poniedziałek, 24 listopada 2014

Historia naszej emigracji

Dzisiaj nieco odbiegniemy od tematyki południowoamerykańskiej. Napiszemy Wam jak się to wszystko u nas właściwie zaczęło? Czyli „Nasza historia” pisana dla „Klubu Polek na Obczyźnie”.

Był rok 2006. Albin skończył właśnie swoje mocno wydłużone studia i nadszedł czas, aby odpowiedzieć sobie na pytanie, co my właściwie chcemy w życiu robić. Znaliśmy się już wówczas od dwóch lat i pomimo wzlotów i upadków wiedzieliśmy, że nie wyobrażamy sobie życia bez siebie. Był jednak taki mały problem: Albin chciał zamieszkać w USA, gdzie od lat mieszkają jego rodzice, natomiast ja zdecydowanie nie miałam w planach wyjazdu z Polski. Trzeba było jednak się na coś zdecydować i na drodze kompromisu zdecydowaliśmy się na leżącą „pośrodku” Wielką Brytanię. Przez chwilę zastanawialiśmy się również nad zieloną Irlandią, ale z różnych powodów pomysł ten dosyć szybko poszedł w zapomnienie.

Nadszedł styczeń 2007 roku, a ja odprowadzałam ukochanego na lotnisko szykując się na długą rozłąkę. Wciąż miałam swoje studia do ukończenia, a poza tym w planie miałam jeszcze paromiesięczne wakacje, coby tak od razu nie wpadać w kierat pracy.

Manchester przy ladnej pogodzie
potrafi sie nawet ladnie zaprezentowac :)
Czas na studiach mijał mi na pisaniu pracy magsiterskiej, imprezach i tęsknocie za Albinem. Ponieważ nie należy on do chłopaków, którzy codziennie wydzwaniają do swojej dziewczyny (wręcz przeciwnie!), gdy nadszedł w końcu listopad, czas mojego wyjazdu z kraju, miałam całe mnóstwo wątpliwości na temat tego jak to nasze nowe, wspólne życie będzie wyglądać.

Muszę przyznać, że w Anglii miałam wyjątkowo miękkie lądowanie. W przecieństwie do większości nowoprzybyłych imigrantów nie musiałam przejmować się szukaniem mieszkania, ogarnianiem połączeń komunikacyjnych w mieście, ani żadnymi innymi sprawami organizacyjnymi, bo Albin zdążył już to wszystko załatwić i rozpracować.

Pozostało mi jedynie znaleźć pracę. I tutaj znowu pomogło mi moje wrodzone szczęście. Już dzień po przylocie dostałam pierwsze zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne, a 10 dni później rozpoczynałam mój pierwszy dzień pracy w Ibisie – hotelu, w kórym przyszło mi pracować przez kolejnych 5 lat. Wiem, że dla niektórych praca w hotelu jest koniecznością, pracą, której nie znoszą i w której zdecydowanie się nie widzą, a biorą ją z braku innych możliwości. Ja zdecydowanie nie byłam jedną z tych osób. Skończywszy geografię turyzmu i hotelarstwo na Uniwersytecie Łódzkim naprawdę chciałam pracować w hotelu i przez całe 5 lat sprawiała mi ona mnóstwo radości.

Uroki przeprowadzek :)
Po 5 latach nadszedł jednak czas na zmianę. W Manchesterze, gdzie mieszkaliśmy kończyłam właśnie drugi kierunek studiów (zarządzanie zasobami ludzkimi) i chciałam robić coś w tej dziedzinie. Nie powiodły się niestety moje plany zostania asystentem menadżera w hotelu (długa i smutna historia o niesprawiedliwości, dzięki której jednak wyruszyliśmy do Ameryki Południowej, więc widać tak miało być :)), natomiast dostałam pracę w Londynie w payrollu (to tak prawie HR, tłumaczono mi...). Było to zastępstwo za dziewczynę na urlopie macierzyńskim więc idealnie wpasowywało się w nasz plan wyjazdowy. Lepsza pensja (hotele jednak nie najlepiej płacą...) pozwoliła nam szybciej oszczędzić potrzebne pieniądze i w lutym 2013 roku wyruszyliśmy w naszą 14-miesięczną podróż (o której możecie sobie dosyć szczegółowo poczytać na tym blogu :))

Niestety wszystko co dobre wszystko się kończy, tak więc i dla nas nadszedł czas powrotu. Ponieważ w Anglii czujemy się dobrze, było dla nas oczywiste, że i tym razem tutaj wylądujemy. Postanowiliśmy jednak po raz kolejny zmienić miasto zamieszkania. Manchester, pomimo, że jest wspaniałym miejscem, gdzie mnóstwo się dzieje, skąd blisko w góry (Peak Diestrict jest dosłownie na wyciągnięcie ręki!), słynie niestety również z nie najlepszej pogody. Słoneczne dni należą tam do rzadkości, a czasem wręcz zdarzają się lata bez słońca. Londyn – wielki, drogi, zatłoczony. Zdecydownie nie jest to miejsce dla nas, na założenie rodziny (tak, tak! Takie właśnie mamy plany na najbliższy rok :)). Pomimo, że uwielbiamy tam przyjeżdżać, to jednak mieszkanie tam było dla nas męczące.

Wybór padł na Bristol. Nie tylko jest to spore miasto, w którym co chwila odbywają się jakieś festiwale. Jest on również jednym z najcieplejszych i najsłoneczniejszych miast na Wyspach. Byliśmy tutaj kedyś podczas dwudniowego wypadu z Manchesteru i już wtedy bardzo się nam on spodobał. Do zalet dochodzi jeszcze fakt, że w pobliżu mieszka moja przyjaciółka z liceum, która pomogła nam po powrocie z podróży przyjmując nas pod swój dach do czasu zanim znaleźliśmy pracę i osiedliśmy „na swoim”.


Od pół roku zadamawiamy się w naszym nowym miejscu na ziemi i póki co idzie nam to całkiem dobrze :) Dzięki odbywającym się tu regularnie polskim spotkaniom podróżniczym (nawet takie fajne rzeczy tu mają!) poznajemy mega fajnych Polaków i wygląda na to, że zatrzymamy się tu na nieco dłużej... Oczywiście nie mamy zamiaru przestać podróżować! W końcu „istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej” :)

czwartek, 20 listopada 2014

Dotknac gwiazd w Dolinie Elqui

Z żalem opuszczaliśmy Santiago i wspaniałą rodzinę Josego. Czas nas jednak gonił. Kolejnym celem naszej podróży była sielska, zielona Dolina Elqui, która słynie z licznych obserwatoriów astronomicznych, pisco oraz chilijskiej noblistki – Gabrieli Mistral, która tutaj się właśnie urodziła.

Zanim tam jednak dojechaliśmy zatrzymaliśmy się na chwilę w La Serena. Nie jest to zbyt ciekawe miasto, jest jednak naturalnym przystankiem na drodze do Elqui. Sporo w nim kamiennych kościołów (podobno aż 29), z których większość w swoim czasie była splądrowana przez angielskich piratów nękających tutejsze wybrzeże. Do odwiedzenia jest także Ogród Japoński, ZOO oraz kilka muzeów. My jednak ograniczyliśmy się do poszwędania się po ładnie odnowionym centrum i oglądania tutejszej architektury.

Martwiła nas nieco pogoda... Całe niebo pokryte było ciemnymi chmurami, a my w planie mieliśmy odwiedziny w obserwatorium i oglądanie gwiazd... Pani w infromacji turystycznej pocieszyła nas jednak mówiąc, że pogoda tutaj, ta w Dolinie Elqui to dwie zupełnie inne sprawy i bardzo często kiedy w La Serena pada, tam świeci piękne słońce.

---------------------------------

Gdy następnego dnia szliśmy na autobus do Vicuña, będącej swoistym centrum Elqui Valley niebo ciągle miało szaro-bure kolory. Nasza podróż miała trwać zaledwie około godziny. Nie napawało nas to zbytnim optymizmem. Ruszyliśmy w drogę. W połowie trasy, gdy już się zaczęliśmy zastanawiać czy sobie tych gwiazd jednak nie odpuścić nagle przejechaliśmy przez tunel i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki naszym oczom ukazało się błękitnoniebieskie niebo. Chyba jednak historia o 330 słonecznych dniach jest prawdziwa:)

Vicuña pomimo swoich malutkich rozmiarów zapewnia przyjeżdżającym tutaj turystom sporo atrakcji. Są tu trzy muzea (w tym muzeum robaków czyli Museo Entomologico), obserwatoria astronomiczne, destylarnie pisco oraz oczywiście piękne widoki. Znaleźliśmy nasz hostel, który oferował również miejsca kempingowe pod drzewem figowymi ruszyliśmy zwiedzać miasteczko.

---------------------------------

Na pierwszy rzut poszło Muzeum Gabrieli Mistral. Niestety mało w nim było informacji po angielsku, a mój hiszpański nie pozwalał mi na zrozumienie wszystkich opisów. Na terenie muzeum znajduje się malutki domek, w którym poetka się urodziła i w którym spędziła trzy pierwsze lata swojego życia zanim przeprowadziła się do pobliskiego Montegrande.


Gabriela Mistral miała bardzo smutne, przepełnione bólem po straconych osobach życie. Jej ojciec, który był wędrownym trubadurem opuścił rodzinę gdy Gabriela miała zaledwie trzy lata. Zanim na dobre weszła ona w dorosłość, ledwo skończyła 20 lat, jej narzeczony, którego poznała i pokochała dwa lata wcześniej, popełnił samobójstwo. Po jego śmierci powstał tomik wierszy „Sonety Śmierci”

W 1910 roku w Antofagaście znowu się zakochała. Tym razem ukochany porzucił ją dla bogatszej kobiety.

Na początku II Wojny Światowej zamieszkała w Brazylii, gdzie poznała austriackiego pisarza Stefana  Zweiga. Zaprzyjaźnili się. Parę lat później ten wraz z żoną popełnił samobójstwo usłyszawszy doniesienia o ludobójstwie Żydów w Europie. Niedługo później odebrał sobie życie jej 17-letni wówczas kuzyn, którym opiekowała się od 4-go roku życia i którego traktowała jak własnego syna.

Po usłyszeniu takich historii nie ma się co dziwić, że jej poezja przepełniona jest miłością, bólem oraz rozważaniami na temat życia i śmierci. W 1945 roku była pierwszą w historii osobą z  Ameryki Łacińskiej wyróżnianą Literacką Nagrodą Nobla, którą dostała za za „poezję prawdziwego uczucia, czyniącą jej imię symbolem idealistycznych dażeń dla całej Ameryki Łacińskiej”.

Urna

„Marzę o urnie ze zwykłej, prostej gliny,
co schroni twe popioły blisko spojrzen moich.
Ściana urny dla ciebie będzie mym policzkiem,
dusza twoja i moja zasną już w pokoju.
Nie chcę by twe popioły w złotej były urnie,
ni w pogańskiej amforze o kształcie człowieka,
niech prosta glina skryje ciebie ufnie
i cicho jak objęcie, na które zaczekam.
W późny wieczór, wzruszona, obejmuję chłód gliny,
ku rzece ją powiodę z sercem rozedrganym,
przechodzące z kłosami na rękach dziewczyny
nie będą nic wiedziały, że idę z Kochanym.
Garść prochu co przez dłonie złożone przeleci,
jak nic płaczu przeminie, upadając w ciszę.
Zamknę urnę pieczęcią xałunków nieziemskich,
ostatni płaszcz spojrzenia rzucę na twe życie”

(tłum. Józefa Radzymińska)

---------------------------------

Jeszcze w Santiago (w ramach spełniania mojego marzenia o biblioteczce z dziełami wszystkich laureatów Nagrody Nobla) kupiłam sobie tomik poezji Gabrieli Mistral. Teraz, spacerując po wąskich uliczkach jej rodzinnego miasta starałam się jej wiersze zrozumieć. Wczuć się w ich smutek i nostalgię. W tym celu wybraliśmy się na jedno z okolicznych wzgórz.

Wdrapaliśmy się na górę stromą, zakurzoną ścieżką. Stanęliśmy pod znajdującym się na szczycie krzyżem i w spokoju kontemplowaliśmy widoki. Ja otworzyłam przyniesioną ze sobą książkę i na głos zaczęłam czytać wiersze noblistki. Nie miało znaczenia, że nie wszystko rozumiałam. Dałam się ponieść ich rytmowi, pięknym hiszpańskim słowom, które uciekały i nikły w podmuchach dosyć silnego, gorącego wiatru. Było tak jak miało być: pięknie, dostojnie, nostalgicznie.

---------------------------------

Aby rozluźnić nieco smutne nastroje w następnej kolejności poszliśmy do destylarni pisco. Od lat Chile i Peru kłócą się o pisco. Będąc w Peru wszędzie widzieliśmy napisy: „Pisco es de Peru!”. Zupełnie inaczej wygląda to w Chile, które chyba po prostu uważa, że pisco było, jest i będzie chilijskie, a jeżeli ktoś w to nie wierzy to jego sprawa, oni tam nikogo na siłę przekonywać nie będą. Nie kwestionują oni zresztą pierwszeństwa Peru w produkcji pisco, ale jednocześnie podkreślają, że po pierwsze w czasie kiedy pisco powstało Chile i Peru stanowiły jedno państwo (Wicekrólestwo Peru), a po drugie obecnie w Chile produkuje się go 30 razy więcej niż w Peru, eksportuje 3 razy więcej, a przeciętny obywatel Chile wypija go 20 razy więcej w skali roku niż przeciętny Peruwiańczyk. Ot i taki spór.
 
Nasza przewodniczka miała szczere chęci, aby nam opowiedzieć wszystko po angielsku, ale wysiadła przy pierwszych pytaniach Albina i znowu musiałam służyć nam za tłumacza :) Akurat był czas winobrania i do destylarni co chwila przyjeżdżały wypełnione po brzegi ciężarówki ze zbiorami z okolicznych winnic. Samochody te były dokładnie ważone, a dostawcy mieli płacone za wagę, gatunek oraz ilość cukru w przywiezionych przez siebie gronach.

Tutejsze pisco produkuje się z dwóch gatunków winogron: białych (tańsze) oraz różowych (pisco premium). Podczas wizyty mogliśmy szczegółowo poznać się z całym procesem destylacji, a na koniec zwyczajowo zostaliśmy zaproszeni na degustację.

Degustacja pisco nie jest aż tak przyjemna jak degustacja wina, ale o dziwo (chyba ze względu na wysoką jakość degustowanego trunku) byłam w stanie przełknąć czyste pisco premium (które było nie było jest po prostu rodzajem wódki) bez popijania go (co naprawdę raczej mi się nie zdarza :)). Poza czystym pisco dostaliśmy także dosyć mocne wino na bazie pisco oraz moje ulubine pisco z manjarem czyli kajmakiem.

---------------------------------

Wieczorem czekała nas długo wyczekiwana wizyta w obserwatorium. Z pewnym niepokojem spoglądaliśmy na niebo czy aby nie pojawiają się na nim jakieś chmury. Na szczęście gdy o 20:30 ruszaliśmy naszym busikiem na niebie zaczęły nieśmiało pojawiać się pierwsze gwiazdy bez większych śladów zachmurzenia.

Paręset metrów przed obserwatorium, podjeżdżające samochody musiały zgasić światła i przemieszczać się dalej w całkowitych ciemnościach, aby przypadkiem nie zakłócać obserwacji. Na miejscu wszyscy zostaliśmy podzieleni na dwie grupy: anglo- i hiszpańskojęzyczną. Nasza grupa ruszyła do teleskopu podczas gdy druga grupa została zaproszona na prezentację multimedialną.

Nasz przewodnik w przeciągu ułamka sekundy odnajdywał na niebie kolejne gwiazdy, planety, galaktyki czy gwiazdozbiory. Pokazywał nam między innymi Jupitera, Marsa, gwiazdozbiór Bliźniaków, Krzyż Południa.

Przy tym zasypywał nas całą masą megaciekawych informacji. Na przykład o tym, że aż do 1995 roku nie znano innych planet poza tymi w Układzie Słonecznym. Dziś znanych jest ich ponad 2000 z czego 714 podobnych jest do Ziemi (i dlatego niemal wszyscy astronomowie wierzą w życie pozaziemskie).

Chile jest jednym z najlepszych miejsc na Ziemi do oglądania gwiazd. Znajduje się tutaj aż 40% wszystkich teleskopów na świecie, w tym największy na świecie VLT (Very Large Telescope – bardzo twórcza nazwa :)). Planuje się także budowę EELT (European Extra Large Telescope) oraz OWL (Overwhelming Large Telescope – ej serio, mogliby się nieco bardziej wysilić :)). W tej dziedzinie panuje zresztą swoisty „wyścig zbrojeń” między USA i UE.

Korzysta na tym Chile, które stopniowo wymienia oświetlenie w miastach na takie, które oświetla ulice nie dając światła w przestrzeń. Jest to droga inwestycja, ale takie światło jest tańsze w utrzymaniu, bardziej ekonomiczne, a do tego przyciąga nowe inwestycje astronomiczne.

Chile mając na swoim terytorium obserwatoria może bezpłatnie z nich korzystać przez 5% czasu w ciągu roku. A muszę dodać, że nie jest to tania impreza. Normalny koszt to 40,000 euro za noc. Pomimo tak wysokich kosztów chętnych do korzystania z teleskopów nie brakuje. Niejednokrotnie na swoją kolej trzeba czekać i po kilka lat. A co gdy na przykład trafi się akurat brzydka pogoda? Albo pełnia księżyca, która utrudnia obserwację? A no nic. Pieniądze przepadają, a pechowiec musi się znowu ustawić w kolejce.

My mieliśmy szczęście. Bezchmurne niebo i księżyc w nowiu. Na niebie jasno świeciły gwiazdy, dostojnie prezentowała się cudna droga mleczna. Albinowi nawet udało się dostrzec dwie spadające gwiazdy. Ciekawe jakie miał życzenie? ;)

Problemem są również częste trzęsienia ziemi, które mogą teleskop zdekalibrować. Jego naprawa może wówczas trwać nawet do dwóch tygodni. Obstawiam jednak, że w takim wypadku jedynie traci się swoją kolejkę, bo pobieranie pieniędzy w takiej sytuacji byłoby chyba po prostu nieuczciwe.

Na koniec zostaliśmy zabrani na pokaz programu do oglądania nieba (takie google earth dla miłośników astronomii :)) Można sobie w nim oglądać niebo z dowolnego miejsca na ziemi, w dowolnym czasie, gwiazdy, galaktyki i gwizadozbiory są popodpisywane nazwami z różnych kultur (np inkaskiej, chińskiej czy egipskiej). Naprawdę polecam!
 
---------------------------------

Następnego dnia odbyliśmy jeszcze krótką wycieczkę do malutkiej wioski Pisco Elqui. Po drodze z okna autobusu podziwialiśmy piękną Dolinę Elqui. Samo Pisco Elqui jest bardzo popularne wśród turystów, chociaż ja szczerze mówiąc nie bardzo rozumiem dlaczego. Jest tam mały rynek z kościółkiem, kolejna destylarnia pisco, parę uliczek...


Dla nas było to pożegnanie z Doliną Elqui. Wycieczka tam i z powrotem zajęła nam akurat pół dnia. Wrócliśmy do Vicuña, gdzie spakowaliśmy nasze bagaże i ruszyliśmy dalej na północ...

wtorek, 11 listopada 2014

Wina, wina, wina dajcie! - Mendoza

Do Mendozy wyskoczyliśmy na chwilę z Santiago. Droga z Chile do Argentyny prowadzi przez malownicze górskie tereny. Przepiękne widoki rozpoczynają się niemal natychmiast po wyjeździe z miasta. Z przodu widoczne były ośnieżone szczyty górskie, a dookoła nas strome zbocza gór przybierały różnorodne kolory: od czerwieni, poprzez róźne odcienie żółci, brązu, zieleni, aż po jasne, delikatne beże.

Nasz autobus piął się ciągle w górę. Stroma droga zakręcała chyba z tysiąc razy zanim w końcu dojechaliśmy do przełęczy. Przypuszczam, że dla osób cierpiących na chorobę lokomocyjną, taka droga to prawdziwy koszmar! My na szczęście żółądki mamy dosyć odporne, więc mogliśmy skupić się na podziwianiu rozpościerających się za oknem widoków.

Przez moment ukazała nam się Aconcagua (6960 m n.p.m.) – Królowa Amerykańskich Gór; najwyższy szczyt obu Ameryk, a także całej półkuli południowej i zachodniej. Jej nazwa pochodzi z języka keczua i pomimo żeniskiego brzmienia oznacza „kamiennego strażnika”. Kierowca naszego autobusu specjalnie dla nas zwolnił, abyśmy mogli jej zrobić zdjęcie.

----------------------------------------------

Zazwyczaj wjazd do Argentyny (a trzeba Wam wiedzieć, że wjeżdżaliśmy tam już po raz ósmy (!) w czasie tej podróży) odbywał się bez większych problemów. Argentyńczycy są zazwyczaj dosyć wyluzowani i nie lubią sprawiać niepotrzebnych problemów.

I tym razem wydawało się, że wszystko powinno pójść gładko. Mały autobus, mało ludzi, jeszcze mniej bagaży...

Nic bardziej mylnego! Razem z nami w autobusie jechały dwie Kanadyjki, które niestety nie wiedziały, że przy wjeździe do Argentyny potrzebują wizy. W większości krajów Ameryki Południowej panuje taka fajna zasada: jeżeli jakieś państwo każe nam płacić za wizę do siebie, to jego obywatele, też muszą zapłacić za wjazd na teren naszego kraju. Sprawiedliwe, prawda? O tę wizę nie trzeba się nawet wcześniej starać, ale trzeba za nią zapłacić (jeżeli dobrze pamiętam, to około 130 USD). Można to oczywiście zrobić wcześniej przez internet, aby oszczędzić sobie (i innym) czas na granicy.

Niestety wspomniane Kanadyjki, nie sprawdziły, że taka wiza jest im potrzebna. Po hiszpańsku oczywiście nie mówiły ani słowa (rozbroiły mnie wcześniej literując, megaszybko, swoje nazwisko kierowcy: „dżej-oł-hejcz-en-es-oł-en. Johnson. Nie rozumiesz? Ha-ha-ha!”). Na szczęście w autobusie znaleźli się mili Chilijczycy, którzy mówili po angielsku i poszli służyć im za tłumacza.

Reszta naszej niewielkiej grupy czekała odprawiona w autobusie. Kanadyjki co chwila tylko przybiegały ciągle mając do kogoś pretensje: a to, że na granicy nikt nie mówi po angielsku; a to, że kanadyjski paszport to oni chyba pierwszy raz w życiu na oczy widzą; a to, że internet działa STRASZNIE wolno (no, a czego one się spodziewały na granicy znajdującej się pośrodku Andów?!)

W końcu po ponad dwóch godzinach mogliśmy ruszać dalej. Do Mendozy dotarliśmy już po zmroku.
----------------------------------------------

Do Mendozy przyjeżdża się głównie w jednym celu: degustować tutejsze wina. Są one znane na cały świat i stanowią niemal 2/3 wszystkich win produkowanych w Argentynie. Rejon Mendozy jest zresztą największym regionem winnym w całej Ameryce Południowej oraz piątym największym na świecie.

My nie należeliśmy do wyjątków. Pomimo, że Albin win nie lubi, a ja do jakiś szczególnych koneserów także się nie zaliczam, postanowiliśmy pojechać sprawdzić trunki tutejszej produkcji.

Wcześniej dowiedzieliśmy się, że jedne z najlepszych winiarni znajdują się w okolicy wioski Maipu, do której można się dostać lokalnym autobusem z Mendozy. Na miejscu wynajeliśmy rower i ruszyliśmy na objazd lokalnych winiarni.

----------------------------------------------

Na pierwszy rzut poszła położona najbliżej Bodega la Rural. Dojechaliśmy tam już po paru minutach jazdy. Przed winiarnią stało wyjątkowo dużo samochodów i rowerów. Od razu można było poznać, że jest to miejsce bardzo popularne wśród przyjeżdżających tutaj turystów.

Weszliśmy do recepcji, gdzie zostaliśmy bardzo ciepło przywitani oraz poinformowani o cenach. Zanim jednak udało się nam kupić bilety nagle w budynku zrobiło się kompletnie ciemno. Okazało się, że przytrafiła się akurat jakaś awaria prądu. Poczekaliśmy kilka minut, ale gdy nic nie wskazywało, na szybką naprawę postanowiliśmy pojechać dalej, a tutaj najwyżej wrócić jeżeli czas nam na to pozwoli.

Trasa prowadziła asfaltową drogą, wzdłuż której kilometrami ciągnęły się plantacje winogron. Na krzakach dojrzewały akurat piękne, ciemnoczerwone owoce. Nie mogliśmy się powstrzymać i parokrotnie zatrzymywaliśmy się, aby się najeść. Były one tak soczyste, że słodki, lepki sok spływał nam obficie po brodach w czasie jedzenia. Pycha!

----------------------------------------------

Kolejnym dłuższym przystankiem była Bodega Trapiche. Jest to stara, tradycyjna winiarnia specjalizująca się w produkcji win przeznaczonych na eksport. Przewodnik prowadził nas po kolejnych salach pełnych wielkich dębowych beczek. Po drodze opowiadał nam historię tego miejsca oraz zapoznawał z procesem produkcji wina.

Muszę jednak przyznać, że chyba jak większość uczestników wycieczki najbardziej byliśmy zainteresowani jej ostatnim punktem czyli degustacją :) Na dobry początek dostaliśmy po szklance Chardonnay. I tutaj stał się cud. Albin, który zazwyczaj na sam zapach wina skręcał się z obrzydzenia, spróbował stojącego przed nim złotego trunku i... posmakowało mu! Pierszy raz w życiu usłyszałam z jego ust, że wino jest DOBRE! Byłam w szoku. Naprawdę.

Po białym winie przyszła kolej na produkowaną na wyłączność winiarni mieszankę malbec’a z carbet’em oraz na koniec czysty malbec. Jak się okazało przy wyjściu malbec, którego próbowaliśmy był dosyć drogi jak na tutejsze warunki: około 280 pesos argentynskich za butelke i to on właśnie Albinowi najbardziej smakował. Stwierdziłam, że może on powinien zostać koneserem skoro od razu tak się poznał (dla mnie to wino było zbyt wytrawne i szczerze mówiąc wolałam lżejszą – i tańszą :) -  mieszankę)

----------------------------------------------

Na koniec dnia trafiliśmy na malutką rodzinną winiarnię Familia Di Tommaso. Razem z przewodniczką odwiedziliśmy tutejsze piwnice, podobnie jak w poprzednim przypadku, i tym razem pełne pięknych, dębowych beczek. Po raz kolejny również był nam wyjaśniany proces produkcji wina oraz opowiadana historia winiarni i regionu, I oczywiście po raz kolejny wizyta zakończyła się najbardziej oczekiwaną degustacją :)

Bodega Di Tommaso w przeciwności do Trapiche, specjalizuje się wyłącznie w produkcji wina na rynek lokalny. Ich najlepsze wino, produkowane w limitowanej ilości sprzedaje się za jedyne 200 peso (około 20USD), co za wino tej jakości naprawdę nie jest wygórowaną ceną. Tym bardziej, że wina te zdobywały nagrody na różnych festiwalach win na świecie.

----------------------------------------------

Po zdegustowaniu 7 różnych win szumiało mi już mocno w głowie. A tu jeszcze trzeba było pedałować, aby wrócić i oddać rowery. Droga znowu prowadziła wzdłuż winnic. Po lewej stronie na horyzoncie dumnie prezentowała się Aconcagua, a ciepłe promienie popołudniowego słońca ładnie podświetlały krzewy winogron.

Nagle, zaptrzona w otaczający mnie krajobraz z hukiem wjechałam w krawężnik, niemal wpadając na jadącego za mną Albina. Właśnie dlatego nie powinno się jeździć po pijanemu!

--------------------------------------------

W Mendozie spędziliśmy jeszcze jeden wieczór, podczas ktorego odbywał się zlot harley’owców. Połaziliśmy po mieście, posłuchaliśmy koncertów, pooglądaliśmy motory i dosyć wcześnie położyliśmy się spać. Następnego dnia czekała nas długa podróż powrotna do Santiago oraz dosyć upierdliwe przekraczanie granicy chilijskiej. Ale o granicach w Ameryce Południowej to ja Wam jeszcze kiedyś napiszę :)


----------------------------------------------


A na sam koniec zapraszam Was na fejsbukową fotorelację z Sewell – górniczego miasteczka położonego koło Santiago. Jest ono wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i ponieważ znajduje się na terenie ciągle działającej kopalni, można je odwiedzać wyłącznie z wycieczką zorganizowaną. Nie jest to najtańsza impreza, ale zdecydowanie warta polecenia.

środa, 5 listopada 2014

Spacer po Rajskiej Dolinie - Valparaiso

Valparaiso. Ileż to ja się o nim nasłuchałam! Że takie piękne, romantyczne, kolorowe. Same superlatywy. Do tego wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Chyba nie ma się więc co dziwić, że spodziewałam się tam zastać pradziwie Rajską Dolinę (co po hiszpańsku oznacza nazwa miasta). Jakież więc było moje rozczarowanie, kiedy wysiadłam na dworcu autobusowym i zobaczylam... NIC. Ale jak to NIC? A no po prostu. Całe miasto spowite było w gęstej białej chmurze i poza otaczającą nas wszechobecną bielą nie widzieliśmy prawie NIC.

Ponieważ jednak przed przyjazdem sprawdziliśmy prognozę pogody, która była dosyć optymistyczna (w wydaniu Albina oznacza to zazwyczaj ZERO chmur, błękitne niebo i pięknie świecące słońce; wszystko co odbiega od tej normy jest uznawane za beznadziejną pogodę), postanowiliśmy nie popadać w podłe nastroje tylko ruszyć przed siebie mając nadzieję, że może jednak miasto zdecyduje się pokazać nam swoje piękne oblicze.

--------------------------------------

Dla tych z Was, którzy o Valparaiso nigdy nie słyszeli, wspomnę tylko, że jest to drugie największe miasto Chile oraz największy port handlowy na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej. Miasto położone jest na 50 (!) wzgórzach, które dosyć szczelnie oblepione są przytulonymi do ich zboczy kolorowymi domkami. Na szczyty tych wzgórz można wjechać skrzypiącymi windami pochodzącymi z przełomu wieków XIX i XX.

Miasto to pokochał między innymi słynny chilijski poeta, zdobywca Literackiej Nagrody Nobla – Pablo Neruda. Znalazł on sobie tam dom, willę właściwie, o której mówił, że jest „zawieszona w powietrzu, ale mocno stąpa po ziemi”. Uroczysta inauguracja domu odbyła się 18 września 1961 roku. Neruda organizował tutaj huczne zabawy noworoczne, przy okazji których przygotowywane było specjalne menu z wymyślnymi nazwami dań. Wszystko napisane zielonym atrmentem, który był znakiem rozpoznawczym poety,

-------------------------------------- 

Niewiele widząc szliśmy w kierunku centrum miasta. Najpierw przez typowo handlową dzielnicę pełną malutkich sklepików i ulicznych sprzedawców. Potem pojawiły się jakieś parki oraz nieco podniszczone, ale piękne pałace. Gdy doszliśmy do centrum pomimo otaczającej nas gęstej chmury zdecydowaliśmy się wjechać na Cerro Concepcion. Do tego momentu Valparaiso mnie jakoś szczególnie nie zachwyciło...


Na górę wjechaliśmy najstarszą z wind w mieście – Ascensor Concepcion, pochodzącą z 1883 roku. W jej małym wagoniku mieściło się zaledwie parę osób.

Ze szczytu wzgórza nie widzieliśmy zbyt wiele: ładne kolorowe domki naokoło nas, a morze... Może to może i było, a może i nie... Tak czy inaczej my go nie widzieliśmy...

Doszliśmy do Kościoła Luterańskiego, w którym już na samym progu powitał nas uśmiechnięty od ucha do ucha brodaty pastor. Gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski od razu stwierdził, że musimy być fajni, bo on jeszcze nie spotkał żadnego „palanta” z naszego kraju :) Był on pół-Szwedem / pół-Irlandczykiem i był bardzo sympatyczny. Bardzo spodobało mi się co powiedział o chodzeniu na mszę: „Przecież nie chodzi, o to aby odbębnić godzinę w niedzielę, a przez resztę tygodnia róbta co chceta, tylko o to, aby przez cały tydzień kontynuować pracę na rzecz społeczności i kościoła”. Z tego co mówił wygląda, na to, że jego mała społeczność rośnie w siłę i wszyscy się bardzo angażują w życie parafii. Ale z takim pastorem, to naprawdę nie ma się co dziwić :)


Gdy wyszliśmy z kościoła chmura zaczęła powoli opadać i naszym oczom ukazały się okoliczne wzgórza (chociaż leżące w dole miasto ciągle pozostawało spowite w białym obłoku). Chodząc po wąskich, krętych uliczkach mogliśmy się zauroczyć miastem. Tym razem biały welon, przez który coraz odważniej przebijały się promienie słońca nadawał mu romantycznej, nieco mistycznej atmosfery. Kolorowe domki, ciekawa sztuka uliczna, brukowane uliczki... Wszystko to dodawało uroku.
 
Po obejściu całego Cerro Concepcion i porobieniu chyba miliona zdjęć zjechaliśmy z powrotem do centrum. Jest ono zdecydowanie „brzydszą siostrą”. Podniszczone budynki, mnóstwo tanich restauracji z naganiaczami próbującymi naciągnąć coraz to nowych turystów na dosyć standardowe menu za 35 pesos, ciągły pośpiech, korki.

Doszliśmy do portu gdzie stał olbrzymi wycieczkowiec. Aż wierzyć mi się nie chciało, że nie było go widać z góry. Jego obecność tutaj tłumaczyła nam niesamowicie dużą ilość anglojęzycznych turystów włóczących się po mieście.

Będąc w porcie zauważyliśmy, że towarzysząca nam od rana chmura powoli znika. Wstąpiliśmy do jednej z restauracji licząc na to, że gdy zjemy na zewnątrz powita nas piękne słońce. Nie zawiedliśmy się! Szybki powrót na Cerro Concepcion, aby zobaczyć miasto w jego całej okazałości. Zdecydowanie z tej perspektywy wygląda ono najlepiej. I to właśnie będąc na górze byłam w stanie zrozumieć tak powszechny zachwyt miastem. Bo to właśnie tam jest pięknie, romantycznie i kolorowo. 

sobota, 1 listopada 2014

My i muzea? Czasami jednak tak :) - Santiago de Chile

Josego poznaliśmy w ZiemiOgnistej. Rozbiliśmy namiot na opustoszałym, darmowym polu namiotowym i ruszyliśmy w góry. Gdy wieczorem przemoczeni do suchej nitki wróciliśmy, koło nas stał nowy namiot, a przy nim krzątał się uśmiechnięty chłopak. Chwile pogadaliśmy i zmęczeni poszliśmy spać. Rano przed wyruszeniem w dalszą drogę jeszcze chwila rozmowy i pamiętne słowa:

„Jak będziecie w Santiago musicie mnie odwiedzć!”

Wymieniliśmy sie danymi do Facebooka i w drogę.

Zanim przyjechaliśmy do Santiago długo się wahaliśmy czy napisać. Z Jose rozmawialiśmy zaledwie parę minut, a poza tym nie mówił on po angielsku i miałam spory problem ze zrozumieniem jego megaszybkiego hiszpańskiego. Zdecydowaliśmy się jednak zaryzykować: wysłaliśmy wiadomość z informacją o naszym przyjeździe.

-----------------------------------------------

W Santiago spotkaliśmy się z Jose na stacji metra. Z daleka powitał nas jego szeroki uśmiech. Droga do domu upłynęła nam na rozmowie o naszych wspólnych podróżach (i jak tu nie mówić, że podróżnicy to jedna wielka rodzina! :)) Zbliżając się do domu już z daleka widzieliśmy wesoło machającą nam z okna postać, która przy bliższym poznaniu okazała się być tatą Josego.

Już dawno nie mielśmy tak ciepłego powitania. Ta mocno religijna rodzina w 100% wychodziła z założenia: „Gość w dom – Bóg w dom”. Mama Josego – Maria Angelica, gdy usłyszała, że jesteśmy z Polski, kraju papieża, uściskała nas i wycałowała na dzień dobry. I cały pobyt u nich taki był: królewski. Dostaliśmy swój własny pokój z łazienką, codzinnie byliśmy zapraszani na pyszne śniadania, obiady, popołudniową herbatę. Specjalnie dla nas Maria Angelica przygotowywała takie chilijskie smakołyki jak pastel de choclo, empanady, różne ciasta.

W zamian za tę gościnę my odwdzięczyliśmy się klasycznymi polskimi pierogami z mięsem, wspólną modlitwą, rozmowami.

-----------------------------------------------

Podczas pobytu w Santiago sporo włóczyliśmy się po uliczkach kolorowej dzielnicy Bellavista zachwycając się sztuką uliczną, życiem tamtejszej bohemy, podziwiając widoki rozpościerające się z Cerro San Cristobal (widoki, które tak bardzo przypominały mi Bogotę, w której to byliśmy już chyba całe wieki temu!).

Odwiedzaliśmy ciekawe muzea miejskie. Do tych szczególnie wartych uwagi na pewno należy La Chascona – dawny do Pablo Nerudy, chilijskiego poety, zdobywcy literackiej nagrody Nobla. Tematyka jego wierszy obraca się w dużej mierze wokół miłości (nie ma się czemu dziwić skoro żenił się trzy razy :)), ale poruszał on również różne tematy polityczne.

Sto sonetów o miłości - XVII

Nie kocham cię tak, jakbyś była różą soli, topazem
albo strzałą z goździków rozsiewających ogień:
kocham cię, jak się kocha jakieś rzeczy mroczne,
w tajemnicy, pomiędzy cieniem a duszą.

Kocham cię jak roślinę, która nie kwitnie, a niesie
w swoim wnętrzu ukryte światło owych kwiatów,
i dzięki twej miłości mroczny w mym ciele mieszka
zwykły aromat, który wydźwignął się z ziemi.

Kocham cię nie wiedząc jak ani kiedy, ani czemu,
kocham cię po prostu, bez zawiłości i bez pychy:
tak cię kocham, bo nie umiem cię kochać inaczej,

tylko w ten sposób, który nie rozróżnia jestem i jesteś,
tak blisko, że twoja ręka na mojej piersi jest moją,
tak blisko, że zamykają się twoje oczy w moim śnie.


Pablo Neruda
przekład Jan Zych

El Chascona została wybudowana dla jego ówczesnej kochanki, a późniejszej trzeciej żony Matilde Urrutia. Po  śmierci poety musiała ona walczyć z rządem o zachowanie domu, który Pinochet chciał zniszczyć zamazując pamięć o poecie, który był mu przeciwny.

W domu znajduje się bogata kolekcja przedmiotów z jego licznych podróży. Są tam lalki z Polski, stoły z Francji, konik ze Sri Lanki, piękne meble, książki, nagrody, zdjęcia.

Wstep do tego domu – muzeum nie jest tani (4,000 pesos), ale jest warty wydanych pieniędzy. W cenę wliczony jest audio przewodnik, z którego sporo można się dowiedzieć o życiu tego wspaniałego poety.

-----------------------------------------------

Będąc w Santiago nie można nie odwiedzić Museo de la Memoria. Jest ono poświęcone epoce panowania Pinocheta (1973 – 1988). Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tym muzeum, pomyślałam sobie: no dobram jak będziemy mieli czas to do niego wstąpimy. Teraz uważam, że jest to jedno z muzeów, które koniecznie trzeba zobaczyć przyjeżdżając do Chile. Chociażby po to, aby lepiej zrozumieć historię kraju, który obecnie się świetnie rozwija, ale kiedyś przechodził przez naprawdę ciężkie chwile, kiedy to aresztowania, tortury, zniknięcia ludzi były na porządku dziennym.

Muzeum znajduje się w bardzo nowoczesnym budynku. W jego obszernym wnętrzu można znaleźć całe mnóstwo dokumentów, zdjęć, filmów z okresu dyktatury. Zadbano także o turystów nie mówiących po hiszpańsku. Pomimo, że nie wszystkie części ekspozycji są opisane po angielsku, można tam znaleźć sporo krótkich filmów dokumentalnych z angielskimi napisami. Każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Wystawa jest zorganizowana chronologicznie. Zwiedzanie rozpoczyna się od 11.09. 1973 kiedy to w wyniku zamachu stanu Pinochet przejął władzę. W kolejnych etapach możemy dowiedzieć się o torturach stosowanych przez władzę, o zniknięciu 90 tysięcy ludzi, o głodzie panującym w kraju, oraz tym jak zwykli mieszkańcy sobie z nim radzili organizując składki na jedzenie  i wspólnie gotując dla calej lokalnej społeczności.

Kolejne etapy to protesty przeciwko dyktaturze, przyjazd Jana Pawła II, który dał Chilijczykom nadzieję na lepsze jutro. Podczas wizyty papieża ludzie po raz pierwszy mogli głośno wypowiedzieć swoje obawy, troski i zmartwienia związane z sytuacją panującą w kraju.

Podczas uroczystej mszy świętej, na tyłach tłumu nawiązała się bójka z policją. Filmik z youtuba, który załączam poniżej w skrócie pokazuje całą wizytę naszego Wielkiego Rodaka. Mniej więcej od 8 minuty pokazane są wspomniane wcześniej zamieszki. I na koniec pamiętne słowa: „El amor es mas fuerte!” („Miłość jest silniejsza!”) wypowiedziane stanowczym, pewnym siebie głosem. Słowa, które do dziś są wspominane.


Wystawa kończy się krótkim filmem prezentującym kampanię wyborczą przed pierwszymi wolnymi wyborami. Panujące wówczas optymistyczne nastroje, ale i obawy, że wynik wyborów będzie sfałszowany. I w końcu olbrzymią radość, huczne świętowanie na ulicach, kiedy opcja NO wygrywa. Zainteresowanych tematem odsyłam do chilijskiego filmu nominowanego do Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojezyczny w 2012: „No”



Wizyta w Museo de la Memoria pełna emocji. Zawsze będąc w takich miejscach zastanawiam się dlaczego ludzie czynią sobie nazwzajem takie rzeczy... Tym bardziej denerwowali mnie amerykańscy turyści, którzy szybko przelecieli przez prezentowaną ekspozycję nie wgłębiając się w to, co tak właściwie ona przedstawia, a chodząc po muzeum bardziej zajęci byli opowiadaniem sobie dowcipów i głośnymi rozmowami. Kompletny brak szacunku....

-----------------------------------------------

Nasza wizyta w Museo de la Memoria rozpoczęła bardzo ciekawą, pełną wspomnień rozmowę z rodzicami Josego. Dowiedzieliśmy się, że początkowo większość społeczeństwa uważała Pinocheta za wybawienie. Pod koniec panowania poprzedniego prezydnta, Salvadora Allende w Chile nastały naprawdę ciężkie czasy: w sklepach brakowało żywności, a media co chwila mówiły o brutalnych starciach policji z obywatelami. Dlatego Pinochet wydawał się być „mniejszym złem” i jego nadejście było witane z radością.

Dopiero po paru latach zaczęły docierać informacje o zniknięciach członków opozycji, torturach, podsłuchach. Jedna z pierwszych czystek przeprowadzonych przez armię miała miejsce na boisku szkolnym znajdującym się blosko domu Josego.

Mama Josego, która nie miała wówczas swojej rodziny zgłaszała się do różnych akcji protestacyjnych przeciwko dyktaturze. Miała jednak na tyle dużo szczęścia, że nigdy nie wpakowała się w żadne poważne kłopoty.

Rodzice Josego bardzo ciepło wspominają wizytę Jana Pawła II, którego kochają całym sercem. Są oni bardzo wdzięczni za wypowiedziane przez niego słowa otuchy i uważają, że jego wizyta była jednym z czynników, które przyczyniły się do upadku Pinocheta.

Oczywiście usłyszeliśmy także historie o wielkim świętowaniu w dniu zwycięstwa demokracji. O wielodniowych fiestach na ulicach, o tym jak nieznajomi padali sobie z radości w ramiona, a w powietrzu panowała atmosfera ogólnego optymizmu i nadzieji na lepsze jutro.

-----------------------------------------------

Jednym z ostatnich odwiedzonych przez nas w Santiago muzeów było Museo Chileno de Arte Precolombiano. 3500 pesos wydane na bilety były całkowicie warte wydanych pieniędzy. Muzeum uznawane jest za najlepsze muzeum w Chile i chyba rzeczywiście coś w tym jest. Pomimo, że my do fanów muzealnictwa nie należymy (no dobra, wiem, nie widać tego z tego posta, ale taka jest prawda :)), tutaj spędziliśmy bite pół dnia.

Muzeum jest naprawdę spore i zawiera niesamowicie ciekwą kolekcję sztuki przedkolumbijskiejz terenu całej Ameryki Łacińskiej. Była ona dla nas swoistym podsumowaniem całej naszej 14-miesięcznej wyprawy.

Mnie jednak najbardziej zainteresowały opisy poszczgólnych kultur, ich obrządków, zwyczajów i tradycji. Zwłaszcza ludów zamieszkujących Chile. Naprawdę dużo się na ich temat dowiedziałam! Muzeum posiada także świetną stronę internetową, która jest istną skarbnicą wiedzy dotyczącej kultur prekolumbijskich.

-----------------------------------------------

Po 10 dniach nadszedł dla nas czas pożegnania. Pożegnania z Jose oraz jego wspaniałą rodziną, a także z miastem, które zdążyliśmy polubić (nawet w którymś momencie stwierdziłam, że moglabym tu mieszkać!), Nie było to łatwe pożegnanie. Zdążyliśmy się do nich przywiązać. Poczulośmy się częścią rodziny, którą przez ten krótki czas byliśmy. Mama Josego pobłogosławiła nas i obiecała się za nas modlić, Długo trwałyśmy w ciepłym uścisku. Rozstając się obie miałyśmy łzy w oczach.

I to jest chyba najgorsza część podróżowania: rozstania ze wspaniałymi ludźmi, z którymi nie wiadomo czy przyjdzie się nam jeszcze kiedyś spotkać...


wtorek, 21 października 2014

Pianino, kopalnia, okret - Concepcion

W Concepcion wysiedliśmy na dworcu, który wydawał się nam być oddalony od centrum miasta o całe mile. Wokoło nie było żadnych wysokich budynków (de facto w ogóle było tak jakoś mało budynków!), otaczały nas lasy i pola. Trzy razy pytałam się kierowcy autobusu czy to oby na pewno główny dworzec. Gdy po raz trzeci usłyszałam te same uspokajające słowa:

„Tak, to główny dworzec, do centrum jest stąd całkiem niedaleko, ale jeżeli wolicie możecie sobie wziąć taksówkę albo autobus”

W końcu zdecydowalismy się zabrać nasze plecaki i ruszyć w drogę.

Jak się okazało centrum rzeczywiście nie było zabytnio oddalone: 15 minut na piechotę do naszego couchsurfingowego gospodarza i od niego kolejne 15 minut na Plaza de Independencia. Dlatego też na pierwszy rzut oka Concepcion wydało się nam bardzo prowincjonalne.

Wrażenie to jednak całkowicie zniknęło jak tylko doszliśmy do centrum. Po ulicach przewalały się tłumy ludzi, biegali poobdzierani i na maksa ubrudzeni studenci (akurat świętowali początek roku akademickiego, a panuje tam taka tradycja, że świeżakom zabiera się ubrania, wylewa się na nich pomyje i każe im się zbierać na ulicy pieniądze na wieczorną imprezę), a na niemal na każdym kroku można się było natknąć na ulicznych grajków lub zarabiających na życie komików.

W oczy rzuciły się nam stojące w kilku miejscach kolorowe pianina z napisem: „Play me, I’m yours” Ku naszemu zaskoczeniu ilekroć koło nich przechodziliśmy zawsze ktoś na nich grał. I to nie brzdękolił byle jak „Do Elizy”, ale naprawdę ładnie grał. Bardzo dużo utalentowanych muzycznie ludzi w tym Concepcion!

Poza katedrą, informacją turystyczną i ładnym placem głównym, nie ma w centrum zbyt wiele do zobaczenia. Natomiast zdecydowanie polecamy budkę z lodami na Plaza de Independencia. Zawsze stoją do niej mega długie kolejki, ale porcje lodów, które się tam dostaje są całkowicie warte czekania!

------------------------------------------------------

Wieczór spędziliśmy z naszym gospodarzem i jego współlokatorami. Niemal wszyscy pracują na tamtejszym uniwersytecie i mają sporo do powiedzenia na temat edukacji w Chile.

Rok temu dosyć głośno było na świecie na temat strajków studentów, którzy protestowali przeciwko zbyt wysokim czesnym za studia. Potwierdzili to teraz nasi rozmówcy. Okazuje się bowiem, że w Chile praktycznie za wszystkie szkoły (począwszy od podstawówki) trzeba płacić, I to czasem dosyć słono: nawet do 1000$ miesięcznie.

Niewiele lepiej wygląda sytuacja ze służba zdrowia. Niby jest jakaś tam publiczna opieka zdrowotna, w której według założenia biedni nie musieliby płacić za usługi, Płacić powinni bogaci: im większe dochody tym większa składka na ubezpieczenie zdrowotne. Ma to sens. Problem jednak polega na tym, że bogaci wcale nie mają ochoty się leczyć państwowo. Kogo tylko stać wykupuje sobie prywatne ubezpieczenie zdrowotne i na państwową służbę zdrowia się wypina. W ten sposób system, pomimo słusznych założeń w ogóle w Chile się nie sprawdza.

Inną sprawą są niskie zarobki w stosunku do kosztów życia. Zaskakuje to często obcokrajowców, którzy szukają w Chile raju utraconego. Nasi rozmówcy, którzy wcale na minimalnych pensjach nie byli, też twierdzili, że ciężko im odkładać tutaj pieniądze.

------------------------------------------------------

Chile słynie ze swoich bogactw mineralnych. Przyjeżdżając tutaj prędzej czy później odwiedza się jakąś kopalnię. Jedna z nich: Chiflon del Diablo znajduje się w Lota - małej miejscowości pod Concepcion. Dotarliśmy tam podmiejskim autobusem po dosyć długiej i irytującej jeździe (kiedy to kierowca zatrzymywał pojazd co 10m aby zabierać coraz to nowych pasażerów; system przystanków jakimś cudem się tu zupełnie nie przyjął...)

Zeszliśmy stromą ścieżką w dół, w kierunku morza, kupiliśmy bilety (5000 pesos) i dołączyliśmy do grupy, która właśnie rozpoczynała zwiedzanie.

Nasz przewodnik: starszy pan z siwymi włosami, przywitał nas rzucając polskimi nazwiskami (Kopernik, Wałęsa, Jan Paweł II) po czym szybko wrócił do opowiadania historii kopalni. Ponieważ niestety ciągle byłam na etapie przyzwyczajania się do szybkiej chilijskiej wersji hiszpańskiego (gdzie na przykład zamiast maso menos mówi się maomeno), niestety nie udało mi się zrozumieć wszystkiego (a szkoda, bo pan opowiadał naprawdę bardzo ciekawie)

Koplania miała bardzo bogate złoża węgla, których spora część znajdowała się pod dnem oceanu. Wprawdzie obecnie kopalnia jest nieczynna, ale w tunelach, po których chodziliśmy wciąż wyraźnie widać znajdujące się tam pokłady węgla.

Warunki pracy w kopalni były bardzo ciężkie. Górnicy pracowali w kopalni na dwie zmiany po 12 godzin każda. Jedni kończyli to drudzy zaczynali i tak w koło Macieju. Przewodnik opowiedział nam historię jednego z górników, który nie mając z kim zostawić 10-letniego syna, przyprowadzał go ze sobą do kopalni. Aby ten jednak nie biegał po kopalnianych chodnikach, przywiązywano go liną do słupa i tam był odpowiedzialny za otwieranie i zamykanie bramy numer 12.

Smutny był również los pracujących pod ziemią koni. W całkowitych ciemnościach ciągnęły one wypełnione węglem wózki. Po roku pracy pod ziemią ślepły. Wyciągano je wówczas na powierzchnię i zabijano.

Ciężkie warunki pracy w kopalni zostały opisane w 1906 roku przez pracującego tu górnika Baldomero Lillo, w książce „Subterra”. W 2003 roku na jej podstawie został nakręcony film. Dla tych z was, którzy mówią po hiszpańsku: „Subterra” (2006)

------------------------------------------------------

Jeden autobus, drugi, podróż na drugą stronę Concepcion, tym razem do Talcahuano, gdzie znajduje się okręt Huascar. Ja do fanów militariów zdecydowanie nie należę, ale ponieważ Albin się nimi fascynuje tej wizyty nie mogliśmy sobie odpuścić,

Huascar został zbudowany w 1865 roku w Wielkiej Brytanii i stamtąd przez Atlantyk, a później płynąc wzdłuż wybrzeży Brazylii i Chile dopłynął do Peru. Wraz z okrętem Independecia był on pierwszym okrętem z prawdziwego zdarzenia floty peruwiańskiej.



Szczególną rolę Huascar odegrał w czasie Wojny o Pacyfik, która rozpoczęła się 5 kwietnia. Brały w niej udział Peru, Chile i Boliwia, a jej główną przyczyną były złoża saletry. Okret barł udział w wielu akcjach przeciwko Chile: atakował porty, topił statki, sabotażował linie komunikacyjne. Stał się bardzo dokuczliwym zagrożeniem dla Chile.

Niestety 8 października 1879 roku Huascar zakończył swoją służbę we flocie peruwiańskiej. Został on w końcu przechwycony przez Chile. Wydarzenie to przesądziło o zwycięstwie w wojnie. Chile mogło się już praktycznie bez żadnych ograniczeń poruszać po wodach przybrzeżnych transportując wojska między miastami.

Nie był to jednak koniec kariery Huascara. Został on bowiem wcielony do floty chilijskiej i tam wiernie służył aż do roku 1897. Już od 1934 roku można go było zwiedzać, a w 1952 otwarto w nim muzeum. Jest on uznawany za jeden z najważniejszych okrętów Ameryki Południowej.

------------------------------------------------------

Zanim wróciliśmy do Concepcion poszliśmy na spacer wzdłuż wybrzeża. Talcahuano zostało poważnie dotknięte przez tsunami w 2010 roku. Jego skutki do dziś wyraźnie widać w mieście. Poprzewracane i pordzewiałe statki w porcie, poniszczone domy... Wszystko to robi dosyć przygębiające wrażenie. Jednakże samo nabrzeże zostało ładnie odrestaurowane: pootwierano nowe restauracje, informację turystyczną, sklepy z pamiątkami, jest tu ładny deptak. W porcie natomiast można przyglądać się bawiącym się ze sobą lwom morskim. Stanowi to bardzo wyrazisty kotrast i pokazuje jak doskonale Chile odradza się po kataklizmach takich jak trzęsienia ziemi, które zdarzają sie tu na okrągło.

------------------------------------------------------

Nasz pobyt w Concepcion był krótki, ale bardzo intensywny. Czas nas powoli zaczął gonić, gdyż za nieco ponad miesiąc mieliśmy wracać do Europy, na stare śmiecie. Nie wiedzieliśmy jednak, że Ameryka Południowa szykuje dla nas tuż przed wyjazdem jeszcze jedną, niezapomnianą niespodziankę...

poniedziałek, 13 października 2014

Relaks w stolicy aktywnego wypoczynku - Pucon

Pucon jest bardzo popularnym miejscem trekkingowym w Chile. Co roku tysiące turystów przyjeżdżają tutaj aby wspiąć się na szczyt górującego nad miasteczkiem wulkanu Villarica. I my początkowo mieliśmy taki plan. Ten jednak został zweryfikowany przez pogodę.

Gdy dotarliśmy do Pucon niebo pokrywały ciężkie chmury, z których siąpił rzęsity deszcz. W takich warunkach musieliśmy szukać nocelgu. Gdy tylko udało się nam dostać przyzwoitą dwójkę (z jakiegoś powodu w Pucon pokoje wieloosobowe nie są zbyt popularne...), z przyjemnością zakopaliśmy się w ciepłe kołdry i popijając ciepłą herbatkę zabraliśmy się za nadrabianie zaległości zdjęciowo / blogowo / pamiętnikowych.

Drugiego dnia pospałam prawie do południa, jednak gdy otworzyłam oczy przywitało mnie piękne słońce. Niestety było już za późno, aby pojechać do słynnych gorących źródeł. W związku z tym zdecydowaliśmy się spędzić dzień włócząc się po miasteczku i dalej odpoczywając.

Pomimo słonecznej pogody wulkan Villarica spowity był w zasłonie chmur. Przesądziło to o naszych planach i zdecydowaliśmy się wykorzystać pobyt w Pucon, aby odpocząć po intensywnym pobycie w Patagonii, zamiast zdobywać kolejne szczyty.

Miasteczko okazało się być mega turystyczne: niemal w każdym budynku znajdował się a to hostel, a to agencja turystyczna, a to restauracja, a to skelp z pamiątkami. Wszystko czego turysta może zapragąć. Agencje organizowały trekkingi na wulkan, wyjazdy do źródeł termalnych, spływy kajakowe, raftingi, skoki ze spadochronem, jazdę konną... Nic tylko mieć wór pieniędzy i korzystać z tych wszelkich atrakcji!

Pucon położony jest nad jeziorem Villarica, do którego sobie spacerem doszliśmy. Znajduje się tam niezbyt atrakcyjna czarna plaża, na której wypoczywało trochę ludzi. Jezioro jest malowniczo otoczone przez wysokie, porośnięte lasem góry. Posiedzielśmy trochę na jego brzegu podziwiając widoki, ale ileż tak można siedzieć lampiąc się w góry? ;) Nieco znudzeni wróciliśmy do hostelu grzać kości korzystając z takich to udogodnień cywilizacji jak Wi-Fi i TV (i kto by pomyślał, że jednak można się za nimi nieco stęsknić! :P)

Wieczorem, gdy ponownie wyszłam na spacer po miasteczku, wulkan Villarica wreszcie wyłonił się zza chmur ukazując swoją niemal idealnie symetryczną, pokrytą śniegiem figurę. Zaaferowana poleciałam do hostelu zawołać Albina, żeby i on mógł zobaczyć ten cud natury. Porobiliśmy trochę zdjęć, a w międzyczasie chmury znowu zaczęły się zbierać nad szczytem.

Nasz ostatni dzień w Pucon wykorzystaliśmy na wyjazd do ciepłych źródeł. Wokół Pucon znajduje się całkiem sporo źródeł termalnych co jest ściśle związane z aktywnością wulkaniczną. Z szerokiej oferty zdecydowaliśmy się wybrać do Los Pozones, które nie tylko były najtańsze, ale wyglądały najbardziej natuarlnie (czyt. Jak zwykła dziura w ziemi otoczona stosem kamieni, a nie 5* SPA, z eleganckimi basenami, masażami, jacuzzi i całą gamą innych usług, z których i tak byśmy nie skorzystali.


Pani w kasie poradziła nam abyśmy się udali do najdalej położonego z basenów. Na początku nie bardzo wiedzieliśmy o co jej może chodzić. Gdy zeszliśmy na dół okazało się, że do wcześniejszych term nie zdążono jeszcze nalać wody! Tylko ostatni z basenów zapewniał jako-taką kąpiel, ale i tak poziom wody nie sięgał wyżej niż do kolan. Mało tego: w tym ostatnim basenie woda nie była wcale aż tak ciepła. W związku z tym zdecydowaliśmy się wrócić do jednego z wcześniejszych basenów, gdzie wody było nieco mniej, ale była o niebo cieplejsza.

Po pewnym czasie takie zwykłe grzanie kości zwyczajnie mi się znudziło. Wyszłam z wody, przeszłam się po okolicy, porobiłam zdjęcia i odkryłam, że w pobliżu naszego basenu znajduje się wejście do górskiego potoku. Delikatnie zanużyłam czubek dużego palca u nogi sprawdzając temperaturę wody: brrrr! Zimna!


Wskoczyłam ponownie do gorącego basenu. Gdy znowu poczułam, że zrobiło mi się gorąco szybko wyskoczyłam z wody i pędem poleciałam do strumienia. Bez chwili wahania wskoczyłam do lodowato zimnej wody i momentalnie poczułam jakby w ciało wbijano mi miliony zimnych szpileczek. Nie dało się tam wytrzymać dłużej niż 15 sekund.

Trzy razy odbyłam taką wycieczkę mając nadzieję zahartować się na resztę wyjazdu. W końcu i Albin dał się namówić do wskoczenia do potoku, ale chyba nawet on był zaskoczony temperaturą wody.

W sumie w termach mogliśmy spędzić 3 godziny (tyle mieliśmy czasu między autobusami). Jednak już po dwóch godzinach nie bardzo wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Zdecydowanie nie należymy do osobników, które potrafią godzinami leżeć w jednym miejscu! Za bardzo nas nosi! A takie gorące źródła, to na dłuższą metę jednak cholernie nudna sprawa...


Tak leniwie zleciał nam czas w miejscu z jedną z najbardziej urozmaiconych ofert dla miłośników aktywnego wypoczynku. Ale zdecydowanie potrzebowaliśmy tego relaksu, aby podładować baterie i z nową dawką energii ruszyć w ostatni etap naszej podróży.