sobota, 25 stycznia 2014

Paragwaj - dziwny kraj... / Paraguay - strange country...

Scroll down for the English version

Wjechaliśmy do Paragwaju. Przez most graniczny przewalały się tłumy ludzi poszukujących okazji i próbujących zaoszczędzić nieco pieniędzy na zakupach w zdecydowanie tańszym kraju. Po przekroczeniu granicy z Brazylią najpierw mijamy liczne sklepy nastawione głównie na handel elektroniką oraz ulicznych sprzedawców wystawiających na sprzedzaż swoje produkty: ubrania, płyty DVD, artykuły AGD. Na pierwszy rzut oka widać, że jest tu dużo taniej niż w położonej za rzeką Brazylii.

Dojeżdżamy do dworca w Ciudad del Este. Na ulicy przycupnęły z pewną nieśmiałością malutkie domki zbudowane z dykty lub blachy falistej. Przed nimi siedzą jakby zawstydzeni Indianie Guarani. Siedzą wraz ze swoimi rodzinami. Liczne dzieci umorusane błotem bawią się razem biegając po ulicy. Bieda az piszczy. Pomimo swojej biedy w oczach tych ludzi nie widać złości. Wyglądają jakby byli pogodzeni ze swoim losem.

O Ciudad del Este przed przyjazdem przeczytaliśmy w przewodniku, że jest jednym z najbrzydszych miast Ameryki Łacińskiej... Chyba coś w tym jest....

--------------------------------------

Encarnacion. W okolicy miasta położone są przepiękne ruiny kościołów jezuickich.  Wybieramy się do nich z samego rana. Dosyć długo musimy czekać na autobus, który zabierze nas do Trinidad. Siedząc na dworcu nie możemy wyjść z podziwu nad tym jak Paragwajczycy przywiązani są do swoich termosów. Noszą je dosłownie WSZYSCY i WSZĘDZIE. Wygląda to niemal jakby mieli te termosy przyrośnięte do swoich rąk. Młodzi i starzy. Rodziny, znajomi, pojedyncze osoby. W każdej grupie przynajmniej jedna osoba ma ze sobą termos. Zazwyczaj znajduje się w nim zimna woda do przygotowania orzeźwiającego terere. Jest to rodzaj herbaty ziołowej przygotowanej z robiącej coraz większą furorę w Europie Yerba Mate. W panujących tu upałach nie tylko przynosi ochłodę, ale także dodaje energii.

Do Trinidad dojeżdżamy około południa. Gdy wysiadamy z autobusu na nasze głowy spadają pierwsze krople ciężkiego deszczu. Biegiem zmierzamy do centrum informacji, gdzie przeczekujemy burzę. Niestety nie przynosi ona oczekiwanego ochłodzenia. Ciągle jest nieznośnie gorąco i duszno.

Wchodzimy na teren ruin. Robią one naprawdę niesamowite wrażenie. Czerwone ściany kościoła pięknie kontrastują z błękitem nieba, bielą chmur oraz zielenią trawy. Na ścianach możemy podziwiać misterne zdobienia wykonane ponad 300 lat temu.

Na terenie ruin poza nami nie ma zbyt wielu turystów i w spokoju możemy zachwycać się fascynującymi zabudowaniami. Dawniej było to całkowicie niezależne miasto. Znajdował się tu kościół, szkoła, różnego rodzaju warsztaty. Niestety wszystko to poszło w zapomnienie kiedy Jezuici zostali wygnani z kolonii hiszpańskich w 1768 roku.

--------------------------------------

Z Trinidad łapiemy mototaxi do położonego 12km dalej Jesus. Jedziemy tam wygodną asfaltową drogą. Nasz kierowca wydaje się znać wszystkich mijanych po drodze ludzi. Z szerokim uśmiechem na twarzy macha do nich, a kiedy nie reagują wesoło trąbi klaksonem. Nie spieszy mu się. Z góry wie ile dostanie za przejazd. Wie również, że nie ma zbyt wielkiego popytu na jego usługi. Pomimo tego wydaje się szczęśliwy. Żyje chwilą.

Kiedy dojeżdżamy do Jesus ponownie widzimy na horyzoncie czarne chmury straszące deszczem. W związku z tym dosyć szybkim tempem obchodzimy ruiny kościóła, który nigdy nie został ukończony... Jezuici przenieśli się tutaj w 1760 roku, zaledwie 8 lat przed ich wygnaniem z kraju i nie zdąrzyli dokończyć budowy. Świątynia miała być repliką kościoła św. Ignacio w Rzymie. Olbrzymie ściany nieco nas przytłaczają. Robimy serię zdjęć i patrząc z niepokojem na coraz ciemniejsze niebo szybko wracamy do mototaxi.

W drodze powrotnej nasz kierowca znowu do wszystkich macha z uśmiechem. Wygląda na naprawdę zadowolonego ze swojej pracy.

--------------------------------------

Asuncion. Sylwester. Przeszliśmy się po mało ciekawym centrum, kupiliśmy alko, przekąski i obowiązkowe winogrona na wieczór i czekamy w pokoju hotelowym na północ oglądając lecących w telewizji „Przyjaciół”. W informacji turystycznej usłyszeliśmy, że nad rzeką ma się odbyć impreza sylwestrowa, która powinna się zacząć około 20:00. Z południowoamerykańską punktualnością nie liczymy na rozkręcenie się zabawy przed 23:00. Wtedy to właśnie zabieramy ze sobą piwo robiące za szampana, winogrona i idziemy zobaczyć jak się bawią Paragwajczycy.


Kiedy zbliżamy się do rzeki powoli do naszych uszu docierają dźwięki granej w oddali muzyki. Czyli jednak jest szansa na dobrą zabawę! Po drodze mijamy pięknie oświetlony Palacio de Gobierno. Pojedyncze osoby robią sobie przy nim zdjęcia. Schodzimy na promenadę, gdzie muzyka rozbrzmiewa coraz głośniej jednak ludzi ciągle za bardzo nie widać... Widzimy scenę, z której DJ zaczyna odliczanie sekund dzielących nas od Nowego Roku, ale wokół nas ciągle tak jakoś pusto... Pojedyncze osoby porozstawiały sobie stoliczki i krzesełka zajmując dogodnie miejsca do oglądania fajerwerków. Z podręcznych lodówek wyjmują schłodzone szampany.

„10...
...9...
...8...
........
...1...
...FELIZ ANO NUEVO!!!!!”
 
Krzyczy rozentuzjazmowany DJ, na niebie ze wszystkich stron pojawiają się kolorowe fajerwerki, a wokół nas strzelają pojedyncze korki szampana.

Zgodnie z hiszpańską tradycją zjadamy po 12 winogron, otwieramy naszego pseudo-szampana i oglądamy pokaz fajerwerków. Szału nie ma...

Po parunastu minutach decydujemy się na powrót do pokoju i dalsze oglądanie „Przyjacół”. Razem z nami w kierunku swoich domów rozchodzi się większość uczestniczących w imprezie osób. Okazuje się to zresztą bardzo dobrą decyzją. Zanim jeszcze docieramy do hotelu na nasze głowy spadają pierwsze krople deszczu, który chwilę później przeradza się w prawdziwą ulewę.

--------------------------------------

6 godzin jazdy nocnym autobusem firmy NASA. Jak widać tylko profesjonaliści jeżdżą w takie miejsca :) Jesteśmy w Filadelfii, będącej stolicą mennonitów w Paragwaju. Znajduje się tutaj ciekawe muzeum poświęcone mennonitom, parę pomników i... niewiele poza tym. Panuje tu niemiłosierny upał, a po drogach hula wiatr unosząc w powietrze wszechobecny pył. Sami nie bardzo wiemy co tu robimy...

Do Filadelfii przyjechaliśmy mając nadzieję zobaczyć tradycyjnych mennonitów (czy też animków, jak ich nazywa Albin), chodzących po ulicach z długimi brodami w dżinsowych ogrodniczkach, czapeczkach bejsbolowych, poganiających swoje konie zaprzężone w małe drewniane wózki. Czekając na autobus tutaj nawet paru takich widzieliśmy na dworcu w Asuncion, co tylko podsyciło nasze nadzieje. Wcześniej widzieliśmy ich już w Boliwii podczas naszej gonitwy przez misje jezuickie, kiedy to jednak nie mieliśmy okazji z nimi porozmawiać, przypatrzeć się im codziennemu życiu...

Włóczymy się nieco po opustoszałych uliczkach. Odwiedzamy tutejsze muzeum i tutaj zaskoczenie: jest ono niesamowicie ciekawe i pomimo, że nie możemy spełnić naszej zachcianki napatrzenia się na mennonitów, dostajemy w nim sporą porcję wiedzy na temat tej społeczności. Dowiadujemy się między innymi, że jak wyznawcy niemal każdej religii tak i mennonici podzielili się na bardziej i mniej konserwatywnych. Ci zamieszkujący Filadelfię zaliczają się akurat do tych bardziej rozwojowych, w związku z czym ubierają się zgodnie z kanonami współczesnej mody i nic ich nie powstrzymuje od używania takich udogodnień współczesnych czasów jak komputer czy samochody. Przybyli oni w te rejony głównie z terenów Rosji oraz Niemiec, ale znalazła się także grupa przybyła z Polski.

Ciekawostką jest również fakt, że posługują się oni głównie językiem niemieckim. I rzeczywiście gdy wychodzimy na ulicę zwracamy uwagę na wszechobecne znaki w języku niemieckim oraz ludzi dookoła nas, którzy ze sobą „szprehają”. Gdy siadamy w kawiarni i po hiszpańsku próbuję zamówić kawę, kelnerka zwraca się do mnie: „Hablas aleman?”. No niestety... Pomimo moich szczerych chęci i 2 lat nauki nigdy ten język do mnie nie przemówił. Filadelfia to bardzo dziwne miejsce, które pomimo, że znajduje się w hiszpańskojęzycznym kraju, to czasem łatwiej się tu porozumieć po niemiecku niż po hiszpańsku...

--------------------------------------

Paragwaj to naprawdę dziwny kraj... Spędziliśmy tutaj 10 dni, ale chyba i to było za dużo. Sporo czasu przyszło nam czekać na dworcach na kolejne autobusy, przeczekiwanie Nowego Roku, odpoczynek w Encarnacion... Na powierzchni niemal 25% większej od powierzchni Polski mieszka zaledwie 7mln ludzi. Ciężko się w związku z tym dziwić, że brakuje tutaj wielkich metropolii... Większość kraju zajmuje Chaco zwane „Zielonym Piekłem” ze względu na swój okropny klimat oraz ciężką do przebycia kolczastą roślinność.

Pomimo braku typowych atrakcji turystycznych (a może właśnie ze względu na ich brak) warto jednak ten kraj odwiedzić. Chociażby po to aby zobaczyć prawdziwe zamiłowanie do terere, dowiedzieć się czegoś o mało nam znanych kulturach oraz odwiedzić rzadko odwiedzane ruiny jezuickie.


English:

We drove to Paraguay. Crowds of people seeking opportunity and trying to save some money while shopping in a much cheaper country surged over the border bridge. After crossing the border with Brazil we first pass numerous shops focus mainly on trade of electronics and street vendors showcasing their products for sale: clothes, DVDs, household goods. At first glance, it is a lot cheaper than in Brazil, located just across the river.

We arrive at the train station in Ciudad del Este. With some shyness tiny cottages built of plywood or corrugated metal huddled on the street. In front of them the Guarani Indians sit as if embarrassed. They sit with all their families. Many children covered in mud play together running down the street. Despite poverty these people do not look angry. They look as if they were resigned to their fate.

Before our arrival to Ciudad del Este we read in the guidebook that it is one of the ugliest cities in Latin America... It is difficult not to believe in that…..

--------------------------------------

Encarnacion. The beautiful ruins of the Jesuit churches are located close to the city. We're going to see them in the morning. We have to wait quite a long time for a bus that will take us to Trinidad. Sitting on the bus terminal we cannot stop marvelling over how Paraguayans are attached to their flasks. They carry them literally EVERYWHERE. It almost looks like they had the thermos grown into their hands. Young and old. families, friends and individuals. In each group at least one person has a thermos with him. Usually they have inside the cold water to prepare a refreshing terere. It is a kind of herbal tea prepared from becoming more and more popular in Europe Yerba Mate. In the hot weather it is not only refreshing but also adds energy.

To Trinidad we arrive around noon. When we get off the bus, first heavy drops of rain fall at our heads. We run to the information center where we wait for the storm to pass. Unfortunately, it does not bring the expected cool. It is still unbearably hot and stuffy.

We are entering the ruins. They are really impressive. Red church walls contrast beautifully with the blue sky, white clouds and green grass. On the walls we admire the intricate decoration made ​​over 300 years ago.

In the ruins there are not too many tourists and in peace we can admire the fascinating buildings. Historically, it was a completely independent city. There was a church, school, various workshops. Unfortunately, it all went into oblivion when the Jesuits were expelled from the Spanish colonies in 1768.

--------------------------------------

From Trinidad we catch a mototaxi to located 12km further Jesus. We go there by the comfortable asphalted road. Our driver seems to know all the people we pass on the way. With a broad smile on his face he is waving to them and when they do not react happily honking the horn. He is not in rush. He knows how much he will be paid. He also knows that there is too much demand for his services. Despite this he seems to be happy. He lives in the moment.

When we get to Jesus, again we see dark clouds on the horizon. Therefore, in quite a fast pace we celebrate the ruins of the church, which was never completed... The Jesuits moved here in 1760, just eight years before their banishment from the country and they did not finish the construction. Temple was supposed to be a replica of the church St Ignacio in Rome. Huge walls slightly overwhelm us. We do a series of photos and looking anxiously at the getting darker and darker sky we return quickly to mototaxi.

On the way back our driver again wave to everyone with a smile. He looks really pleased with his job.

--------------------------------------

Asuncion. New Year's Eve. We walked around the not very interesting city, bought alcohol, snacks and mandatory grapes for the evening and we are waiting in a hotel room watching "Friends". At the tourist information we heard that on the riverfront there is to be held New Year's Eve party which should start around 20:00. With South American punctuality we do not count on a fun spin before 23:00. That is when we take our beer doing for the champagne, grapes and go to see how Paraguayans have fun.

When we are approaching the river sounds of music played in the distance slowly reaches our ears. So there is a chance for a good fun! On the way we pass beautifully illuminated Palacio de Gobierno. Some people are doing photos there. We go down to the promenade where the music sounds louder but we still don’t see too many people... We see the scene with the DJ who starts the countdown of seconds separating us from the New Year but around us it is still somehow empty... Individuals put their tables and chairs conveniently taking place to watch the fireworks. They take the chilled champagnes from the handheld refrigerators.

"10...
...9...
...8…
........
…1…
FELIZ ANO NUEVO!!!"

DJ enthusiastically shouts while on the sky from all sides appear colourful fireworks and single champagne corks shoot around us.

According to the Spanish tradition we eat 12 grapes, we open our pseudo - champagne and watch the fireworks. It is not that great...

After few minutes we decide to go back to the room and continue watching "Friends". Most of the people participating in the event also start heading in the direction of their homes. Indeed, this turns out to be a very good decision. Before we even get to the hotel first drops of rain fall on our heads, which a moment later turns into a real downpour.

--------------------------------------

6 hours ride in the night bus of company called NASA. As you can see only the professionals ride in such places :) We are in Filadelfia the capital of Mennonites in Paraguay. There is an interesting museum dedicated to the Mennonites, a pair of statues and... little else. There's a merciless heat and wind blows on the roads lifting the omnipresent dust in the air. We are not really sure what we're doing here…

We arrived to Filadelfia hoping to see the traditional Mennonites (or Animki as Albin calls them), while they walk on the streets with long beards in denims, baseball caps, driving on their horses harnessed in small wooden carts. Waiting for the bus to come here we have even seen a couple of them at the station in Asuncion what only fuelled our hopes. Earlier we saw them already in Bolivia during our race through the Jesuit missions, when we did not get a chance to talk to them, look through their everyday life...

We wonder around the deserted little streets. We visit the local museum and we are really surprised there: it is incredibly interesting and although we cannot satisfy our eyes seeing the Mennonites we get a large portion of knowledge about the community. We learn, among other things, that as followers of almost every religion so and Mennonites are split into more and less conservative fractions. Those living in Filadelfia are those more modern, so they dress in accordance with the canons of contemporary fashion and nothing stop them from the use of such facilities of modern times as a computer or cars. They came to the area mostly from Russia and Germany, but there was also a group which came from Poland.

Interesting is also the fact that they speak mostly German. And indeed, when we go out on the streets the ubiquitous signs in German draw attention as well as the people around us who speak in German around us. When we sit in the cafe and I try to order a coffee in Spanish, the waitress says to me: "Hablas aleman?”. Well, unfortunately not... Despite my sincere desire and two years of German classes the language has never spoken to me. Filadelfia is a very strange place, where although it is located in a Spanish speaking country, sometimes it is easier to communicate here in German than in Spanish...

--------------------------------------

Paraguay is a really strange country... We spent 10 days here but I think that even that it was too much. A lot of time we had to wait for the buses at the stations, we waited out the New Year, we had rest in Encarnacion... On the surface of almost 25% larger than the area of ​​Poland (almost twice bigger than the UK) lives just 7 million people. Therefore it’s hard not to be surprised that there are not great metropolises... Most of the country is the Chaco -called "Green Hell" because of its terrible climate and thorny vegetation.

Despite the lack of typical tourist attractions (or perhaps precisely because of the lack of them) it is still worth to visit this country. If only to see the real passion for terere, learn about little -known cultures and we visit rarely visited ruins of the Jesuit.


5 komentarzy:

  1. Faktycznie, wygląda na to, że trudno tam o tłumy.
    Sylwester z piwem w roli szampana, winogronami i DJ-em próbującym zrobić wielką imprezę mnie rozbawił :))))
    A ten niemiecki, to już zupełne kuriozum.
    Dzięki za relację. Na razie uznaję Paragwaj za zaliczony. Raczej się tam nie wybiorę (nie żebym planowała w najbliższym czasie wycieczki w inne miejsca :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Nam Paragwaj bardzo sie podobal wlasnie ze wzgledu na ta "dzikosc" aczkolwiek wiem, ze gdybysmy mieli raptem 2 tygodnie wakacji do wykorzystania, to na pewno nie zdecydowalibysmy sie na przyjazd tutaj. Fajne miejsce, ale trzeba miec na nie czas... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Faktycznie dziwny kraj, ale nie da się ukryć, że całkiem fajnie się prezentuje na zdjęciach. Miło byłoby się kiedyś wybrać :)
    Test Tour – wakacyjne oferty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto go odwiedzic chociaz na chwile na przyklad przy okazji wizyty w polnocnej Argentynie (szczegolnie regionie Misiones) badz poludniowej Brazylii (okolice Foz de Iguazu). Niestety raczej nie jest na tyle atrakcyjny sam w sobie, aby go odwiedzac jako jedyny kraj,,,

      Usuń
  4. Witamy,
    ciekawe wypowiedzi :) Właśnie ze wzgędu na ... brak ludzi, spokój oraz wspaniałych paragwajczyków jesteśmy tutaj na stałe :)
    pozdrawiamy z Paragwaju Gosia i Zbyszek
    http://ParagwajNoclegi.com

    OdpowiedzUsuń