czwartek, 3 października 2013

Wyprawa do dzungli czy niedzielny spacer po lesie? / Expedition to the jungle or Sunday walk in the forest?

Scroll down for the English version

I znowu w naszej historii pojawia się Shaul. Tym razem wraz z jego przewodnikami wybraliśmy się na 9-dniowy trekking do dżungli. Trzeba przyznać, że wyprawa była niesamowita! Zaczęło się od naprawdę szalonej jazdy autobusem Drogą Śmierci. Jechaliśmy w kierunku Rurrenabaque. Udało się nam zająć miejsca na górze z przodu autobusu, gdzie widoki mijanych na milimetry przepaści mroziły krew w żyłach. Siedzący po lewej stronie pan, wyglądał jakby miał za chwilę dostać zawału serca, za każdym razem, gdy nasz autobus zbliżał się do krawędzi. Nam jednak ta jazda podobała się na tyle, że zapowiedziałam Albinowi, że gdy będziemy jechać w stronę Brazylii koniecznie musimy siedzieć z przodu i do tego po lewej stronie, z której to strony właśnie znajdują się przepaście. 

Po około 18 godzinach jazdy, w końcu dotarliśmy do celu. Była 2-ga w nocy i jedyne o czym marzyliśmy to spanie. Weszliśmy nieco w las, gdzie przewodnicy dali nam moskitiery i już bez rozbijania namiotu położyliśmy się spać. Jednak nie było łatwo zasnąć. Otaczająca nas kakofonia dźwięków nieco przerażała. Słyszałam cale mnóstwo najprzeróżniejszych owadów, a także (jak mi się wydawało) jakieś większe zwierze. Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Pierwsza noc w dźungli zdecydowanie nie należała do najprzyjemniejszych.

W dzień przemieszczaliśmy się wzdłuż rzek, co chwila musząc przez nie przechodzić. Trzeba było uważać na śliskich kamieniach, aby nie wylądować w wodzie. Co jakiś czas otaczały nas zupełnie nam nie znane zapachy oraz dźwięki. Nasz przewodnik z cierpliwością odpowiadał na moje liczne pytania dotyczące dźungli. W nocy znowu nie było nam dane się wyspać. Gdy położylismy się do namiotu okazało się, że jest on pełen termitów! Nie pomogły nasze moskitiery, z których nie dało się wyplenić tego robactwa. Nasza nieskuteczna walka trwała jakąś godzinę. Po tym czasie, pokonani, zdecydowaliśmy się przenieść na plażę. 

Kolejne dni przynosiły coraz to nowe niespodzianki: głęboki kanion, przez który musieliśmy się przedzierać skacząc do wody z wysokości 3 metrów, pływanie w rzekach na naszych plecakach, coraz to nowe i głębsze rzeki... Przez większość czasu ścieżki trzeba było oczyszczać maczetami. Albin tak się wyrobił, że pod koniec machał nią jak zawodowiec :)

W czasie wędrówki udało się nam zobaczyć nieco zwierząt: tapiry, małpy, papugi. Raz wprost na naszej ścieżce pojawił się jadowity wąż. Nasi przewodnicy, w głębszych rzekach łowili olbrzymie ryby, a raz udało się im upolować jochi – dużego gryzonia, który uważany jest za miejscowy przysmak. Albin natomiast upolował płaszczkę – niebezpieczne zwierzę, które kryjąc się w piaskach przybrzeżnej wody może nas zaatakować swoim kolcem jadowym jeśli nieopatrznie na nią staniemy. Rana po takim ukąszeniu podobno niesamowicie boli i bardzo długo się goi. 

Albin stwierdził (nie bez racji), że w dżungli prawie wszystko chce nas albo zabić, albo przynajmniej uszkodzić. Co chwila ktoś z naszej grupy, a to został zaatakowany przez maleńkie, ale niesamowicie jadowite mrówki zwane cariños, a to ugryziony przez osę, a to oparzony przez jakąś roślinę... Na koniec wędrówki wszyscy wyglądaliśmy jak jacyś rozbitkowie: w podartych spodniach, poobijani, pogryzieni... 

Były jednak i momenty, kiedy szło się bardzo przyjemnie: słoneczko świeciło, wiał delikatny wiaterek, a dookoła nas nie rosła bardzo gęsta roślinność. Wtedy miałam wrażenie, że jestem na niedzielnym spacerze w lesie. Jednak, to właśnie te momenty, kiedy było ciężko przypominały mi, że jestem na prawdziwej wyprawie w dżungli. Wyprawie, która była moim marzeniem, od kiedy jako nastolatka zaczytywałam się w coraz to nowe książki podróżnicze. Gdy po raz kolejny musiałam wejść do rzeki, a wcale nie było mi aż tak ciepło, gdy przechodziłam po zawalonych pniach drzew, nie mając pewności czy z nich nie spadnę, gdy walczylam z mrówkami, parzyły mnie rośliny oraz gryzły komary – to właśnie wtedy wiedziałam, że jestem w dżungli. I może to zabrzmi dziwnie (gdyż na ogół nie lubię się torturować), ale naprawdę mi się to podobało. Szczerze mówiąc pomimo, że wyprawa nie należała do najłatwiejszych (większa część naszej grupy miała sporo kryzysów w ciągu tych 9 dni), to ja spodziewałam się, że będzie dużo ciężej. I być może właśnie dlatego pomimo trudów, ukąszeń komarów, bródu, zimna (przez parę dni pogoda nie była najlepsza i trochę padało...), upału (jak tylko wychodziło słońce robiło się niesamowicie gorąco) tak bardzo mi się podobało. 

Nie obeszło się jednak bez strat: Albin zgubił koszulę i bandamkę w rzece, ja natomiast wylądowałam po szyje w wodzie, w której zamoczyłam również aparat. Niestety nie przeżył on tej kąpieli i teraz będziemy musieli kupić nowy sprzęt.... :( 

Teraz wróciliśmy do La Paz, gdzie uzupełniamy bagaż, reperujemy sprzęt, aby następnie wyruszyć do kolejnego państwa: Brazylii. Zaczynamy od dżunglii, ale po naszej wyprawie już mniej więcej wiemy jak się zachowywać i czego się spodziewać.


English:

And again in our history appears Shaul. This time we took the nine - day trek into the jungle with his guides. I must admit that the trip was amazing! It started with a really crazy bus ride on the Death Road. We drove towards Rurrenabaque. We took seats at the top in the front of the bus, where the views could froze blood in our veins. A guy sitting on the left side of the bus appeared as if he was about to get a heart attack every time when our bus approached the edge. However, we enjoyed this ride so much that I have announced that when we go in the direction of Brazil's we have to take seats in the front and to the left.

After about 18 hours of driving, we finally reached our destination. It was 2am and the only thing we dreamed of was sleeping. We walked a little in the forest, where the guides gave us mosquito nets and that time without the tent we went to sleep. But it was not easy to sleep. Cacophony around us was a little scary. I've heard a lot of noises all sorts of insects, and (as I thought) some larger animal as well. My imagination was working at full capacity. The first night in the jungle definitely was not the most pleasant.

On the day we were moving along the river, every now and then having to go through them. We had to be careful on slippery rocks, so as not to end up in the water. Every now and then we were surrounded by completely unknown to us smells and sounds. Our guide patiently answered my numerous questions about the jungle. At night, again, it was not given to us to get some sleep. When we put up the tent, it turned out that it is full of termites! Our mosquito nets did not help. Our unsuccessful fight lasted about an hour. After this time, defeated, we decided to move to sleep on the beach.

The next day brought more new surprises: a deep canyon through which we had to wade into the water by jumping from a height of 3 meters, swimming in rivers on our backpacks, new and deeper river... Most of the time the path had to be cleaned with machetes and Albin could practice so much that at the end he was waving it like a pro :)

During the trek we were able to see some of the animals: tapirs, monkeys, parrots. Once right on our path venomous snake appeared. Our guides were fishing in deeper rivers giant fish, and once they were able to hunt a jochi - a large rodent that is considered a local delicacy. Albin hunted stingray - a dangerous animal that is hiding in the sands of the coastal water and can attack by spike venom if one carelessly stand on it. After the bite wound is apparently incredibly painful and it takes ages to heal.

Albin said (not without reason) that almost everything in the jungle wants or to kill us, or at least damage. Every now and then someone in our group was attacked by tiny but extremely poisonous ants called Carinos, some were bitten by a wasp, and some scalded by a plant... At the end of the journey we all looked like some survivors: a torn pants, bruised, bitten...

There were, however, moments when it was all very nice: sun was shining, a gentle breeze was blowing, and all around us did not grow very dense vegetation. Then I felt that I was on a Sunday walk in the woods. However, it is precisely those moments when it was hard to remind me that I'm on a real expedition in the jungle. Expedition which was my dream since I was a teenager. When once again I had to go to the river and I was not quite as warm; when going through the collapsed tree trunks, not sure if I fall out of them; when I struggled with ants, plants and biting mosquitoes - that's when I knew I'm in the jungle. It may sound strange (as usually I do not like to torture myself), but I really liked it. Honestly though, that the expedition was not the easiest one (most of our group had some crises during these nine days), I expected it would be much harder. And perhaps that is why, despite the hardships, mosquito bites, cold (few days the weather was not the best and it was raining a little...), heat (as soon as the sun came out it was getting incredibly hot), I loved it.

There were some losses though: Albin lost his shirt and bandana in the river and I ended up neck-deep in the water, which soaked the camera. Unfortunately it did not survive the swim and now we have to buy new equipment... :(

Now we returned to La Paz and soon we are leaving for another country: Brazil. We start from the jungle, but after our trip we already more or less know how to behave and what to expect and we are really looking forward to it :)


2 komentarze:

  1. Jak ja bym chciała coś takiego przeżyć. Historie, jak u Indiana Jones. Prawdziwi z Was wielbiciele przygód. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nic trudnego: uzbierac troche pieniedzy i w droge :) Ciesze sie, ze podobaja Ci sie nasze przygody :) Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń