piątek, 31 stycznia 2014

Argentynski pech / Argentinian bad luck

Scroll down for the English version

Jesteśmy w autobusie z Asuncion do Resistencia. Teoretycznie podróż powinna nam zająć jakieś 6 godzin. Teoretycznie. W praktyce utknęliśmy na granicy. Przed nami stoi już 25 autobusów czekających na odprawę... A kolejka posuwa się jak krew z nosa... Cóż mamy robić... W autobusie niby kierowca puścił jakiś film, ale jak na złość telewizor przed nami nie działa. Słyszymy jedynie odgłosy dobiegające z na maxa włączonych głośników. A tak się cieszyłam, że będę miała widoki siedząc z przodu na górze autobusu! Cóż mi teraz po nich.... Wygląda na to, że większość drogi pokonamy po ciemku... Przynajmniej nie musimy się martwić co zrobić z noclegiem w Resistencia. Rozważaliśmy opcje spania na dworcu, ale jak widać sytuacja się rozwiązała. Mamy w miarę wygodne spanie w autobusie...

Nuda w autobusie
Po jakiś 9 godzinach oczekiwania  w końcu przyszła pora na naszą odprawę. Jest już grubo po północy. Wszyscy wychodzą z autobusu i potulnie udają się do okienka po pieczątki wyjazdowe z Paragwaju. Pani celniczce się jednak nie spieszy. W końcu skoro czekaliśmy 9 godzin, to możemy poczekać jeszcze trochę. Ona musi sobie poukładać papiery na biurku, napić się kawy... W końcu bierze do ręki nasze paszporty i sprawdza: cyferka po cyferce czy aby na pewno wszystko się zgadza z listą, którą dostała od kierowcy. Oj... Na liście widnieje jedynie Justyna Kloc, a w paszporcie jak wół Justyna Maria. Trzeba poprawić. Wolniutko, niemal kaligrafując. No, już jest dobrze. Ale jeszcze pieczątki trzeba sprawdzić. Czy aby na pewno wszystko jest z porządku. I znowu problem, bo nie widać ostatniej pieczątki wyjazdowej z Argentyny (do której wjeżdżamy już po raz trzeci i jeszcze nie ostatni podczas tego wyjazdu). Pani powoli przeszukuje kolejne strony mojego paszportu. No znalazła się. Mogę iść dalej... Nic dziwnego, że zabiera to aż tyle czasu. Po stronie argentyńskiej idzie dużo sprawniej.

„Dobrywieczór. Państwo z Polski? Witamy w Argentynie. Życzymy miłego pobytu”

Bach, bach i mamy pieczątki na 90 dni. Ufff... Możemy iść spać...

_______________________

W Resisdencia spędziliśmy cały dzień czekając na autobus mający nas zawieźć do Salty. Jest ona podobno zwana Miastem Rzeźb. Tych jednak zbyt wielu tutaj się nie naoglądaliśmy. Owszem jest ich trochę na głównym placu, ale niewiele poza nim.

Nasz autobus się spóźnia. Pół godziny, godzinę, dwie... Grrr... Chyba po raz pierwszy w czasie tego wyjazdu mamy gdzieś być na konkretną godzinę (jesteśmy umówieni w Salcie na 12:00 z dwójką Szwajcarów, z którymi pożyczyliśmy na współkę samochód), a teraz wygląda na to, że będziemy grubo spóźnieni. Na domiar złego nie za bardzo mamy im jak dać znać. No nic... Może w czasie 12 godzinnej trasy uda się nieco tego spóźnienia nadrobić i nie będzie tak źle...

W końcu podjeżdża nasz autobus. Mega wygodny! Do tego oferują posiłki. Super! Niemal udaje mi się zapomnieć o tym niefortunnym spóźnieniu. Ruszamy w drogę. Powoli przenoszę się do krainy marzeń sennych.. Nie ujechaliśmy jednak daleko, kiedy nagle:

„BUM!!!”

Mój sen został brutalnie przerwany przez donośny brzdęk tłuczonego szkła. Jeszcze na wpół zaspana próbuję się zorientować co się stało.

Okazuje się, że jacyś imprezowicze stwierdzili, że rzucanie butelką od szampana w autobus to całkiem fajna zabawa. Całe okno poszło w drobny mak obsypując drobnymi kawałkami szkła siedzącą przy nim turystkę. Na szczęście nic się jej nie stało, a ona nie należała do typu kobiet panikujących.

Podjeżdżamy do stacji serwisowej wstawić dyktę w miejsce szyby. Z przyjazdem na czas możemy się jednak pożegnać...

 _______________________

Na szczęście Dom i Sofia należą do ludzi cierpliwych i nie przejęli się za bardzo naszym spóźnieniem (to nie z naszej winy nie wszystko poszło jak w szwajcarskim zegarku...) Razem wybraliśmy się na dwudniową wycieczkę na północ od Salty do malutkiej miejscowości Tilcara. Czuliśmy się tam jakbyśmy na nowo wrócili do Boliwii. Niemal identyczne krajobrazy, bardzo podobna architektura, ludzie mają te same indiańskie rysy... i tylko turystów tak jakoś tu więcej. W Boliwii w wielu miejscach jako gringosi byliśmy swoistą atrakcją dla miejscowych, tutaj natomiast lokalsi są całkowicie przyzwyczajeni do widoki „białych twarzy”. Co więcej robią na nich niezły biznes. Na każdym kroku porozstawiane są stoiska z pamiątkami, które swoją drogą również wyglądają dziwnie znajomo. Tylko ceny takie jakieś wyższe...


Na szczęście wygląda na to, że nasz pech nas już opuścił (odpukać w niemalowane!) i bez problemów dojechaliśmy do kolejnych miast na naszej drodze. W samej Salcie spędziliśmy dwie noce w hostelu, który za darmo oferował noclegi (tak, tak nie pomyliłam się: spaliśmy w całkiem przyzwoitym hostelu zupełnie za darmo! Jakbyście byli zainteresowani to tutaj jest link: Hostel Loki. Trzeba wprawdzie kawałek dojechać z centrum miasta, ale jeżdżą tam regularnie autobusy). Stamtąd wybraliśmy się do Tucuman. Głównie chodziło nam o rozbicie długiej trasy do Cordoby, ale w końcu okazało się, że Tucuman również jest całkiem przyjemnym miejscem, gdzie na dodatek mieliśmy przesympatyczną parę gospodarzy z Couch Surfingu.

Ostatnim miastem przed wyjazdem do magicznego Buenos Aires była Cordoba z wpisanym na UNESCO kwartałem jezuickim. Spaliśmy tam u Karoliny, Polki mieszkającej w Argentynie od 3 miesięcy. Od niej i jej chłopaka (a także później od Argentyńczyków spotkanych na naszej drodze w Buenos Aires) nasłuchaliśmy się na temat argentyńskiej ekonomii i o dziwo dyskusje na ten temat  mnie całkowicie pochłonęły (pomimo mojej marnej znajomości praw ekonomii).

_______________________

W Europie co chwila docierają do nas informacje o kolejnych kryzysach ekonomicznych w Argentynie. Na początku XXI wieku państwo ogłosiło bankructwo, co do dziś pamiętam jak mnie wówczas zdziwiło: jak to państwo może zbankrutować? (parę lat później to samo spotkało Islandię, a mnie nadal ten problem nurtuje: jak wygląda życie zwykłych obywateli w takim państwie – bankrucie).

W związku ze swoimi licznymi długami zagranicznymi Argentyna spragniona jest dolarów. Te jednak do niej nie docierają (albo docierają w dużo mniejszej ilości niż powinny), gdyż sprytni zagraniczni turyści przyjeżdżają do kraju z kieszeniami wypchanymi zielonymi, które potem wymieniają na kwitnącym czarnym rynku walutowym. I tak dla zainteresowanych: jeśli chcemy wypłacić tutaj pieniądze z bankomatu, to za każdego dolara dostaniemy zaledwie około 6.5 peso, podczas gdy za tego samego dolca, u pana na ulicy (albo nawet wymieniając dolary w przygranicznym Paragwaju, jak my uczyniliśmy) dostaniemy nawet do 11 peso. No to chyba jest różnica, nie?

A skąd się w ogóle taka sytuacja zrodziła? To proste: państwo nie chce dolarów z kraju wypuszczać, w związku z czym jeśli taki Argentyńczyk chce pojechać na zagraniczne wakacje musi złożyć odpowiedni wniosek, który zostanie rozpatrzony 1 dzień (!!!) przed planowanym wyjazdem i wtedy może (ale tylko może!) państwo przyzna mu łaskawie prawo kupna dolarów w zawrotnej ilości 20 USD na każdy dzień wyjazdu na osobę. Bajka. Dlatego też dużo łatwiej jest kupić dolary drożej u cinkciarza.

Niby zawsze jest możliwość wypłaty pieniędzy za granicą z bankomatu (przecież tego nikt nam nie może zabronić). Jednak i na tą sytuację rząd argentyński się odpowiednio przygotował. Wiadomo, bardziej się by się opłacało wypłacać dolary za 6 peso niż kupować je na czarnym rynku za dwa razy wyższą kwotę. Co w tym wypadku uczynił rząd? Narzucił 30% podatek na wszystkie płatności zagraniczne oraz wypłaty gotówkowe.

Podobno, aby jednak jakoś wyciągnąć dolary od turystów rząd wprowadził prawo (które chyba jednak za bardzo nie funkcjonuje), że obcokrajowcy mają niby za usługi w biurach podróży płacić twardą walutą. W rzeczywistości jednak tylko raz zostaliśmy o to poproszeni (gdy odparliśmy, że dolców nie mamy, pani uprzejmie powiedziała, że zawsze możemy zapłacić kartą, ale i od tego szczęśliwie udało się nam jakoś wymigać), a i wówczas usłyszeliśmy od naszych znajomych, że dolce zapewne i tak by poszły do prywatnej kieszeni tej pani.

Według naszych znajomych to nie jest zresztą tak, że rząd pieniędzy nie ma. Są. Tylko wszystko jest rozkradane przez skorumpowanych polityków. Jakiś polityk wprost powiedział wręcz, że żeby sytuacja w kraju się poprawiła wystarczy, aby politycy przestali kraść na 2 lata, a jeden z byłych wiceprezydentów zrezygnował z urzędu, gdyż nie mógł zwalczyć korupcji, a nie chciał przykładać ręki do obecnego kryzysu. Zapytałam się nawet naszych znajomych czy w Argentynie kiedykolwiek byli jacyś uczciwi politycy. Usłyszałam wówczas, że tak... w latach 20. XX wieku!


Kolejnym ciekawym problemem jest inflacja, która według rządu nie istnieje. W rzeczywistości jednak ceny w sklepach rosną w zatrważającym tempie 30% na rok, pensje niby również wzrastają, ale jakoś dużo wolniej. Aby utrzymać pozory braku inflacji, w zeszłym roku rząd zamroził ceny określonych produktów. Istnieje jednak realna obawa, że gdy zmieni się rząd nowi politycy powiedzą, że oczywiście te ceny są niemożliwe dłużej do utrzymania i wówczas wszystko zdecydowanie podrożeje.

W związku z inflacją utrzymującą się niemal bezustannie na tak wysokim poziomie w Argentynie co parę lat następuje denominacja peso. A to utną zera cztery, jak to kiedyś było w Polsce, a to trzy. Zależy jak im się będzie chciało. Oczywiście nie muszę chyba wspominać, że w takiej sytuacji oszczędności w banku nie mają zbyt wiele sensu biorąc pod uwagę, jak szybko pieniądz traci na wartości. Kiedyś Argentyńczycy namiętnie trzymali pieniądze na kontach dolarowych. Zostali jednak przez rząd wykiwani, kiedy ten powiedział im, że nie mogą takich kont dłużej posiadać i zaproponował im odkupienie od nich dolarów po zdecydowanie zaniżonej cenie. Być może dlatego obecnie Argentyńczycy żyją chwilą i nie martwią się na zapas.

_______________________

Taki to jest argentyński pech. Nas dotknął tylko na początku i mamy nadzieje już do nas nie powróci, jednak tutejsi mieszkańcy muszą z nim żyć na codzień: ze skorumpowanymi politykami, galopującą inflacją, stałym ryzykiem utraty swoich oszczędności... Ale może jednak ten pech nie jest aż taki pechowy? Bo w końcu co jest w życiu ważniejsze: być czy mieć? A zła sytuacja ekonomiczna zdecydowanie pomaga tutejszym mieszkańcom skupić się na tym pierwszym.


English:

We are in the bus from Asuncion to Resistencia. Theoretically, the journey should take us about 6 hours. But this is just theory. In practice, we were stuck at the border. Before us there are already 25 buses waiting for the border control... A queue is moving really slowly... What can we do… In the bus some movie is played but the TV in front of us does not work. We hear only the sounds coming from the max volume speakers. And I was so happy that I was sitting in front of the views at the top of the bus! Well now I have nothing of that.... It seems that the most of the way we will make in the darkness... At least we do not have to worry about what to do with accommodation in Resistencia. We considered options for sleeping at the station but as you can see the situation is resolved. We have a reasonably comfortable sleeping in the bus...

After about 9 hours of waiting we finally get to the border control. It is well after midnight. We all come out of the bus and meekly go to the window to get exit stamps from Paraguay. The border officer is not in the hurry. In the end, if we waited for nine hours, we can wait a little longer. She has to organize papers on her desk, make a cup of coffee... In the end, she picks up our passports and checks: number after number to make sure everything is correct with the list she has got from the driver. Oh... On the list there is only Justyba Kloc and the passport clearly state Justyna Maria. That has to be changed. She writes it very slowly. Well, now it's good. But she still needs to check all stamps. That definitely everything is fine. And again there is a problem, because she cannot find the last exit stamp from Argentina (which we enter for the third time and still not the last during this trip). She slowly searches more pages of my passport. Wel, eventually she find out the “missing” stamp. I can move on... No wonder that it takes so much time. On the Argentinian side everything goes much quicker.

"Good evening. Are you from Poland? Welcome to Argentina. We wish you a pleasant stay"

Boom, boom and we have stamps for 90 days. Whew... We can go to sleep...

_______________________

In Resisdencia we spent the whole day waiting for the bus to take us to Salta. Resistencia is apparently called the City of Sculptures. These, however, we cannot see here too many. Yes, there are some in the main square, but not much beyond.

Our bus is late. Half an hour, an hour, two hours... Grrr... I think for the first time during this trip we have to be somewhere at a specific time (we have an appointment in Salta at 12:00 with two Swiss, with whom we rented a car) and now it looks like we will be really late. On top of that we do not really know how to let them know. We decide not to worry too much... Maybe during the 12 -hour route there will be time to catch up and this will not be so bad...

On the end, our bus shows up. Super comfortable! And there are meals on board. Super! I almost manage to forget about this unfortunate delay. We are on the way. I slowly start moving to the land of dreams. But we have not travelled far when suddenly:

"BOOM!"

My dream was rudely interrupted by a loud twang of broken glass. Even a half- sleepy I am trying to figure out what has just happened.

It turns out that some party goers found that throwing a bottle of champagne on the bus it's pretty funny. The whole window went into smithereens showering tiny pieces of glass on the tourist who was sitting beside the window. Fortunately, nothing has happened to her and she is not the type of panicking woman.

We drive up to the service station put plywood in place of glass. But now we can definitely say goodbye to the punctual arrival…

_______________________

Fortunately, Home and Sofia are patient people and they did not take up too much of our being late (it's not our fault that not everything worked like in a Swiss watch…) Together we went on a two-day trip to the north of Salta to the tiny village of Tilcara. We felt there again as if we returned to Bolivia. Almost identical landscapes, very similar architecture, people have the same Indian features... and only there is somehow more tourists. In Bolivia in many places we were peculiar attraction for the locals, while locals here are completely accustomed to the views of "white faces". What more they know how to make a good business on them. At each step souvenir stands are scattered. And the souvenirs there by the way also look strangely familiar. Only the prices are much higher...


Fortunately, it seems that our bad luck has left us (touch the wood!) and we easily got to the next city on our way. In Salta itself we spent two nights in the hostel, which offered free accommodation (yes, I did not make ​​a mistake: we slept in a pretty decent hostel for free! If you are interested here is the link: Hostel Loki. It is a bit far from the city center, but regular buses go there). From there we went to Tucuman. Mainly we wanted to break the long journey to Cordoba but in the end it turned out that Tucuman is also quite a pleasant place, where we had a lovely couple of hosts from Couch Surfing.

The last town before we went to the magical Buenos Aires was Cordoba which is inscribed on the UNESCO with the Jesuit quarter. We slept there at Karolina’s place, girl who have been living in Argentina for the last 3 months. From her and her boyfriend (and later from the Argentinians we met in Buenos Aires) we were listening about the Argentinian economy and surprisingly discussions on this issue completely absorbed me (despite my feeble knowledge of the laws of economics).

_______________________

In Europe, every now and then we hear about the next economic crises in Argentina. At the beginning of the twenty-first century, the country declared bankruptcy. Until today I remember how this fact surprised me then: how the country can go bankrupt? (Few years later the same thing happened to Iceland and I'm still bothered by the problem: how do the lives of ordinary citizens in this country - bankrupts looks like?).

Due to its numerous foreign debts Argentina is thirsty of dollars. These, however, do not come to her (or actually only a small amount them get to the country safe), as shrewd foreign tourists come to the country with a pocket full of dollars, which are then exchanged at a thriving black market rate. And so for those interested: if you want to withdraw money from an ATM here for every dollar you get only about 6.5 pesos, while for the same buck, with you on the street (or even exchanging dollars at the border of Paraguay, as we have done ) you can get up to 11 pesos. I guess that makes a difference, doesn’t it?

And where from all this situation arose? It's simple: the state does not want to let dollars out of the country, therefore, if the Argentinian wants to go on holiday abroad he/she must submit an application, which will be dealt with one day (!) Before the scheduled departure and then maybe (but just maybe!) government graciously grant him or her right to buy dollars at a dizzying amount of $ 20 for each day of holiday per the person. Great. Therefore, it is much easier to buy dollars at more expensive rate from guys on the streets.

Of course there is always a possibility to withdraw money from an ATM abroad (no one can stop ones from doing that). However for this situation the Argentine government has prepared accordingly. It is known to be more profitable to pay 6 dollars for pesos than to buy them on the black market for twice the amount. What in this case the Government has done? They imposed a 30 % tax on all foreign payments and cash withdrawals.

In that case the government decided to somehow pull dollars from tourists and introduced a law (which, however, does not really work too), that foreigners have to pay in dollars for services in travel agencies. In fact, only once we were asked to do so (when we said firmly that we don’t have any dollars with us, lady politely told that we can always pay by card, but luckily we were able to sort it out and just pay in pesos) and even then we heard from our friends that the lady would probably have taken dollars for herself.

According to our friends it is not that the government has no money. They do. Just everything is stolen by corrupt politicians. One politician even explicitly said that that the situation in the country would have improved enough if politicians stopped stealing for two years. A former vice president resigned from his office because he could not fight corruption and did not want to have anything to do with the current crisis. I asked our friends even if Argentina ever had some honest politicians. I heard then that so... in the 20s of the twentieth century!

Another interesting problem is inflation, which according to the government does not exist. In fact, prices in stores are growing at an alarming rate of 30% per year; salaries also increase but somehow a lot slower. To maintain the appearance of a lack of inflation, last year the government froze the prices of certain products. However, there is real concern that with the change to the new government politicians will say that of course that these prices are impossible to sustain longer and then everything definitely goes up.

With inflation persisting almost constantly at such a high level every few years there is peso denomination. Of course, I don’t have to say that in such a situation savings in the bank does not have too much sense considering how quickly the money loses its value. Once passionately Argentines kept the money in the dollars accounts. They were, however, gotten screwed by the government, when they told people that they could no longer hold such accounts and offered them redemption of their dollars at a significantly reduced price. Perhaps this is why the Argentines now live in the moment and not worry about the future too much. There is just no point as you never know what the future brings.

_______________________


This is an Argentine bad luck. It touched us only at the beginning and we hope it will not return but the locals have to live with it on a daily basis: the corrupt politicians, galloping inflation, constant risk of losing their savings... But maybe bad luck in all of this is not that unlucky? Because in the end what is more important in life: to be or to have? A bad economic situation definitely helps the local residents to focus on the first one.

sobota, 25 stycznia 2014

Paragwaj - dziwny kraj... / Paraguay - strange country...

Scroll down for the English version

Wjechaliśmy do Paragwaju. Przez most graniczny przewalały się tłumy ludzi poszukujących okazji i próbujących zaoszczędzić nieco pieniędzy na zakupach w zdecydowanie tańszym kraju. Po przekroczeniu granicy z Brazylią najpierw mijamy liczne sklepy nastawione głównie na handel elektroniką oraz ulicznych sprzedawców wystawiających na sprzedzaż swoje produkty: ubrania, płyty DVD, artykuły AGD. Na pierwszy rzut oka widać, że jest tu dużo taniej niż w położonej za rzeką Brazylii.

Dojeżdżamy do dworca w Ciudad del Este. Na ulicy przycupnęły z pewną nieśmiałością malutkie domki zbudowane z dykty lub blachy falistej. Przed nimi siedzą jakby zawstydzeni Indianie Guarani. Siedzą wraz ze swoimi rodzinami. Liczne dzieci umorusane błotem bawią się razem biegając po ulicy. Bieda az piszczy. Pomimo swojej biedy w oczach tych ludzi nie widać złości. Wyglądają jakby byli pogodzeni ze swoim losem.

O Ciudad del Este przed przyjazdem przeczytaliśmy w przewodniku, że jest jednym z najbrzydszych miast Ameryki Łacińskiej... Chyba coś w tym jest....

--------------------------------------

Encarnacion. W okolicy miasta położone są przepiękne ruiny kościołów jezuickich.  Wybieramy się do nich z samego rana. Dosyć długo musimy czekać na autobus, który zabierze nas do Trinidad. Siedząc na dworcu nie możemy wyjść z podziwu nad tym jak Paragwajczycy przywiązani są do swoich termosów. Noszą je dosłownie WSZYSCY i WSZĘDZIE. Wygląda to niemal jakby mieli te termosy przyrośnięte do swoich rąk. Młodzi i starzy. Rodziny, znajomi, pojedyncze osoby. W każdej grupie przynajmniej jedna osoba ma ze sobą termos. Zazwyczaj znajduje się w nim zimna woda do przygotowania orzeźwiającego terere. Jest to rodzaj herbaty ziołowej przygotowanej z robiącej coraz większą furorę w Europie Yerba Mate. W panujących tu upałach nie tylko przynosi ochłodę, ale także dodaje energii.

Do Trinidad dojeżdżamy około południa. Gdy wysiadamy z autobusu na nasze głowy spadają pierwsze krople ciężkiego deszczu. Biegiem zmierzamy do centrum informacji, gdzie przeczekujemy burzę. Niestety nie przynosi ona oczekiwanego ochłodzenia. Ciągle jest nieznośnie gorąco i duszno.

Wchodzimy na teren ruin. Robią one naprawdę niesamowite wrażenie. Czerwone ściany kościoła pięknie kontrastują z błękitem nieba, bielą chmur oraz zielenią trawy. Na ścianach możemy podziwiać misterne zdobienia wykonane ponad 300 lat temu.

Na terenie ruin poza nami nie ma zbyt wielu turystów i w spokoju możemy zachwycać się fascynującymi zabudowaniami. Dawniej było to całkowicie niezależne miasto. Znajdował się tu kościół, szkoła, różnego rodzaju warsztaty. Niestety wszystko to poszło w zapomnienie kiedy Jezuici zostali wygnani z kolonii hiszpańskich w 1768 roku.

--------------------------------------

Z Trinidad łapiemy mototaxi do położonego 12km dalej Jesus. Jedziemy tam wygodną asfaltową drogą. Nasz kierowca wydaje się znać wszystkich mijanych po drodze ludzi. Z szerokim uśmiechem na twarzy macha do nich, a kiedy nie reagują wesoło trąbi klaksonem. Nie spieszy mu się. Z góry wie ile dostanie za przejazd. Wie również, że nie ma zbyt wielkiego popytu na jego usługi. Pomimo tego wydaje się szczęśliwy. Żyje chwilą.

Kiedy dojeżdżamy do Jesus ponownie widzimy na horyzoncie czarne chmury straszące deszczem. W związku z tym dosyć szybkim tempem obchodzimy ruiny kościóła, który nigdy nie został ukończony... Jezuici przenieśli się tutaj w 1760 roku, zaledwie 8 lat przed ich wygnaniem z kraju i nie zdąrzyli dokończyć budowy. Świątynia miała być repliką kościoła św. Ignacio w Rzymie. Olbrzymie ściany nieco nas przytłaczają. Robimy serię zdjęć i patrząc z niepokojem na coraz ciemniejsze niebo szybko wracamy do mototaxi.

W drodze powrotnej nasz kierowca znowu do wszystkich macha z uśmiechem. Wygląda na naprawdę zadowolonego ze swojej pracy.

--------------------------------------

Asuncion. Sylwester. Przeszliśmy się po mało ciekawym centrum, kupiliśmy alko, przekąski i obowiązkowe winogrona na wieczór i czekamy w pokoju hotelowym na północ oglądając lecących w telewizji „Przyjaciół”. W informacji turystycznej usłyszeliśmy, że nad rzeką ma się odbyć impreza sylwestrowa, która powinna się zacząć około 20:00. Z południowoamerykańską punktualnością nie liczymy na rozkręcenie się zabawy przed 23:00. Wtedy to właśnie zabieramy ze sobą piwo robiące za szampana, winogrona i idziemy zobaczyć jak się bawią Paragwajczycy.


Kiedy zbliżamy się do rzeki powoli do naszych uszu docierają dźwięki granej w oddali muzyki. Czyli jednak jest szansa na dobrą zabawę! Po drodze mijamy pięknie oświetlony Palacio de Gobierno. Pojedyncze osoby robią sobie przy nim zdjęcia. Schodzimy na promenadę, gdzie muzyka rozbrzmiewa coraz głośniej jednak ludzi ciągle za bardzo nie widać... Widzimy scenę, z której DJ zaczyna odliczanie sekund dzielących nas od Nowego Roku, ale wokół nas ciągle tak jakoś pusto... Pojedyncze osoby porozstawiały sobie stoliczki i krzesełka zajmując dogodnie miejsca do oglądania fajerwerków. Z podręcznych lodówek wyjmują schłodzone szampany.

„10...
...9...
...8...
........
...1...
...FELIZ ANO NUEVO!!!!!”
 
Krzyczy rozentuzjazmowany DJ, na niebie ze wszystkich stron pojawiają się kolorowe fajerwerki, a wokół nas strzelają pojedyncze korki szampana.

Zgodnie z hiszpańską tradycją zjadamy po 12 winogron, otwieramy naszego pseudo-szampana i oglądamy pokaz fajerwerków. Szału nie ma...

Po parunastu minutach decydujemy się na powrót do pokoju i dalsze oglądanie „Przyjacół”. Razem z nami w kierunku swoich domów rozchodzi się większość uczestniczących w imprezie osób. Okazuje się to zresztą bardzo dobrą decyzją. Zanim jeszcze docieramy do hotelu na nasze głowy spadają pierwsze krople deszczu, który chwilę później przeradza się w prawdziwą ulewę.

--------------------------------------

6 godzin jazdy nocnym autobusem firmy NASA. Jak widać tylko profesjonaliści jeżdżą w takie miejsca :) Jesteśmy w Filadelfii, będącej stolicą mennonitów w Paragwaju. Znajduje się tutaj ciekawe muzeum poświęcone mennonitom, parę pomników i... niewiele poza tym. Panuje tu niemiłosierny upał, a po drogach hula wiatr unosząc w powietrze wszechobecny pył. Sami nie bardzo wiemy co tu robimy...

Do Filadelfii przyjechaliśmy mając nadzieję zobaczyć tradycyjnych mennonitów (czy też animków, jak ich nazywa Albin), chodzących po ulicach z długimi brodami w dżinsowych ogrodniczkach, czapeczkach bejsbolowych, poganiających swoje konie zaprzężone w małe drewniane wózki. Czekając na autobus tutaj nawet paru takich widzieliśmy na dworcu w Asuncion, co tylko podsyciło nasze nadzieje. Wcześniej widzieliśmy ich już w Boliwii podczas naszej gonitwy przez misje jezuickie, kiedy to jednak nie mieliśmy okazji z nimi porozmawiać, przypatrzeć się im codziennemu życiu...

Włóczymy się nieco po opustoszałych uliczkach. Odwiedzamy tutejsze muzeum i tutaj zaskoczenie: jest ono niesamowicie ciekawe i pomimo, że nie możemy spełnić naszej zachcianki napatrzenia się na mennonitów, dostajemy w nim sporą porcję wiedzy na temat tej społeczności. Dowiadujemy się między innymi, że jak wyznawcy niemal każdej religii tak i mennonici podzielili się na bardziej i mniej konserwatywnych. Ci zamieszkujący Filadelfię zaliczają się akurat do tych bardziej rozwojowych, w związku z czym ubierają się zgodnie z kanonami współczesnej mody i nic ich nie powstrzymuje od używania takich udogodnień współczesnych czasów jak komputer czy samochody. Przybyli oni w te rejony głównie z terenów Rosji oraz Niemiec, ale znalazła się także grupa przybyła z Polski.

Ciekawostką jest również fakt, że posługują się oni głównie językiem niemieckim. I rzeczywiście gdy wychodzimy na ulicę zwracamy uwagę na wszechobecne znaki w języku niemieckim oraz ludzi dookoła nas, którzy ze sobą „szprehają”. Gdy siadamy w kawiarni i po hiszpańsku próbuję zamówić kawę, kelnerka zwraca się do mnie: „Hablas aleman?”. No niestety... Pomimo moich szczerych chęci i 2 lat nauki nigdy ten język do mnie nie przemówił. Filadelfia to bardzo dziwne miejsce, które pomimo, że znajduje się w hiszpańskojęzycznym kraju, to czasem łatwiej się tu porozumieć po niemiecku niż po hiszpańsku...

--------------------------------------

Paragwaj to naprawdę dziwny kraj... Spędziliśmy tutaj 10 dni, ale chyba i to było za dużo. Sporo czasu przyszło nam czekać na dworcach na kolejne autobusy, przeczekiwanie Nowego Roku, odpoczynek w Encarnacion... Na powierzchni niemal 25% większej od powierzchni Polski mieszka zaledwie 7mln ludzi. Ciężko się w związku z tym dziwić, że brakuje tutaj wielkich metropolii... Większość kraju zajmuje Chaco zwane „Zielonym Piekłem” ze względu na swój okropny klimat oraz ciężką do przebycia kolczastą roślinność.

Pomimo braku typowych atrakcji turystycznych (a może właśnie ze względu na ich brak) warto jednak ten kraj odwiedzić. Chociażby po to aby zobaczyć prawdziwe zamiłowanie do terere, dowiedzieć się czegoś o mało nam znanych kulturach oraz odwiedzić rzadko odwiedzane ruiny jezuickie.


English:

We drove to Paraguay. Crowds of people seeking opportunity and trying to save some money while shopping in a much cheaper country surged over the border bridge. After crossing the border with Brazil we first pass numerous shops focus mainly on trade of electronics and street vendors showcasing their products for sale: clothes, DVDs, household goods. At first glance, it is a lot cheaper than in Brazil, located just across the river.

We arrive at the train station in Ciudad del Este. With some shyness tiny cottages built of plywood or corrugated metal huddled on the street. In front of them the Guarani Indians sit as if embarrassed. They sit with all their families. Many children covered in mud play together running down the street. Despite poverty these people do not look angry. They look as if they were resigned to their fate.

Before our arrival to Ciudad del Este we read in the guidebook that it is one of the ugliest cities in Latin America... It is difficult not to believe in that…..

--------------------------------------

Encarnacion. The beautiful ruins of the Jesuit churches are located close to the city. We're going to see them in the morning. We have to wait quite a long time for a bus that will take us to Trinidad. Sitting on the bus terminal we cannot stop marvelling over how Paraguayans are attached to their flasks. They carry them literally EVERYWHERE. It almost looks like they had the thermos grown into their hands. Young and old. families, friends and individuals. In each group at least one person has a thermos with him. Usually they have inside the cold water to prepare a refreshing terere. It is a kind of herbal tea prepared from becoming more and more popular in Europe Yerba Mate. In the hot weather it is not only refreshing but also adds energy.

To Trinidad we arrive around noon. When we get off the bus, first heavy drops of rain fall at our heads. We run to the information center where we wait for the storm to pass. Unfortunately, it does not bring the expected cool. It is still unbearably hot and stuffy.

We are entering the ruins. They are really impressive. Red church walls contrast beautifully with the blue sky, white clouds and green grass. On the walls we admire the intricate decoration made ​​over 300 years ago.

In the ruins there are not too many tourists and in peace we can admire the fascinating buildings. Historically, it was a completely independent city. There was a church, school, various workshops. Unfortunately, it all went into oblivion when the Jesuits were expelled from the Spanish colonies in 1768.

--------------------------------------

From Trinidad we catch a mototaxi to located 12km further Jesus. We go there by the comfortable asphalted road. Our driver seems to know all the people we pass on the way. With a broad smile on his face he is waving to them and when they do not react happily honking the horn. He is not in rush. He knows how much he will be paid. He also knows that there is too much demand for his services. Despite this he seems to be happy. He lives in the moment.

When we get to Jesus, again we see dark clouds on the horizon. Therefore, in quite a fast pace we celebrate the ruins of the church, which was never completed... The Jesuits moved here in 1760, just eight years before their banishment from the country and they did not finish the construction. Temple was supposed to be a replica of the church St Ignacio in Rome. Huge walls slightly overwhelm us. We do a series of photos and looking anxiously at the getting darker and darker sky we return quickly to mototaxi.

On the way back our driver again wave to everyone with a smile. He looks really pleased with his job.

--------------------------------------

Asuncion. New Year's Eve. We walked around the not very interesting city, bought alcohol, snacks and mandatory grapes for the evening and we are waiting in a hotel room watching "Friends". At the tourist information we heard that on the riverfront there is to be held New Year's Eve party which should start around 20:00. With South American punctuality we do not count on a fun spin before 23:00. That is when we take our beer doing for the champagne, grapes and go to see how Paraguayans have fun.

When we are approaching the river sounds of music played in the distance slowly reaches our ears. So there is a chance for a good fun! On the way we pass beautifully illuminated Palacio de Gobierno. Some people are doing photos there. We go down to the promenade where the music sounds louder but we still don’t see too many people... We see the scene with the DJ who starts the countdown of seconds separating us from the New Year but around us it is still somehow empty... Individuals put their tables and chairs conveniently taking place to watch the fireworks. They take the chilled champagnes from the handheld refrigerators.

"10...
...9...
...8…
........
…1…
FELIZ ANO NUEVO!!!"

DJ enthusiastically shouts while on the sky from all sides appear colourful fireworks and single champagne corks shoot around us.

According to the Spanish tradition we eat 12 grapes, we open our pseudo - champagne and watch the fireworks. It is not that great...

After few minutes we decide to go back to the room and continue watching "Friends". Most of the people participating in the event also start heading in the direction of their homes. Indeed, this turns out to be a very good decision. Before we even get to the hotel first drops of rain fall on our heads, which a moment later turns into a real downpour.

--------------------------------------

6 hours ride in the night bus of company called NASA. As you can see only the professionals ride in such places :) We are in Filadelfia the capital of Mennonites in Paraguay. There is an interesting museum dedicated to the Mennonites, a pair of statues and... little else. There's a merciless heat and wind blows on the roads lifting the omnipresent dust in the air. We are not really sure what we're doing here…

We arrived to Filadelfia hoping to see the traditional Mennonites (or Animki as Albin calls them), while they walk on the streets with long beards in denims, baseball caps, driving on their horses harnessed in small wooden carts. Waiting for the bus to come here we have even seen a couple of them at the station in Asuncion what only fuelled our hopes. Earlier we saw them already in Bolivia during our race through the Jesuit missions, when we did not get a chance to talk to them, look through their everyday life...

We wonder around the deserted little streets. We visit the local museum and we are really surprised there: it is incredibly interesting and although we cannot satisfy our eyes seeing the Mennonites we get a large portion of knowledge about the community. We learn, among other things, that as followers of almost every religion so and Mennonites are split into more and less conservative fractions. Those living in Filadelfia are those more modern, so they dress in accordance with the canons of contemporary fashion and nothing stop them from the use of such facilities of modern times as a computer or cars. They came to the area mostly from Russia and Germany, but there was also a group which came from Poland.

Interesting is also the fact that they speak mostly German. And indeed, when we go out on the streets the ubiquitous signs in German draw attention as well as the people around us who speak in German around us. When we sit in the cafe and I try to order a coffee in Spanish, the waitress says to me: "Hablas aleman?”. Well, unfortunately not... Despite my sincere desire and two years of German classes the language has never spoken to me. Filadelfia is a very strange place, where although it is located in a Spanish speaking country, sometimes it is easier to communicate here in German than in Spanish...

--------------------------------------

Paraguay is a really strange country... We spent 10 days here but I think that even that it was too much. A lot of time we had to wait for the buses at the stations, we waited out the New Year, we had rest in Encarnacion... On the surface of almost 25% larger than the area of ​​Poland (almost twice bigger than the UK) lives just 7 million people. Therefore it’s hard not to be surprised that there are not great metropolises... Most of the country is the Chaco -called "Green Hell" because of its terrible climate and thorny vegetation.

Despite the lack of typical tourist attractions (or perhaps precisely because of the lack of them) it is still worth to visit this country. If only to see the real passion for terere, learn about little -known cultures and we visit rarely visited ruins of the Jesuit.


czwartek, 16 stycznia 2014

Wodospady Iguazu - brak slow... / Iguazu Falls - lack of words...

Scroll down for the English version

Jak tu opisywać coś czego opisać się nie da? Jak przedstawić cud natury, którego nie są w stanie w pełni oddać ani żadne zdjęcia, ani żaden opis? Gdy stanęłam na krawędzi wodospadu a niemal pod moimi nogami przelewały się hektolitry wody oniemiałam z zachwytu. Stałam gapiąc się w znajdujący się przede mną wodospad nie chcąc/nie mogąc się w ogóle ruszyć z miejsca. Nie przeszkadzały mi otaczające mnie tłumy turystów. NIe przeszkadzała unosząca się w powietrzu mgiełka (ta nawet była bardzo przyjemną ochłodą podczas upalnego dnia). Garganta del Diablo bez reszty mnie pochłonęła. Nawet Albin, który co chwila mi mówił:

„Musimy już iść, mamy jeszcze wrócić do Foz de Iguacu, a nie wiadomo kiedy będziemy mieli autobus...”

Nie był dla mnie zbyt dużą przeszkodą. Z niemym zachwytem na twarzy odpowiadałam mu tylko:

„Daj mi jeszcze chwilkę... Jeszcze się nie napatrzyłam...”

Tak minęło mi pół godziny... Nawet nie wiem kiedy zleciało...



Wiele osób się nas pyta, którą stronę wodospadu moglibyśmy polecić, która się nam bardziej podobała, ale tak naprawdę jest to bardzo trudne pytanie. Strona argentyńska jest zdecydowanie większa. Ogląda się tam nie tylko Wodospady Iguazu, ale także pomniejsze kaskady znajdujące się na terenie parku. Miejscem, które mnie jednak totalnie urzekło był pomost, którym podchodzi się praktycznie nad samą krawędź wodospadu. To tam stałam oniemiała, a Albin musiał mnie niemal siłą odciągać.




Jeżeli chodzi natomiast o stronę brazylijską, to jest ona wprawdzie zdecydowanie mniejsza, ale za to pełna atrakcji: rowery, kajaki, rafting. Po obu stronach można się wybrać na wycieczkę łódką, która zabierze nas pod sam wodospad. I ta zdecydowanie jest lepsza w Brazylii: łódki są mniejsze i dzięki temu wpływają nieco bliżej. My mieliśmy to szczęście, że koleżanka naszej gospodyni z couch surfingu pracowała w parku w Brazylii i załatwiła nam nie tylko darmowe wejście do parku, ale także wszystkie oferowane tam atrakcje. Dzięki temu dzień mieliśmy naprawdę intensywny i pomimo, że przyjechaliśmy tam jeszcze przed otwarciem parku, to opuszczaliśmy go dopiero tuż przed zamknięciem. Był to chyba najlepszy dzień w czasie całego naszego wyjazdu: pełen różnego rodzaju aktywności, emocji i oczywiście marzenie spełnione w 120% :)






English:

How can I describe something that cannot be described? How to present a miracle of nature, which beauty cannot be capture on any photos nor by any description? When I stood on the edge of the waterfall and almost under my feet gallons of water surged I was speechless with delight. I stood staring at the waterfall located in front of me not wanting and not being able to even move. I was not bother by the crowd of tourists around me. Also floating in the air mist didn’t disturb me (this was actually a very pleasant during the hot day). Garganta del Diablo completely engulfed me. Even Albin who said every now and then:

"We have to go, we have to go back to Foz de Iguacu and we do not know when we will have a bus..."

was not able to move me from there. With silent delight on my face I only kept answering him:

"Give me a minute... We have not seen enough…"

So passed me half an hour... I even do not know when...



Many people ask us which side of the waterfall we recommend, which we liked more but it fact this is a very difficult question. Argentinian side is definitely bigger. You can see there not only Iguazu Falls but also some smaller cascades located within the park. The place that totally captivated me however was a bridge, which comes practically on the very edge of the waterfall. I stood there speechless and Albin had to pull me almost by force.




As regards the Brazilian side, it is indeed much smaller but it is full of attractions: bicycles, kayaks, white water rafting. On both sides you can go on a boat trip that will take you under the waterfall itself. And this definitely is better in Brazil: the boats are smaller and thus go a little closer to the waterfall. We are very fortunate that a friend of our host from couch surfing works at the park in Brazil and arranged for us not only a free entrance to the park, but also all the attractions offered there. Thanks to this we had a really intense day and although we arrived even before the opening of the park we left it just before closing. This was probably the best day during our entire trip: full of all kinds of activity, excitement and of course a dream fulfilled at 120 % :)





poniedziałek, 13 stycznia 2014

Piekno Florianopolis / Florianopolis beauty

Scroll down for the English version
 Z Kutytyby pojechaliśmy do położonego na wyspie Santua Catarina miasteczka Florianopolis. Słynie ono ze znajdujących się w okolicy przepięknych plaż, a my postanowiliśmy zobaczyć ich jak największą część i wybraliśmy się na całodniową wycieczkę wzdłuż najdłuższej i najdzikszej z nich. Po drodze nie brakowało emocji, gdy omal nie stanęłam na olbrzymią tarantullę, która nagle pojawiła się na środku ścieżki tuż pod moją stopą. Przez cały czas rozpierwała mnie niesamowita energia: biegałam, robiłam (albo raczej próbowałam robić) gwiazdę, witałam słońce, a na ochłodę po wysiłku pływałam w ciepłym oceanie. Ciężko jednak jest mi opisywać urodę tamtejszych plaż, więc zamiast zanudzać was tekstem tym razem zapraszam do oglądania zdjęć.











English:

From Curitiba we went to located on the Santa Catarina island Floranopolis. It is famous from the beautiful beaches surrounding the city and we decided to see as many of them as possible and went for a all-day-long walk along the longest and the wildest of all of them. We had some emotions there when I almost stepped on the tarantula which appeared in the middle of the patch just under my foot. All the time I was so full of energy: I was running, trying to make a star, welcomed sun and after all exercises I swam in the warm ocean. It is difficult to describe beauty of  these beaches, so this time I show you some picture instead of bore you with stories :)









sobota, 11 stycznia 2014

Polski duch w Kurytybie / Polish spirit in Curitiba

Scroll down for the English version

W Kurytybie mieszka około 400 tysięcy osób pochodzenia polskiego. Dlatego główną atrakcją miasta była dla nas wizyta w muzeum-skansenie poświęconym polskiej kulturze. Do muzeum wybieramy się po odwiedzeniu fascynującego Muzeum Oscara Niemeyera, które sąsiaduje ze skansenem. Ma ono niesamowicie oryginalny kształ oka i włócząc się po okolicy mieliśmy wrażenie, że ciągle jesteśmy pod czyjąś czujną obserwacją. Wielki Brat Patrzy :)

Z przyjemnością zanurzamy się w Bosque Joao Paulo II (Las Jana Pawła II, będący w rzczywistości parkiem miejskim). Otacza nas przyjemny chłód. Wąską ścieżką zmierzamy przed siebie, kiedy nagle naszym oczom ukazuje się typowa polska drewniana chałupa. Najpierw jedna, potem kolejna i w końcu widzimy całą zrekonstruowaną XIX-wieczną wioskę. Na uboczu stoi pomnik Mikołaja Kopernika, a w domkach możemy oglądać wystawę szopek wigilijnych, wystylizowaną polską izbę oraz śliczną malutką kapliczkę poświęconą w całości Matce Boskiej Częstochowskiej. W kapliczce dowiadujemy się, że dyrektorka muzeum urodziła się w Polsce i doskonale mówi po polsku, a znaleźć ją możemy w sklepiku z pamiątkami.

Wchodzimy do sklepiku, gdzie zaczynyamy przeglądać pocztówki. Za ladą siedzi sympatycznie wyglądająca starsza pani.

„Dzień dobry”

Zwraca się do nas słysząc, że mówimy po polsku. Tak zaczyna się jedna z najbardziej fascynujących rozmów jakie udało się nam przeprowadzić w czasie tego wyjazdu, podczas której wędrujemy w czasie i przestrzeni razem z polską imigracją mieszkającą obecnie w Brazylii.

Pierwsi Polacy przybyli do Kurytyby pod koniec XIX wieku, kiedy to w Polsce wybuchło powstanie styczniowe. Znali się oni bardzo dobrze na roli, zaczęli kupować ziemie w okolicy Kurytyby i wielu z nich dorobiło się sporych majątków.

Sama pani Danuta urodziła się na Wileńszczyźnie. Gdy w Europie wybuchła II Wojna Światowa jej rodzina została zesłana do łagru. Dzięki wcześniejszej pozycji jej ojca udało się im jednak uniknąć egzekucji i w końcu wyemigrować przez Wielką Brytanię do Brazylii.

Kiedy w roku 1980 do Kurytyby przyleciał z pielgrzymką Jan Paweł II to ona między innymi zajmowała się organizacją jego przyjazdu, a później wystarała się o organizację Muzeum Imigracji Polskiej, na terenie którego się obecnie znajdujemy.

W czasach dyktatury Getuli Vargasa (1930 – 1945) Polacy mieszkający w Brazylii nie mieli łatwego życia. W roku 1938 Vargas rozpoczął proces nacjonalizacji kraju. Imigranci byli prześladowani za swoje pochodzenie, szkoły, w których językiem oficjalnym nie był portugalski były zamykane, a imigranci nie mogli się posługiwać swoimi językami. W tym czasie nastąpiła największa asymilacja Polonusów ze społecznością brazylijską. Niestety w wielu przypadkach język polski poszedł w zapomnienie.

Obecnie jednak mieszkańcy Kurytyby zaczynają na nowo poszukiwać swoich korzeni, organizowane są kursy języka polskiego, silne są stowarzyszenia Polaków, regularnie odbywają się msze po polsku. Bardzo pomaga w tym wszystkim lubiany przez wszystkich konsul polski: Marek Makowski, który jest bardzo zaangażowany w działalność polonijną.

Podczas rozmowy pani Danuta skacze z tematu na temat, przenosi nas z jednej epoki do kolejnej niekoniecznie w porządku chronologicznym. Jej opowieść jest wspaniałą gawędą, w której się całkowicie zatapiamy. Z zamyślenia budzi nas pytanie:

„A nie chcecie napoleonki? Macie, częstujcie się!”

Zanim zdążymy odpowiedzieć w naszych rękach lądują dwa talerzyki z przepysznym ciastem.

„W czym ja wam jeszcze mogę pomóc. Chyba wszystko wam już opowiedziałam. Kiedy wyjeżdżacie? Jutro? Och, wróćcie koniecznie rano, to dam wam jeszcze jakieś informacje na temat stanu Parana i Kurytyby oraz może jakieś magazyny do poczytania.”

Zgodnie z obietnicą wracamy następnego dnia rano. Na panią Danutę musimy jednak chwilę poczekać. Organizuje ona szybkie spotkanie z pracownikami muzeum i już po paru minutach po raz kolejny pogrążamy się w rozmowie. W międzyczasie w nasze ręce trafia stos folderów, ulotek, magazynów. Dowiadujemy się, że rękodzieło znajdujące się w sklepiku w 50% pochodzi z Polski, natomiast pozostałe 50% wyrabiane jest na miejscu w Brazylii.

„A zdjęcia w kaplicy sobie porobiliście? Ach, zakaz robienia zdjęć... Ale poczekajcie zaraz powiem strażnikowi, że macie moje pozwolenie. Idźćie, róbcie zdjęcia, czujcie się jak u siebie w domu.”

Gdy nadchodzi czas pożegnania zbieramy od pani Danuty podpis na naszą flagę, robimy pamiątkowe zdjęcie. Do sklepiku wchodzi matka z córką. Córka miała w szkole prezentację Polski: dzieci poubierały się w Polskie stroje ludowe, próbowały pierogów, a teraz przyprowadzają rodziców do muzeum. Ze zdumieniem na twarzy słuchają o naszej podróży i pytają się o Polskę. Niestety nie mamy zbyt wiele czasu. Musimy się spieszyć na autobus do Florianopolis.

„Koniecznie pozdrówcie ode mnie swoje rodziny!”

Mówi nam na pożegnanie pani Danuta. Spotkanie z nią na pewno zostanie nam na długo w pamięci.


English:


About 400 000 people with Polish origin live in Curitiba. Therefore, the main attraction of the city for us was a visit to the museum devoted to Polish culture. We’re going there after visiting the fascinating Oscar Niemeyer’s Museum, which is adjacent to the Polish open-air museum. It has an incredibly original shape of the eye and wandering around we had the impression that we are still under someone's watchful observation. Big Brother looks :)

We are pleased to immerse ourselves in Bosque Joao Paulo II (John Paul II Forest) which is actually the city park. We are surrounded by a pleasant coolness. We are walking in the narrow path when suddenly we see a typical Polish wooden shack. First one, then another, and finally we see the entire reconstructed nineteenth -century village. On the side we can see the statue of Nicolaus Copernicus and in the houses we can see an exhibition of nativity scenes, stylized Polish Chamber and pretty tiny chapel dedicated entirely to Our Lady of Czestochowa. In the chapel we learn that the museum director was born in Poland and she speaks Polish well and we can find her in the gift shop.

We go to there and first we watch postcards. Behind the counter sits nice looking elderly lady.

"Good morning"

She says to us when she hears that we speak Polish. So begins one of the most fascinating conversations that we have carried out during this trip, during which we wander through time and space together with Polish immigration now living in Brazil.


The first Poles arrived in Curitiba at the end of the nineteenth century after the uprisings which took place in Poland. They were specialist in agriculture and quickly began to buy land in the area of Curitiba. Nowadays many of them their descendants have the considerable estates.

Mrs Danuta was born in Vilnius. When World World II broke out in Europe her family was sent to a labor camp. Thanks to the previous position of her father, however, they managed to avoid execution and finally emigrated by Britain to Brazil.

When in 1980 John Paul II flew to Curitiba she was one of the people who dealt with the organization of its arrival. She also managed to get the organization of the Polish Immigration Museum, where we are now.

In Getuli Vargas dictatorship (1930 - 1945) Poles living in Brazil didn’t have an easy life. In 1938, Vargas began the process of nationalization of the country. The immigrants were persecuted for their origin, schools where the official language was not Portuguese were closed and the immigrants could not use their mother tongues. At that time, there was the biggest assimilation of Poles with Brazilian community. Unfortunately, in many cases, the Polish language was then forgotten.


Today, however, the people of Curitiba begin anew to seek their roots Polish language courses are organized, there are strong Poles associations and Masses in Polish are regularly held. Well-liked by all the Polish consul Marek Makowski is a big help and he is very involved with the Polish community.

During the conversation Mrs Danuta jumps from one topic to the other, takes us from one era to the next with not necessarily chronological order. Her story is a wonderful tale, in which we completely sunk. We came back to the reality when we are asked the question:

"And you do not want cake? Help yourselves!"

Before we answer two plates of delicious cake landed in our hands.

"What else I can tell you. I think I already told you everything. When are you leaving? Tomorrow? Oh, you have to come back in the morning, I will give you some further information about the state of Paraná and Curitiba and maybe some magazines to read. "


As promised, we're back the next morning. We have to wait a while Mrs Danuta. She organizes a quick meeting with the staff of the museum and after a few minutes, once again we start the conversation. In the meantime we get a stack of folders, flyers and magazines. We learn that 50% of the craft which we can find in the shop comes from the Polish, while the remaining 50% is manufactured on site in Brazil.

"Did you take a photo in the chapel? Ah, the ban on taking pictures... But wait I will just tell the guard that you have my permission. Go, do photos, make yourself at home here."

When the time to say goodbye comes we collect from Mrs Danuta signature on our flag and we take a commemorative photo. A mother with her daughter enters the shop. Her daughter had in a school presentation about Poland: Kids were dressed in Polish folk costumes, tried dumplings and now they bring their parents to the museum. With astonishment on their faces they listen about our trip and ask about Poland. Unfortunately, we do not have much time. We need to rush for the bus to Florianopolis.

"Be sure to give my love for your families!"


Mrs Danuta says goodbye to us. Meeting her for sure we will be for us a long-lasting memory.