasz stół trafiła jeszcze skwiercząca taca wypełniona po brzegi mięsiwem wiedzieliśmy, że nie tylko we czwórkę, ale i w piątkę dalibyśmy radę się najeść! Czego tam nie było!? Kiełbaski, krwista kiełbasa zwana morcilla, kurczak, żeberka, jakieś faszerowane jelita i oczywiście przepyszne, soczyste, argentyńskie steki! Niebo w gębie... I marzenie spełnione :)

Nażarliśmy się jak dzikie świnki ;) Na dodatek Seba i Nico uparli się, żeby za nas zapłacić (zapewne w podziękowaniu za zrobiony przeze mnie dzień wcześniej obiad, ale i tak był to niesamowicie miły gest – dzięki chłopaki!). W zamian za to kupiliśmy na wieczór piwo (dla Albina) i argentyńskie wino, które wypiliśmy siedząc u nich na balkonie, wgłębiając się w tajniki argentyńskiej ekonomii. Dwa marzenia w ciągu jednego dnia! Czy to oby nie za dużo szczęścia na raz?

----------------------------------------------

I znowu wędrówka w przestrzeni. Tym razem szliśmy do naszych nowych gospodarzy, którzy mieszkają w nowoodrestaurowanej dzielnicy portowej Buenos – Puerto Madero. Z naszymi wielkimi plecakami zmierzaliśmy w stronę wyspy, gdy nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znaleźliśmy się w Anglii. A dokładniej w Docklands, nowoczesnej dzielnicy Londynu, w pobliżu której mieszkaliśmy i w której dorabiałam w weekendy pracując w hotelu. Identyczne ceglane budynki, identyczne odrestaurowane stare doki i nabrzeże wzdłuż którego rozmieściły się eleganckie bary i restauracje, deptaki po których biegają ludzie... Z klubów do naszych uszu dolatuje europejska i amerykańska muzyka. A co się stało z tango, z salsą i z forro? Może my rzeczywiście jesteśmy znowu w Anglii? Z pewnym sentymentem patrzyłam na dziwnie znajome widoki. Niedługo, za parę miesięcy będziemy do nich zresztą wracać. Nie ma więc czasu na sentymenty. Jednak magia Buenos robi swoje...

----------------------------------------------

Idę na cotygodniowy market, który ma miejsce w San Telmo jednej z najstarszych dzielnic miasta. Swoje stragany porozstawiali tu różni artyści i zwykli sprzedawcy pamiątek. Można tu kupić zarówno pięknie zdobione naczynia na mate (bombilla) jak i bardzo oryginalne ubrania, dekoracje do domu, magnesy, obrazy, biżuterię... Moje oczy przeskakują z jednego kolorowego stoiska na drugie. Połowę z tych rzeczy chciałabym mieć u siebie w domu. Są cudne! Aż szkoda, że nie mamy za bardzo ani funduszy, ani miejsca w plecakach, aby móc się obkupić...

Pomiędzy straganami porozstawiali się muzycy. W powietrzu rozbrzmiewały gorące rytmy bębnów, a z okolicznych restauracji dobiegały nas dźwięki tango. Cała dzielnica przepełniona była muzyką. Tłumy szwędających się dookoła turystów od czasu do czasu przystawały, aby posłuchać artystów, a ich nogi aż same rwały się do tańca.

Wolnym krokiem doszłam do ............... Była już godzina 19:00 i większość sprzedawców powoli składała swoje stragany. Jest to czas, kiedy na placu rozstawiane są głośniki, z których puszczane są tanga. Pośrodku rozpościera się wolna przestrzeń, którą wkrótce wypełnią tancerze. Dookoła natomiast, na schodkach okalających plac porozsiadały się eleganckie strasze panie, w butach tanecznych, oczekując na partnerów, którzy przy pierwszych rytmach muzyki porwą ich do tańca.

Gdy wszystko już było gotowe z głośników zaczęła lecieć nieco nostalgiczna muzyka, a pary taneczne zaczęły swój pokaz. Z zazdrością patrzyłam na pięknie wywijające nogami panie, które z gracją podążały za prowadzącymi je pewną ręką panami. W przeważającej większości byli to ludzie starsi, wyglądający na emerytów, którzy w ramach oderwania się od smutnej rzeczywistości przychodzili zapomnieć o swoich troskach tańcząc tango. Niektóre pary były naprawdę niesamowite. Z prawdziwą pasją oddawali się muzyce, zjednoczeni w tym jakże namiętnym tańcu.

Nagle, na ramieniu poczułam delikatne dotknięcie ręki i usłyszałam:

„A pani tańczy?”.

Z żalem odparłam:

„Strasznie bym chciała, ale nie umiem...”

„A chcesz się nauczyć?”

Sympatycznie wyglądający starszy pan nie musiał tego dwa razy powtarzać. Nieco nieśmiało, z boku głównej sceny tanecznej, usłyszałam pierwsze porady na temat tango:

„Pamiętaj: tańczymy zawsze razem, podążaj za mną krok w krok i nie patrz pod nogi. Tango musisz czuć. Tego się nie da nauczyć...”

Pewną ręką pan prowadził mnie w rytm granej muzyki, a ja czułam się jak Kopciuszek na balu u królewicza, który nagle został wybrany z tłumu. Byłam jedną z niewielu turystek, które tańczyły. Te w większości wolały stać z boku ograniczając się do robienia zdjęć. Znowu zadziałała magia Buenos... I spełniło się moje kolejne marzenie. Marzenie, które ze względu na niechęć Albina do jakichkolwiek tańców latynowskich myślałam, że pozostanie niespełnione...


English:
I am pretty sure that Buenos Aires is on many lists of dreams. It was not on mince though. However, I had a lot of dreams to fulfill in Argentina. And so somehow strangely it happened thanks to the magic of the city, most of them I was able to fulfill here. There is a lot of magic in the city. And I could see it at almost every step: the fragrant of freshly grounded coffee in tiny cafés, in tango danced in the streets, in colorful and full of lives streets...

----------------------------------------------

To Buenos Aires we arrived in the morning. We agreed with our couch surfing hosts that we will come to them before they go to work. Not much later, we went to explore the city. We left the main road and immediately we noticed the vast number of café tables stood directly on the sidewalks. They were full of people, either deep in conversation or immersed in reading the morning newspaper, taking out part of a penchant to smoke a cigarette. Everyone was drinking beautifully scented coffee and eating sweet croissants which here wear lovely name of half-moons (medialunes).

As a coffee lover I could not resist the temptation. We chose a small cafe with colorful tables and ordered a standard Argentinian breakfast: coffee with milk and two half-moons. I had not drunk so good coffee in a long time. Definitely you can see here the impact of the Italians, who from the far Italy brought with them the tradition of drinking black liquor. What a delight!

Sipping a hot drink quietly watched an ongoing life around. Elegantly dressed folks file hurry to work, cars slowly moved on the streets filled with morning peak hours, waiters ran around with trays full of white cups. And I was sitting at a table with coffee and had the impression that time had stopped. Around me went on life full of morning energy and I permanently suspended over my cup of coffee. As if I hung in some magical bubble that was outside of time.

----------------------------------------------

When we finally moved further the magic of Buenos Aires suddenly worked for us again. This time we were moved in space. From the distant and exotic South America, suddenly we found ourselves in our old Europe. More precisely in Paris. The broad avenues, the beautiful monumental buildings, monuments... The whole architecture of downtown Buenos incredibly reminded us of Paris - the city where we went on the last trip in Europe (not counting Madrid, but this was on the way to America).

People wore clothes according to the latest fashion, food washed down with red wine and the cafes with croissants... Bakeries and local shops with fresh vegetables… The whole atmosphere of the city was that some... Paris... quite different from other large cities in South America, which we have so far visited.

I know that I wrote once that Lima was for me a very European. Now, however, it seems to me that the impression it had on me after few months stay in typically South American, dirty, unfinished cities. One friend, who had just arrived there, he told me then that Lima has NOTHING to do with Europe. I did not want to believe it then. Only now understood what he meant.

Another friend, a Polish girl who lives on a daily basis in Sao Paulo, told us that when she wanted a break from the hustle and bustle and constant sense of threat in Brazil, she was going to Buenos Aires. That here she can feel like in Europe. And I also now understood that.

----------------------------------------------

In the evening we went with our hosts to a restaurant for a typical Argentinian asado. We ordered a portion of grilled meat which was theoretically for two people only . According to the assurances of the boys it will be easily enough for four of us.

Once at our table still sizzling tray filled to the brim with meat appeared we knew that not only the four of us, but even five people could eat it and still be full! What was not there!? Sausages, bloody sausage called morcilla, chicken, ribs, some stuffed intestines and of course delicious, juicy, Argentinian steaks! Heaven in my mouth ... and a dream fulfilled :)

We were full like wild pigs ;) In addition, Seb and Nico insisted that they pay for it (probably in gratitude for dinner which I made ​​the day before but it was an incredibly nice gesture - thanks guys!). In return, we bought beer for the evening (for Albin) and Argentinian wine, which we drank with them sitting on the balcony, going into the ins and outs of the Argentinian economy. Two dreams in one day! Is it not too much luck at once?

----------------------------------------------

And again we were wandering in space. This time we went to our new hosts who live in the newly restored port area of ​​Buenos - Puerto Madero. With our big backpacks we were heading towards the island, when suddenly as if by magic we were in England. More precisely, in the Docklands, the modern district of London, near where we lived and where I was earning some extra money on the weekends working in the hotel. Identical brick buildings, identical restored the old docks and waterfront deployed along the elegant bars and restaurants, walkways on which people run... From the clubs we can hear European and American music. And what happened with the tango, salsa and the forro? Maybe we really are back in England? With a certain fondness we looked strangely familiar sights. Soon, after a few months we will get back to them anyway. So there is no time for sentiment now. But the magic of Buenos is in the air again...

----------------------------------------------

I'm going to the weekly market that takes place in San Telmo one of the oldest neighbourhoods in the city. Different artists and ordinary sellers of souvenirs have their stalls there. You can buy beautifully crafted dishes to mate (bombilla) and very original clothes, home decorations, magnets, paintings, jewellery... My eyes jump from one to another stand. Half of these things I would like to have at home. They are wonderful! It's a shame that we do not have too much funds and place in our backpacks to be able to buy some of them….

Between the stalls a bunch musicians put up their instruments. The air resounded with the hot rhythms of drums and from local restaurants I could hear the sounds we tango. The whole neighbourhood was filled with music. Crowds of tourists wandering around from time to time were stopping to listen to the artists and their legs until tore themselves to dance.

Walked slowly came to Plaza Dorrego. It was already 7pm and most dealers slowly composed their stalls. This is the time when the square is spaced for the tango. The middle of the square soon would be  filled with the dancers. On the steps surrounding the square older ladies sat in their elegant dance shoes, waiting for the partners who at first grab them to dance.

When everything was ready from the speakers started playing a bit nostalgic music and dancing couples started their show. I watched enviously the ladies beautifully swinging their legs who graciously followed their partners who led them by a steady hand. The vast majority were elderly people, looking for retirees who, in the detachment from the sad reality came to forget about their worries dancing tango. Some couples were really amazing. With a real passion indulged in music, united in this very passionate dance.

Suddenly, on the shoulder, I felt a gentle touch hand and heard:

“And are you dancing? “.

With regret, I said:

“I’d love to, but I cannot... I don’t know the steps…”

“And do you want to learn?”

Nicely looking older man did not have to repeat it twice. Somewhat shyly on the side of the main dance scene, I heard the first advice on how to tango:

“Remember: we always dance together, follow me step by step and do not look at your feet. Tango you feel. This cannot be learned...”

His steady hand led me to the rhythm of music played and I felt like Cinderella at the ball with the prince, who suddenly was elected from the crowd. I was one of the few female tourists who danced. These mostly preferred to stand aside and to take pictures. Again, the magic of Buenos... I fulfilled another dream. A dream that due to the reluctance Albin to any Latino dances I thought that remain unfulfilled...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz