środa, 30 października 2013

Amazonska goscinnosc / Amazing Amazonian hospitality

Scroll down for the English version

Granicę boliwijsko – brazylijską przekroczyliśmy w Guayaramerin i stamtąd autobusem dostaliśmy się do Porto Velho. Od tej pory, aż do wybrzeża Atlantyku przemieszczaliśmy się na łodziach: najpierw do Manaus, a następnie 1770 km do Belem. Tym co nas najbardziej urzekło w Amazoni są ludzie. I to właśnie o nich będzie ten post.

Porto Velho – Homely

Wysiadamy na dworcu w Porto Velho z klimatyzowanego autobusu prosto w południowoamerykański żar. Upał jest nieziemski. Gorące, wilgotne powietrze oblepia nasze nieprzyzwyczajone do wysokich temperatur ciała. Idziemy kupić kartę telefoniczną i dzwonimy do Homely’ego – naszego pierwszego brazylijskiego hosta. Pomimo początkowych problemów ze zrozumieniem się (okazuje się bowiem, że boliwijski bus terminal nie jest tutaj pojęciem zrozumiałym i dopiero portugalskie rodoviaria pozwala nam się w końcu porozumieć) dogadujemy się, że Homely przyjedzie nas odebrać z dworca autobusowego. Czekamy cierpliwie z naszymi wielkimi bagażami, a w międzyczasie na zewnątrz rozpoczyna się prawdziwa tropikalna ulewa. Cieszymy się, że nie musimy nigdzie iść.

Po paru minutach na dworcu pojawia się uśmiechnięty od ucha do ucha i nieco zmoknięty Homely. Na szczęście udało mu się zaparkować samochód niedaleko wejścia więc i tym razem nam się upiekło i nie zmokliśmy za bardzo. Rozmawiając jedziemy do jego domu. Nasz host mieszka sam w malutkim domku jednorodzinnym, na strzeżonym osiedlu z basenem. Jednak nie spędzamy tam zbyt wiele czasu, tylko jedziemy zwiedzać miasto.


Homely zawozi nas do wszystkich atrakcji Porto Velho: nad Rio Madeira, do Muzeum Kolei Madeira – Mamore, do portu. Ponieważ powiedzieliśmy mu, że koniecznie chcemy spróbować jakiegoś lokalnego jedzenia specjalnie dla nas szuka tacaca, czyli zupy z krewetek ze specjalnymi liśćmi, które parzą język.

Mamy szczęście, że Homely ma akurat wakacje i może z nami spędzać całe dnie. Pomaga nam kupić bilet na łódź do Manaus, zawozi nas na spotkanie z członkami jednego z lokalnych plemion, którzy obecnie mieszkają w mieście, pomaga nam rozwiązać problem z naszym bankiem obwożąc nas po wszystkich możliwych bankomatach w okolicy. Szczególnego plusa u Albina zaskarbia sobie zabierając nas na przepyszny deser z acai, w którym Albin momentalnie się zakochuje.

Do tego Homely jest największym propagatorem idei Couch Surfingu jakiego spotkaliśmy na naszej drodze. Pomimo, że sam do tej pory gościł zaledwie parę osób, stara się wszystkich namówić do otwarcia swoich domów na podróżnych. Intensywnie stara się przekonać swoją dziewczynę: Suzi do poznawania wszystkich przyjeżdżających do niego osób oraz nauki angielskiego :) Podczas wizyty u jego znajomej kręci filmik, w którym tłumaczy co to jest Couch Surfing i nawet nam się trafiła w nim rola :)

Jeszcze przed naszym wyjazdem razem z Suzi jedziemy na typowe brazylijskie śniadanie: tapiokę. Jest to rodzaj naleśnika zrobionego jest jedynie z zasmażanej mąki z juki. Do tego sok z caju – lokalnego owocu. Podczas śniadania serwująca je nam na rynku pani rozpoczyna z nami rozmowę ciekawa tego, co robimy w Porto Velho i jak nam się podoba Brazylia. Zgodnie z prawdą odpowiadamy, że jesteśmy oczarowani tutejszą gościnnością.

Manaus – Keila i Cleuterson

Trzy dni na łódce i nieco spóźnieni dopływamy do Manaus. To półtoramilionowe miasto chciałam odwiedzić już od wielu lat, więc teraz wysiadam na ląd z dobrze sobie znaną nutką niecierpliwości. Szukamy kafejki internetowej, aby sprawdzić jak możemy dojechać do Keili, która zgodziła się nas do siebie przygarnąć. Nie jest to jednak łatwe zadanie – od razu widać, że Brazylia jest cywilizowanym krajem i każdy ma tutaj internet u siebie w domu, bądź w telefonie. Kafejka internetowa nie jest chyba zbyt dochodowym interesem. W końcu od pytanych na ulicy ludzi, udaje mi się dowiedzieć, że w Teatro Amazonico jest darmowe Wi-Fi. Podniecona idę w kierunku Opery. Opery, której zobaczenie marzya)o mi się przynajmniej od IV klasy liceum, kiedy to zdając egzaminy na studia w Poznaniu byłam o nią pytana. Tym razem jednak nie ma czasu na dłuższą konteplację jej wspaniałej architektury. Podłączam się do internetu i sprawdzam nasz dojazd.

Okazuje się, że Keila mieszka w stosunkowo nowej dzielnicy miasta, 40 minut od centrum. Ale co to dla nas! Z naszymi plecakami ładujemy się do zapchanego autobusu i staramy się zająć jakieś sensowne miejsce. W Brazylii panuje taka dosyć irytująca zasada, że wsiada się do autobusu jednymi drzwiami, a wysiada drugimi. W związku z tym, aby wysiąść trzeba przejść przez cały autobus, co dla ludzi podróżujących z bagażami na pewno nie jest łatwym zadaniem.

Bez większych problemów znajdujemy dom Keili. Otwiera nam jej mama, która wprawdzie nie mówi za bardzo po angielsku, ale stara się jak może z nami porozumieć. Dzwoni po Keili, która razem z Cleutersonem chodzą z góry witając się z nami serdecznie. Dostajemy na własny użytek całe mieszkanie, które później dzielimy razem z dwoma szalonymi Rosjanami, którzy tak jak i my podróżują po Ameryce Południowej.

Nasze spotkanie z Keilą i Cleutersonem toczy się głównie wokół jedzenia.

Pierwszego dnia po przyjeździe Keila wraz z mężem serwują nam pyszne brazylijskie śniadanie: tapioca z bananem i serem, pão do queijo (chleb serowy), kuskus z wiórkami kokosowymi, kanapki z tucumana oraz pamonha – rodzaj fioletowego ziemniaka. Istna uczta dla podniebienia! Wieczorem w ramach podziękowania za śniadanie oraz gościnę robimy z Albinem pierogi. Postanowiliśmy spróbować je z nadzieniem bananowo-mango, które wyszło nawet całkiem nieźle.

Drugiego dnia pojawia się Dimitriej – szalony Rosjanin, który na stopa przepłynął Amazonkę od Santarem do Manaus. Tego dnia wieczorem, razem z Alexem świętujemy. Okazuje się bowiem, że mamy urodziny tego samego dnia, a ponieważ były one zaledwie trzy dni temu, postanawiamy je razem uczcić. Alexiej kupuje ciasto, Keila robi lemoniadę, wszyscy śpiewają nam Happy Birthday, a na koniec Keila i Cleuterson odśpiewują nam portugalską wersję tej popularnej piosenki urodzinowej. Jest przy tym dużo śmiechu i zabawy.

Ostatniego wieczora wszyscy zostajemy zaproszeni na obiad przy basenie. Serwowana jest wielka (przynajmniej jak dla nas) ryba – tambaqui. Przy stole razem z nami siedzą rodzice Keily – wygadana mama, oraz nieco wyciszony tata, który okazuje się być kolekcjonerem... past do zębów z całego świata :) Dajemy mu resztkę pasty, która nam została z Boliwii. Po kolacji gramy w basenie w „piranię” czyli naszą wymyśloną na poczekaniu odmianę „berka”. Nawet nie wiemy, kiedy mija północ i trzeba iść spać.

Belem – Lysmar

Kolejne 4 dni na łodzi z Manaus do Belem. Nowi ludzie, nowe przygody i ciągle płynąca koło nas Królowa Rzek – Amazonka. Wysiadamy w porcie i razem z grupką poznanych na łodzi gringosów idziemy na śniadanie. Nie chcemy budzić naszych hostów zbyt wcześnie rano w niedzielę. Już tradycyjnie jemy naszą ulubioną tapioca, wysyłamy SMS-a do Lysmara i zabieramy się w drogę. Trochę nam schodzi, gdyż po drodze odprowadzamy do hosteli naszych nowych znajomych.

Gdy w końcu docieramy na miejsce, drzwi otwiera nam sympatycznie wyglądający i doskonale mówiący po angielsku Lysmar. Zostawiamy bagaże i razem z Walterem (Couch Surferem z Estoni) ruszamy zwiedzać miasto. Lysmar jest doskonałym przewodnikiem – świetnie zna swoje miasto, jego główne atrakcje, stare uliczki oraz miejsca gdzie można tanio zjeść lub napić się piwa. Na zwiedzaniu Belem schodzi nam cały dzień.

Lysmar jest doświadczonym Couch Surferem, który zarówno sporo gościł jak i był goszczony podczas swoich licznych podróży. Zjechał już sporą część Europy oraz Ameryki Południowej. Czyni go to wspaniałym rozmówcą, z którym mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów do rozmowy.

Wieczorem Walter postanawia przygotować caprinię – rum z trzciny cukrowej (cachasa) z lodem, cukrem i limonką. Od tej pory staje się to jego popisowym drinkiem, który pijemy każdego wieczora.

Drugiego dnia w odwiedziny do Lysmara przychodzi jego znajomy z Niemiec – Manfred. Przy kolejnej caprini pada pomysł – jutro jedziemy razem na plażę na wyspę pić zrobioną przez Waltera caprinię! Całkiem spontaniczny pomysł przeradza się w konkretny plan: przygotowujemy limonki, cukier, pojemnik na lód. Manfred obiecuje zabrać z domu cachasę.

Wstajemy rano, jemy przygotowaną przeze mnie tapioca i ruszamy w drogę. Do portu docieramy dopiero po półtorej godziny jazdy w korkach. Małym stateczkiem płyniemy na wyspę w międzyczasie z nudów grając w Uno. Plaża jest cudna: piaszczysta, szeroka i... pusta. Jest środek tygodnia więc całe miejsce mamy praktycznie tylko dla siebie. Szalejemy w słodkich falach Amazonki. W tym całym szaleństwie gubię swoje okulary przeciwsłoneczne... Nie jest dobrze... Na szczęście jest caprinia na poprawę humoru :) Powoli mija nam czas do późnego popołudnia, kiedy to musimy wracać do Belem.

Przedstawiona tu trójka couch surferów, to zaledwie mały procent ludzi, których spotkaliśmy na swojej drodze. Niesamowitych Brazylijczyków, którzy otworzyli przed nami swoje serca, domy, okazywali serdeczność i życzliwość niemal na każdym kroku. Pomimo, że do Amazoni chciałam przyjechać głównie dla wszechobecnej dżunglii, to jednak tutejsi ludzie zostaną na zawsze w mojej pamięci. Dziękujemy bardzo za Waszą gościnność :)


English:

The Brazilian boundary we crossed in Guayaramerin and from there we got a bus to Porto Velho. From there until the Atlantic coast we were moving around by the boat, first to Manaus and then 1770 km to Belem. The thing that impressed us the most in the Amazon were the people. And this post is all about them.

Porto Velho - Homely

We get off from the air-conditioned bus at the train station in Porto Velho straight into the South American heat. The heat is otherworldly. Hot, humid air sticks to our bodies unaccustomed to high temperatures. We're going to buy a phone card and call Homely - our first Brazilian host. Despite initial difficulties in understanding (it turns out that the Bolivian bus terminal is not common word and only Portuguese Rodoviaria helps us to finally understand each other) we get on that Homely will come to pick us up from the bus station. We are waiting patiently with our big bags. In the meantime the real tropical downpour starts out. We are glad that we do not have to go anywhere.

After a few minutes at the station smiling from ear to ear Homely appears. Fortunately, he was able to park the car near the entrance so this time we got away and don’t get wet too. Talking we are driving to his house. Our host lives alone in a small detached house in a gated community. But do not spend too much time there, just go to explore the city.

Homely takes us to all the attractions of Porto Velho: the Rio Madeira, Madeira – Mamore Railway Museum, to the port. As we told him that we really wanted to try some local food, especially for us he is looking for tacaca – soup with prawns with special leaves which infuse the tongue.


We're lucky that Homely has holiday now so he can spend the whole day with us. he helps us to buy a ticket for the boat to Manaus, takes us to a meeting with members of one of the local tribes, who currently live in the city, he helps us to solve the problem with our bank driving us to all possible ATMs in the area. He gets extra point from Albin for taking us on a delicious dessert with acai, which Albin immediately falls in love with.

Homely is the greatest promoter of Couch Surfing idea who we met on our way. Despite the fact that he has so far hosted only a few people, he is trying to persuade everyone to open homes to travellers. He also really tries to convince his girlfriend Suzi to meet everyone who comes to him and to learn English :) While visiting his friend he makes a video in which he explains what is Couch Surfing and we take part in it :)

Before we left to Manaus together with Suzi we go to typical Brazilian breakfast: tapioca - It is a kind of pancake made only with fried yucca flour and caju juice. We eat breakfast at the market and woman serving it asks us what we do in Porto Velho and how we like Brazil. Truthfully we answer that we are enchanted by the local hospitality.

Manaus - Keila and Cleuterson

Three days on a boat and a little late we reach Manaus. This 1.5-milion city I wanted to visit for many years, so now I get off to the land with the well -known touch of impatience. We are looking for an Internet cafe to see how we can get down to Keila, who agreed to host us for a few days. This is not an easy task - you can easily see that Brazil is a civilized country and everyone has the internet at home or on the phone. Internet cafe is probably not a very profitable business. After asking people on the street, I manage to find out that in the Teatro Amazonico is free Wi-Fi. Excited I go towards the Opera House. Opera, which I wanted to see at least since the fourth year of high school, when on the exams for the University in Poznan I was asked about it. This time, however, there is no time or the long contemplation of its magnificent architecture. I connect to the Internet and check our route.

It turns out that Keila lives in the relatively new district of the city, 40 minutes from downtown. But what is it for us?! With our backpacks we load a stuffy bus and try to take a good place. In Brazil, there is rather annoying rule that passengers board the bus by one door, and gets off by another. Therefore, to get off the bus one needs to go through the whole bus what for the people traveling with luggage is definitely not an easy task.

Without any problems we get to Keila’s home. Her mother opens us the door and even though she does not speak too much English she tries as she can to communicate with us. She call Keila, who together with Cleuterson come greeting us warmly. We get the entire flat for personal use. Just later we share it with two crazy Russians who travel around South America as we do.

Our meeting with Keila and Cleutersonem takes place mainly around food.


On the first day after the arrival Keila and her husband serve us a delicious Brazilian breakfast: tapioca with banana and cheese, pão do queijo (cheese bread), couscous with dried coconut, sandwiches with Tucumã and pamonha – a kind of purple potatoes. A veritable feast for the palate! In the evening, as a thank you for the breakfast and the hospitality with Albin we make Polish pierogi. We decided to try them stuffed with banana and mango and it came up pretty good.

On the second Dimitri comes. He is a crazy Russian who travelled the Amazon River hitchhiking from Santarem to Manaus. In the evening, along with Alex we are celebrating. It turns out that we have the same birthday, and since they were only three days ago, we decide to celebrate them together. Alexiej buys a cake, Keila makes lemonade, we all sing Happy Birthday and at the end of Keila and Cleuterson sing us a Portuguese version of the popular birthday song. All the time there is a lot of laughter and fun.

Last night we all are invited to dinner by the pool. The big (at least for us) fish – Tambaqui is served. At the table with us sit Keila’s parents - outspoken mother and somewhat muted dad, who happens to be a collector of... toothpaste from all over the world :) We give him the paste from Bolivia. After dinner we play "piranha" at the pool. “Piranha” is a game that we invented on the spur of the variety "tag". We do not know when midnight passes and we have to go to sleep.

Belem - Lysmar

The next four days we spend on a boat from Manaus to Belem. New people, new adventures and The Queen of Rivers - Amazon constantly flowing around us. We get off at the port and together with a group of gringos known from the boat we go for breakfast. We do not want to wake our hosts too early in the morning on Sunday. Traditionally, we eat our favourite tapioca, send a text message to Lysmar and short after that we are on the way. It takes us a good while because on the way we walk with our new friends to their hostels.

When we finally reach the place Lysmar, who speaks English really well opens the door for us. We leave our luggage and together with Walter (Couch Surfer from Estonia) we go to explore the city. Lysmar is an excellent guide – he is very familiar with his city, its main attractions, old streets and places where you can eat or drink cheap beer. The visiting Belem takes us all day.

Lysmar is an experienced Couch Surfer, who both hosted and was hosted during his many travels. He has visited already the already large part of Europe and South America. This makes him a great conversationalist, with whom we had a lot of common topics to talk about.

In the evening, Walter decides to prepare Caprinha - sugar cane rum (Cachaca) with ice, sugar and lime. Since then, it becomes his spectacular drink that we drink every night.

On the second day Lysmar’s friend from Germany - Manfred is coming to visit him. Suddenly the idea of going to the beach and drinking caprinha the next day is coming. Quite a spontaneous idea turns into a concrete plan: we prepare lime, sugar, ice bucket. Manfred promises to bring Cachaca .

We get up in the morning, eat tapioca and we set off. It takes us almost one and a half hour drive in traffic to reach the port. A small boat takes us to the island. In the meantime, out of boredom, we are playing Uno. The beach is marvelous: sandy, wide and... empty. It's midweek so we have the whole place practically to ourselves. We are rockin ' in the sweet waves of the Amazon. In all this madness, I am losing my sunglasses... It is not good... Fortunately, there is Caprinha to improve my humour :) Time slowly passes until late afternoon, when we go back to Belem.


Here are presented only three couch surfers and they are only a small percentage of the people we met on the way. Amazing Brazilians who have opened to us their hearts, houses, showed the warmth and friendliness at almost every step. Although I wanted to come to the Amazon mainly for the ubiquitous jungle it is the people here that will be forever in my memory. Thank you very much for your hospitality :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz