piątek, 31 stycznia 2014

Argentynski pech / Argentinian bad luck

Scroll down for the English version

Jesteśmy w autobusie z Asuncion do Resistencia. Teoretycznie podróż powinna nam zająć jakieś 6 godzin. Teoretycznie. W praktyce utknęliśmy na granicy. Przed nami stoi już 25 autobusów czekających na odprawę... A kolejka posuwa się jak krew z nosa... Cóż mamy robić... W autobusie niby kierowca puścił jakiś film, ale jak na złość telewizor przed nami nie działa. Słyszymy jedynie odgłosy dobiegające z na maxa włączonych głośników. A tak się cieszyłam, że będę miała widoki siedząc z przodu na górze autobusu! Cóż mi teraz po nich.... Wygląda na to, że większość drogi pokonamy po ciemku... Przynajmniej nie musimy się martwić co zrobić z noclegiem w Resistencia. Rozważaliśmy opcje spania na dworcu, ale jak widać sytuacja się rozwiązała. Mamy w miarę wygodne spanie w autobusie...

Nuda w autobusie
Po jakiś 9 godzinach oczekiwania  w końcu przyszła pora na naszą odprawę. Jest już grubo po północy. Wszyscy wychodzą z autobusu i potulnie udają się do okienka po pieczątki wyjazdowe z Paragwaju. Pani celniczce się jednak nie spieszy. W końcu skoro czekaliśmy 9 godzin, to możemy poczekać jeszcze trochę. Ona musi sobie poukładać papiery na biurku, napić się kawy... W końcu bierze do ręki nasze paszporty i sprawdza: cyferka po cyferce czy aby na pewno wszystko się zgadza z listą, którą dostała od kierowcy. Oj... Na liście widnieje jedynie Justyna Kloc, a w paszporcie jak wół Justyna Maria. Trzeba poprawić. Wolniutko, niemal kaligrafując. No, już jest dobrze. Ale jeszcze pieczątki trzeba sprawdzić. Czy aby na pewno wszystko jest z porządku. I znowu problem, bo nie widać ostatniej pieczątki wyjazdowej z Argentyny (do której wjeżdżamy już po raz trzeci i jeszcze nie ostatni podczas tego wyjazdu). Pani powoli przeszukuje kolejne strony mojego paszportu. No znalazła się. Mogę iść dalej... Nic dziwnego, że zabiera to aż tyle czasu. Po stronie argentyńskiej idzie dużo sprawniej.

„Dobrywieczór. Państwo z Polski? Witamy w Argentynie. Życzymy miłego pobytu”

Bach, bach i mamy pieczątki na 90 dni. Ufff... Możemy iść spać...

_______________________

W Resisdencia spędziliśmy cały dzień czekając na autobus mający nas zawieźć do Salty. Jest ona podobno zwana Miastem Rzeźb. Tych jednak zbyt wielu tutaj się nie naoglądaliśmy. Owszem jest ich trochę na głównym placu, ale niewiele poza nim.

Nasz autobus się spóźnia. Pół godziny, godzinę, dwie... Grrr... Chyba po raz pierwszy w czasie tego wyjazdu mamy gdzieś być na konkretną godzinę (jesteśmy umówieni w Salcie na 12:00 z dwójką Szwajcarów, z którymi pożyczyliśmy na współkę samochód), a teraz wygląda na to, że będziemy grubo spóźnieni. Na domiar złego nie za bardzo mamy im jak dać znać. No nic... Może w czasie 12 godzinnej trasy uda się nieco tego spóźnienia nadrobić i nie będzie tak źle...

W końcu podjeżdża nasz autobus. Mega wygodny! Do tego oferują posiłki. Super! Niemal udaje mi się zapomnieć o tym niefortunnym spóźnieniu. Ruszamy w drogę. Powoli przenoszę się do krainy marzeń sennych.. Nie ujechaliśmy jednak daleko, kiedy nagle:

„BUM!!!”

Mój sen został brutalnie przerwany przez donośny brzdęk tłuczonego szkła. Jeszcze na wpół zaspana próbuję się zorientować co się stało.

Okazuje się, że jacyś imprezowicze stwierdzili, że rzucanie butelką od szampana w autobus to całkiem fajna zabawa. Całe okno poszło w drobny mak obsypując drobnymi kawałkami szkła siedzącą przy nim turystkę. Na szczęście nic się jej nie stało, a ona nie należała do typu kobiet panikujących.

Podjeżdżamy do stacji serwisowej wstawić dyktę w miejsce szyby. Z przyjazdem na czas możemy się jednak pożegnać...

 _______________________

Na szczęście Dom i Sofia należą do ludzi cierpliwych i nie przejęli się za bardzo naszym spóźnieniem (to nie z naszej winy nie wszystko poszło jak w szwajcarskim zegarku...) Razem wybraliśmy się na dwudniową wycieczkę na północ od Salty do malutkiej miejscowości Tilcara. Czuliśmy się tam jakbyśmy na nowo wrócili do Boliwii. Niemal identyczne krajobrazy, bardzo podobna architektura, ludzie mają te same indiańskie rysy... i tylko turystów tak jakoś tu więcej. W Boliwii w wielu miejscach jako gringosi byliśmy swoistą atrakcją dla miejscowych, tutaj natomiast lokalsi są całkowicie przyzwyczajeni do widoki „białych twarzy”. Co więcej robią na nich niezły biznes. Na każdym kroku porozstawiane są stoiska z pamiątkami, które swoją drogą również wyglądają dziwnie znajomo. Tylko ceny takie jakieś wyższe...


Na szczęście wygląda na to, że nasz pech nas już opuścił (odpukać w niemalowane!) i bez problemów dojechaliśmy do kolejnych miast na naszej drodze. W samej Salcie spędziliśmy dwie noce w hostelu, który za darmo oferował noclegi (tak, tak nie pomyliłam się: spaliśmy w całkiem przyzwoitym hostelu zupełnie za darmo! Jakbyście byli zainteresowani to tutaj jest link: Hostel Loki. Trzeba wprawdzie kawałek dojechać z centrum miasta, ale jeżdżą tam regularnie autobusy). Stamtąd wybraliśmy się do Tucuman. Głównie chodziło nam o rozbicie długiej trasy do Cordoby, ale w końcu okazało się, że Tucuman również jest całkiem przyjemnym miejscem, gdzie na dodatek mieliśmy przesympatyczną parę gospodarzy z Couch Surfingu.

Ostatnim miastem przed wyjazdem do magicznego Buenos Aires była Cordoba z wpisanym na UNESCO kwartałem jezuickim. Spaliśmy tam u Karoliny, Polki mieszkającej w Argentynie od 3 miesięcy. Od niej i jej chłopaka (a także później od Argentyńczyków spotkanych na naszej drodze w Buenos Aires) nasłuchaliśmy się na temat argentyńskiej ekonomii i o dziwo dyskusje na ten temat  mnie całkowicie pochłonęły (pomimo mojej marnej znajomości praw ekonomii).

_______________________

W Europie co chwila docierają do nas informacje o kolejnych kryzysach ekonomicznych w Argentynie. Na początku XXI wieku państwo ogłosiło bankructwo, co do dziś pamiętam jak mnie wówczas zdziwiło: jak to państwo może zbankrutować? (parę lat później to samo spotkało Islandię, a mnie nadal ten problem nurtuje: jak wygląda życie zwykłych obywateli w takim państwie – bankrucie).

W związku ze swoimi licznymi długami zagranicznymi Argentyna spragniona jest dolarów. Te jednak do niej nie docierają (albo docierają w dużo mniejszej ilości niż powinny), gdyż sprytni zagraniczni turyści przyjeżdżają do kraju z kieszeniami wypchanymi zielonymi, które potem wymieniają na kwitnącym czarnym rynku walutowym. I tak dla zainteresowanych: jeśli chcemy wypłacić tutaj pieniądze z bankomatu, to za każdego dolara dostaniemy zaledwie około 6.5 peso, podczas gdy za tego samego dolca, u pana na ulicy (albo nawet wymieniając dolary w przygranicznym Paragwaju, jak my uczyniliśmy) dostaniemy nawet do 11 peso. No to chyba jest różnica, nie?

A skąd się w ogóle taka sytuacja zrodziła? To proste: państwo nie chce dolarów z kraju wypuszczać, w związku z czym jeśli taki Argentyńczyk chce pojechać na zagraniczne wakacje musi złożyć odpowiedni wniosek, który zostanie rozpatrzony 1 dzień (!!!) przed planowanym wyjazdem i wtedy może (ale tylko może!) państwo przyzna mu łaskawie prawo kupna dolarów w zawrotnej ilości 20 USD na każdy dzień wyjazdu na osobę. Bajka. Dlatego też dużo łatwiej jest kupić dolary drożej u cinkciarza.

Niby zawsze jest możliwość wypłaty pieniędzy za granicą z bankomatu (przecież tego nikt nam nie może zabronić). Jednak i na tą sytuację rząd argentyński się odpowiednio przygotował. Wiadomo, bardziej się by się opłacało wypłacać dolary za 6 peso niż kupować je na czarnym rynku za dwa razy wyższą kwotę. Co w tym wypadku uczynił rząd? Narzucił 30% podatek na wszystkie płatności zagraniczne oraz wypłaty gotówkowe.

Podobno, aby jednak jakoś wyciągnąć dolary od turystów rząd wprowadził prawo (które chyba jednak za bardzo nie funkcjonuje), że obcokrajowcy mają niby za usługi w biurach podróży płacić twardą walutą. W rzeczywistości jednak tylko raz zostaliśmy o to poproszeni (gdy odparliśmy, że dolców nie mamy, pani uprzejmie powiedziała, że zawsze możemy zapłacić kartą, ale i od tego szczęśliwie udało się nam jakoś wymigać), a i wówczas usłyszeliśmy od naszych znajomych, że dolce zapewne i tak by poszły do prywatnej kieszeni tej pani.

Według naszych znajomych to nie jest zresztą tak, że rząd pieniędzy nie ma. Są. Tylko wszystko jest rozkradane przez skorumpowanych polityków. Jakiś polityk wprost powiedział wręcz, że żeby sytuacja w kraju się poprawiła wystarczy, aby politycy przestali kraść na 2 lata, a jeden z byłych wiceprezydentów zrezygnował z urzędu, gdyż nie mógł zwalczyć korupcji, a nie chciał przykładać ręki do obecnego kryzysu. Zapytałam się nawet naszych znajomych czy w Argentynie kiedykolwiek byli jacyś uczciwi politycy. Usłyszałam wówczas, że tak... w latach 20. XX wieku!


Kolejnym ciekawym problemem jest inflacja, która według rządu nie istnieje. W rzeczywistości jednak ceny w sklepach rosną w zatrważającym tempie 30% na rok, pensje niby również wzrastają, ale jakoś dużo wolniej. Aby utrzymać pozory braku inflacji, w zeszłym roku rząd zamroził ceny określonych produktów. Istnieje jednak realna obawa, że gdy zmieni się rząd nowi politycy powiedzą, że oczywiście te ceny są niemożliwe dłużej do utrzymania i wówczas wszystko zdecydowanie podrożeje.

W związku z inflacją utrzymującą się niemal bezustannie na tak wysokim poziomie w Argentynie co parę lat następuje denominacja peso. A to utną zera cztery, jak to kiedyś było w Polsce, a to trzy. Zależy jak im się będzie chciało. Oczywiście nie muszę chyba wspominać, że w takiej sytuacji oszczędności w banku nie mają zbyt wiele sensu biorąc pod uwagę, jak szybko pieniądz traci na wartości. Kiedyś Argentyńczycy namiętnie trzymali pieniądze na kontach dolarowych. Zostali jednak przez rząd wykiwani, kiedy ten powiedział im, że nie mogą takich kont dłużej posiadać i zaproponował im odkupienie od nich dolarów po zdecydowanie zaniżonej cenie. Być może dlatego obecnie Argentyńczycy żyją chwilą i nie martwią się na zapas.

_______________________

Taki to jest argentyński pech. Nas dotknął tylko na początku i mamy nadzieje już do nas nie powróci, jednak tutejsi mieszkańcy muszą z nim żyć na codzień: ze skorumpowanymi politykami, galopującą inflacją, stałym ryzykiem utraty swoich oszczędności... Ale może jednak ten pech nie jest aż taki pechowy? Bo w końcu co jest w życiu ważniejsze: być czy mieć? A zła sytuacja ekonomiczna zdecydowanie pomaga tutejszym mieszkańcom skupić się na tym pierwszym.


English:

We are in the bus from Asuncion to Resistencia. Theoretically, the journey should take us about 6 hours. But this is just theory. In practice, we were stuck at the border. Before us there are already 25 buses waiting for the border control... A queue is moving really slowly... What can we do… In the bus some movie is played but the TV in front of us does not work. We hear only the sounds coming from the max volume speakers. And I was so happy that I was sitting in front of the views at the top of the bus! Well now I have nothing of that.... It seems that the most of the way we will make in the darkness... At least we do not have to worry about what to do with accommodation in Resistencia. We considered options for sleeping at the station but as you can see the situation is resolved. We have a reasonably comfortable sleeping in the bus...

After about 9 hours of waiting we finally get to the border control. It is well after midnight. We all come out of the bus and meekly go to the window to get exit stamps from Paraguay. The border officer is not in the hurry. In the end, if we waited for nine hours, we can wait a little longer. She has to organize papers on her desk, make a cup of coffee... In the end, she picks up our passports and checks: number after number to make sure everything is correct with the list she has got from the driver. Oh... On the list there is only Justyba Kloc and the passport clearly state Justyna Maria. That has to be changed. She writes it very slowly. Well, now it's good. But she still needs to check all stamps. That definitely everything is fine. And again there is a problem, because she cannot find the last exit stamp from Argentina (which we enter for the third time and still not the last during this trip). She slowly searches more pages of my passport. Wel, eventually she find out the “missing” stamp. I can move on... No wonder that it takes so much time. On the Argentinian side everything goes much quicker.

"Good evening. Are you from Poland? Welcome to Argentina. We wish you a pleasant stay"

Boom, boom and we have stamps for 90 days. Whew... We can go to sleep...

_______________________

In Resisdencia we spent the whole day waiting for the bus to take us to Salta. Resistencia is apparently called the City of Sculptures. These, however, we cannot see here too many. Yes, there are some in the main square, but not much beyond.

Our bus is late. Half an hour, an hour, two hours... Grrr... I think for the first time during this trip we have to be somewhere at a specific time (we have an appointment in Salta at 12:00 with two Swiss, with whom we rented a car) and now it looks like we will be really late. On top of that we do not really know how to let them know. We decide not to worry too much... Maybe during the 12 -hour route there will be time to catch up and this will not be so bad...

On the end, our bus shows up. Super comfortable! And there are meals on board. Super! I almost manage to forget about this unfortunate delay. We are on the way. I slowly start moving to the land of dreams. But we have not travelled far when suddenly:

"BOOM!"

My dream was rudely interrupted by a loud twang of broken glass. Even a half- sleepy I am trying to figure out what has just happened.

It turns out that some party goers found that throwing a bottle of champagne on the bus it's pretty funny. The whole window went into smithereens showering tiny pieces of glass on the tourist who was sitting beside the window. Fortunately, nothing has happened to her and she is not the type of panicking woman.

We drive up to the service station put plywood in place of glass. But now we can definitely say goodbye to the punctual arrival…

_______________________

Fortunately, Home and Sofia are patient people and they did not take up too much of our being late (it's not our fault that not everything worked like in a Swiss watch…) Together we went on a two-day trip to the north of Salta to the tiny village of Tilcara. We felt there again as if we returned to Bolivia. Almost identical landscapes, very similar architecture, people have the same Indian features... and only there is somehow more tourists. In Bolivia in many places we were peculiar attraction for the locals, while locals here are completely accustomed to the views of "white faces". What more they know how to make a good business on them. At each step souvenir stands are scattered. And the souvenirs there by the way also look strangely familiar. Only the prices are much higher...


Fortunately, it seems that our bad luck has left us (touch the wood!) and we easily got to the next city on our way. In Salta itself we spent two nights in the hostel, which offered free accommodation (yes, I did not make ​​a mistake: we slept in a pretty decent hostel for free! If you are interested here is the link: Hostel Loki. It is a bit far from the city center, but regular buses go there). From there we went to Tucuman. Mainly we wanted to break the long journey to Cordoba but in the end it turned out that Tucuman is also quite a pleasant place, where we had a lovely couple of hosts from Couch Surfing.

The last town before we went to the magical Buenos Aires was Cordoba which is inscribed on the UNESCO with the Jesuit quarter. We slept there at Karolina’s place, girl who have been living in Argentina for the last 3 months. From her and her boyfriend (and later from the Argentinians we met in Buenos Aires) we were listening about the Argentinian economy and surprisingly discussions on this issue completely absorbed me (despite my feeble knowledge of the laws of economics).

_______________________

In Europe, every now and then we hear about the next economic crises in Argentina. At the beginning of the twenty-first century, the country declared bankruptcy. Until today I remember how this fact surprised me then: how the country can go bankrupt? (Few years later the same thing happened to Iceland and I'm still bothered by the problem: how do the lives of ordinary citizens in this country - bankrupts looks like?).

Due to its numerous foreign debts Argentina is thirsty of dollars. These, however, do not come to her (or actually only a small amount them get to the country safe), as shrewd foreign tourists come to the country with a pocket full of dollars, which are then exchanged at a thriving black market rate. And so for those interested: if you want to withdraw money from an ATM here for every dollar you get only about 6.5 pesos, while for the same buck, with you on the street (or even exchanging dollars at the border of Paraguay, as we have done ) you can get up to 11 pesos. I guess that makes a difference, doesn’t it?

And where from all this situation arose? It's simple: the state does not want to let dollars out of the country, therefore, if the Argentinian wants to go on holiday abroad he/she must submit an application, which will be dealt with one day (!) Before the scheduled departure and then maybe (but just maybe!) government graciously grant him or her right to buy dollars at a dizzying amount of $ 20 for each day of holiday per the person. Great. Therefore, it is much easier to buy dollars at more expensive rate from guys on the streets.

Of course there is always a possibility to withdraw money from an ATM abroad (no one can stop ones from doing that). However for this situation the Argentine government has prepared accordingly. It is known to be more profitable to pay 6 dollars for pesos than to buy them on the black market for twice the amount. What in this case the Government has done? They imposed a 30 % tax on all foreign payments and cash withdrawals.

In that case the government decided to somehow pull dollars from tourists and introduced a law (which, however, does not really work too), that foreigners have to pay in dollars for services in travel agencies. In fact, only once we were asked to do so (when we said firmly that we don’t have any dollars with us, lady politely told that we can always pay by card, but luckily we were able to sort it out and just pay in pesos) and even then we heard from our friends that the lady would probably have taken dollars for herself.

According to our friends it is not that the government has no money. They do. Just everything is stolen by corrupt politicians. One politician even explicitly said that that the situation in the country would have improved enough if politicians stopped stealing for two years. A former vice president resigned from his office because he could not fight corruption and did not want to have anything to do with the current crisis. I asked our friends even if Argentina ever had some honest politicians. I heard then that so... in the 20s of the twentieth century!

Another interesting problem is inflation, which according to the government does not exist. In fact, prices in stores are growing at an alarming rate of 30% per year; salaries also increase but somehow a lot slower. To maintain the appearance of a lack of inflation, last year the government froze the prices of certain products. However, there is real concern that with the change to the new government politicians will say that of course that these prices are impossible to sustain longer and then everything definitely goes up.

With inflation persisting almost constantly at such a high level every few years there is peso denomination. Of course, I don’t have to say that in such a situation savings in the bank does not have too much sense considering how quickly the money loses its value. Once passionately Argentines kept the money in the dollars accounts. They were, however, gotten screwed by the government, when they told people that they could no longer hold such accounts and offered them redemption of their dollars at a significantly reduced price. Perhaps this is why the Argentines now live in the moment and not worry about the future too much. There is just no point as you never know what the future brings.

_______________________


This is an Argentine bad luck. It touched us only at the beginning and we hope it will not return but the locals have to live with it on a daily basis: the corrupt politicians, galloping inflation, constant risk of losing their savings... But maybe bad luck in all of this is not that unlucky? Because in the end what is more important in life: to be or to have? A bad economic situation definitely helps the local residents to focus on the first one.

1 komentarz: