środa, 30 października 2013

Amazonska goscinnosc / Amazing Amazonian hospitality

Scroll down for the English version

Granicę boliwijsko – brazylijską przekroczyliśmy w Guayaramerin i stamtąd autobusem dostaliśmy się do Porto Velho. Od tej pory, aż do wybrzeża Atlantyku przemieszczaliśmy się na łodziach: najpierw do Manaus, a następnie 1770 km do Belem. Tym co nas najbardziej urzekło w Amazoni są ludzie. I to właśnie o nich będzie ten post.

Porto Velho – Homely

Wysiadamy na dworcu w Porto Velho z klimatyzowanego autobusu prosto w południowoamerykański żar. Upał jest nieziemski. Gorące, wilgotne powietrze oblepia nasze nieprzyzwyczajone do wysokich temperatur ciała. Idziemy kupić kartę telefoniczną i dzwonimy do Homely’ego – naszego pierwszego brazylijskiego hosta. Pomimo początkowych problemów ze zrozumieniem się (okazuje się bowiem, że boliwijski bus terminal nie jest tutaj pojęciem zrozumiałym i dopiero portugalskie rodoviaria pozwala nam się w końcu porozumieć) dogadujemy się, że Homely przyjedzie nas odebrać z dworca autobusowego. Czekamy cierpliwie z naszymi wielkimi bagażami, a w międzyczasie na zewnątrz rozpoczyna się prawdziwa tropikalna ulewa. Cieszymy się, że nie musimy nigdzie iść.

Po paru minutach na dworcu pojawia się uśmiechnięty od ucha do ucha i nieco zmoknięty Homely. Na szczęście udało mu się zaparkować samochód niedaleko wejścia więc i tym razem nam się upiekło i nie zmokliśmy za bardzo. Rozmawiając jedziemy do jego domu. Nasz host mieszka sam w malutkim domku jednorodzinnym, na strzeżonym osiedlu z basenem. Jednak nie spędzamy tam zbyt wiele czasu, tylko jedziemy zwiedzać miasto.


Homely zawozi nas do wszystkich atrakcji Porto Velho: nad Rio Madeira, do Muzeum Kolei Madeira – Mamore, do portu. Ponieważ powiedzieliśmy mu, że koniecznie chcemy spróbować jakiegoś lokalnego jedzenia specjalnie dla nas szuka tacaca, czyli zupy z krewetek ze specjalnymi liśćmi, które parzą język.

Mamy szczęście, że Homely ma akurat wakacje i może z nami spędzać całe dnie. Pomaga nam kupić bilet na łódź do Manaus, zawozi nas na spotkanie z członkami jednego z lokalnych plemion, którzy obecnie mieszkają w mieście, pomaga nam rozwiązać problem z naszym bankiem obwożąc nas po wszystkich możliwych bankomatach w okolicy. Szczególnego plusa u Albina zaskarbia sobie zabierając nas na przepyszny deser z acai, w którym Albin momentalnie się zakochuje.

Do tego Homely jest największym propagatorem idei Couch Surfingu jakiego spotkaliśmy na naszej drodze. Pomimo, że sam do tej pory gościł zaledwie parę osób, stara się wszystkich namówić do otwarcia swoich domów na podróżnych. Intensywnie stara się przekonać swoją dziewczynę: Suzi do poznawania wszystkich przyjeżdżających do niego osób oraz nauki angielskiego :) Podczas wizyty u jego znajomej kręci filmik, w którym tłumaczy co to jest Couch Surfing i nawet nam się trafiła w nim rola :)

Jeszcze przed naszym wyjazdem razem z Suzi jedziemy na typowe brazylijskie śniadanie: tapiokę. Jest to rodzaj naleśnika zrobionego jest jedynie z zasmażanej mąki z juki. Do tego sok z caju – lokalnego owocu. Podczas śniadania serwująca je nam na rynku pani rozpoczyna z nami rozmowę ciekawa tego, co robimy w Porto Velho i jak nam się podoba Brazylia. Zgodnie z prawdą odpowiadamy, że jesteśmy oczarowani tutejszą gościnnością.

Manaus – Keila i Cleuterson

Trzy dni na łódce i nieco spóźnieni dopływamy do Manaus. To półtoramilionowe miasto chciałam odwiedzić już od wielu lat, więc teraz wysiadam na ląd z dobrze sobie znaną nutką niecierpliwości. Szukamy kafejki internetowej, aby sprawdzić jak możemy dojechać do Keili, która zgodziła się nas do siebie przygarnąć. Nie jest to jednak łatwe zadanie – od razu widać, że Brazylia jest cywilizowanym krajem i każdy ma tutaj internet u siebie w domu, bądź w telefonie. Kafejka internetowa nie jest chyba zbyt dochodowym interesem. W końcu od pytanych na ulicy ludzi, udaje mi się dowiedzieć, że w Teatro Amazonico jest darmowe Wi-Fi. Podniecona idę w kierunku Opery. Opery, której zobaczenie marzya)o mi się przynajmniej od IV klasy liceum, kiedy to zdając egzaminy na studia w Poznaniu byłam o nią pytana. Tym razem jednak nie ma czasu na dłuższą konteplację jej wspaniałej architektury. Podłączam się do internetu i sprawdzam nasz dojazd.

Okazuje się, że Keila mieszka w stosunkowo nowej dzielnicy miasta, 40 minut od centrum. Ale co to dla nas! Z naszymi plecakami ładujemy się do zapchanego autobusu i staramy się zająć jakieś sensowne miejsce. W Brazylii panuje taka dosyć irytująca zasada, że wsiada się do autobusu jednymi drzwiami, a wysiada drugimi. W związku z tym, aby wysiąść trzeba przejść przez cały autobus, co dla ludzi podróżujących z bagażami na pewno nie jest łatwym zadaniem.

Bez większych problemów znajdujemy dom Keili. Otwiera nam jej mama, która wprawdzie nie mówi za bardzo po angielsku, ale stara się jak może z nami porozumieć. Dzwoni po Keili, która razem z Cleutersonem chodzą z góry witając się z nami serdecznie. Dostajemy na własny użytek całe mieszkanie, które później dzielimy razem z dwoma szalonymi Rosjanami, którzy tak jak i my podróżują po Ameryce Południowej.

Nasze spotkanie z Keilą i Cleutersonem toczy się głównie wokół jedzenia.

Pierwszego dnia po przyjeździe Keila wraz z mężem serwują nam pyszne brazylijskie śniadanie: tapioca z bananem i serem, pão do queijo (chleb serowy), kuskus z wiórkami kokosowymi, kanapki z tucumana oraz pamonha – rodzaj fioletowego ziemniaka. Istna uczta dla podniebienia! Wieczorem w ramach podziękowania za śniadanie oraz gościnę robimy z Albinem pierogi. Postanowiliśmy spróbować je z nadzieniem bananowo-mango, które wyszło nawet całkiem nieźle.

Drugiego dnia pojawia się Dimitriej – szalony Rosjanin, który na stopa przepłynął Amazonkę od Santarem do Manaus. Tego dnia wieczorem, razem z Alexem świętujemy. Okazuje się bowiem, że mamy urodziny tego samego dnia, a ponieważ były one zaledwie trzy dni temu, postanawiamy je razem uczcić. Alexiej kupuje ciasto, Keila robi lemoniadę, wszyscy śpiewają nam Happy Birthday, a na koniec Keila i Cleuterson odśpiewują nam portugalską wersję tej popularnej piosenki urodzinowej. Jest przy tym dużo śmiechu i zabawy.

Ostatniego wieczora wszyscy zostajemy zaproszeni na obiad przy basenie. Serwowana jest wielka (przynajmniej jak dla nas) ryba – tambaqui. Przy stole razem z nami siedzą rodzice Keily – wygadana mama, oraz nieco wyciszony tata, który okazuje się być kolekcjonerem... past do zębów z całego świata :) Dajemy mu resztkę pasty, która nam została z Boliwii. Po kolacji gramy w basenie w „piranię” czyli naszą wymyśloną na poczekaniu odmianę „berka”. Nawet nie wiemy, kiedy mija północ i trzeba iść spać.

Belem – Lysmar

Kolejne 4 dni na łodzi z Manaus do Belem. Nowi ludzie, nowe przygody i ciągle płynąca koło nas Królowa Rzek – Amazonka. Wysiadamy w porcie i razem z grupką poznanych na łodzi gringosów idziemy na śniadanie. Nie chcemy budzić naszych hostów zbyt wcześnie rano w niedzielę. Już tradycyjnie jemy naszą ulubioną tapioca, wysyłamy SMS-a do Lysmara i zabieramy się w drogę. Trochę nam schodzi, gdyż po drodze odprowadzamy do hosteli naszych nowych znajomych.

Gdy w końcu docieramy na miejsce, drzwi otwiera nam sympatycznie wyglądający i doskonale mówiący po angielsku Lysmar. Zostawiamy bagaże i razem z Walterem (Couch Surferem z Estoni) ruszamy zwiedzać miasto. Lysmar jest doskonałym przewodnikiem – świetnie zna swoje miasto, jego główne atrakcje, stare uliczki oraz miejsca gdzie można tanio zjeść lub napić się piwa. Na zwiedzaniu Belem schodzi nam cały dzień.

Lysmar jest doświadczonym Couch Surferem, który zarówno sporo gościł jak i był goszczony podczas swoich licznych podróży. Zjechał już sporą część Europy oraz Ameryki Południowej. Czyni go to wspaniałym rozmówcą, z którym mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów do rozmowy.

Wieczorem Walter postanawia przygotować caprinię – rum z trzciny cukrowej (cachasa) z lodem, cukrem i limonką. Od tej pory staje się to jego popisowym drinkiem, który pijemy każdego wieczora.

Drugiego dnia w odwiedziny do Lysmara przychodzi jego znajomy z Niemiec – Manfred. Przy kolejnej caprini pada pomysł – jutro jedziemy razem na plażę na wyspę pić zrobioną przez Waltera caprinię! Całkiem spontaniczny pomysł przeradza się w konkretny plan: przygotowujemy limonki, cukier, pojemnik na lód. Manfred obiecuje zabrać z domu cachasę.

Wstajemy rano, jemy przygotowaną przeze mnie tapioca i ruszamy w drogę. Do portu docieramy dopiero po półtorej godziny jazdy w korkach. Małym stateczkiem płyniemy na wyspę w międzyczasie z nudów grając w Uno. Plaża jest cudna: piaszczysta, szeroka i... pusta. Jest środek tygodnia więc całe miejsce mamy praktycznie tylko dla siebie. Szalejemy w słodkich falach Amazonki. W tym całym szaleństwie gubię swoje okulary przeciwsłoneczne... Nie jest dobrze... Na szczęście jest caprinia na poprawę humoru :) Powoli mija nam czas do późnego popołudnia, kiedy to musimy wracać do Belem.

Przedstawiona tu trójka couch surferów, to zaledwie mały procent ludzi, których spotkaliśmy na swojej drodze. Niesamowitych Brazylijczyków, którzy otworzyli przed nami swoje serca, domy, okazywali serdeczność i życzliwość niemal na każdym kroku. Pomimo, że do Amazoni chciałam przyjechać głównie dla wszechobecnej dżunglii, to jednak tutejsi ludzie zostaną na zawsze w mojej pamięci. Dziękujemy bardzo za Waszą gościnność :)


English:

The Brazilian boundary we crossed in Guayaramerin and from there we got a bus to Porto Velho. From there until the Atlantic coast we were moving around by the boat, first to Manaus and then 1770 km to Belem. The thing that impressed us the most in the Amazon were the people. And this post is all about them.

Porto Velho - Homely

We get off from the air-conditioned bus at the train station in Porto Velho straight into the South American heat. The heat is otherworldly. Hot, humid air sticks to our bodies unaccustomed to high temperatures. We're going to buy a phone card and call Homely - our first Brazilian host. Despite initial difficulties in understanding (it turns out that the Bolivian bus terminal is not common word and only Portuguese Rodoviaria helps us to finally understand each other) we get on that Homely will come to pick us up from the bus station. We are waiting patiently with our big bags. In the meantime the real tropical downpour starts out. We are glad that we do not have to go anywhere.

After a few minutes at the station smiling from ear to ear Homely appears. Fortunately, he was able to park the car near the entrance so this time we got away and don’t get wet too. Talking we are driving to his house. Our host lives alone in a small detached house in a gated community. But do not spend too much time there, just go to explore the city.

Homely takes us to all the attractions of Porto Velho: the Rio Madeira, Madeira – Mamore Railway Museum, to the port. As we told him that we really wanted to try some local food, especially for us he is looking for tacaca – soup with prawns with special leaves which infuse the tongue.


We're lucky that Homely has holiday now so he can spend the whole day with us. he helps us to buy a ticket for the boat to Manaus, takes us to a meeting with members of one of the local tribes, who currently live in the city, he helps us to solve the problem with our bank driving us to all possible ATMs in the area. He gets extra point from Albin for taking us on a delicious dessert with acai, which Albin immediately falls in love with.

Homely is the greatest promoter of Couch Surfing idea who we met on our way. Despite the fact that he has so far hosted only a few people, he is trying to persuade everyone to open homes to travellers. He also really tries to convince his girlfriend Suzi to meet everyone who comes to him and to learn English :) While visiting his friend he makes a video in which he explains what is Couch Surfing and we take part in it :)

Before we left to Manaus together with Suzi we go to typical Brazilian breakfast: tapioca - It is a kind of pancake made only with fried yucca flour and caju juice. We eat breakfast at the market and woman serving it asks us what we do in Porto Velho and how we like Brazil. Truthfully we answer that we are enchanted by the local hospitality.

Manaus - Keila and Cleuterson

Three days on a boat and a little late we reach Manaus. This 1.5-milion city I wanted to visit for many years, so now I get off to the land with the well -known touch of impatience. We are looking for an Internet cafe to see how we can get down to Keila, who agreed to host us for a few days. This is not an easy task - you can easily see that Brazil is a civilized country and everyone has the internet at home or on the phone. Internet cafe is probably not a very profitable business. After asking people on the street, I manage to find out that in the Teatro Amazonico is free Wi-Fi. Excited I go towards the Opera House. Opera, which I wanted to see at least since the fourth year of high school, when on the exams for the University in Poznan I was asked about it. This time, however, there is no time or the long contemplation of its magnificent architecture. I connect to the Internet and check our route.

It turns out that Keila lives in the relatively new district of the city, 40 minutes from downtown. But what is it for us?! With our backpacks we load a stuffy bus and try to take a good place. In Brazil, there is rather annoying rule that passengers board the bus by one door, and gets off by another. Therefore, to get off the bus one needs to go through the whole bus what for the people traveling with luggage is definitely not an easy task.

Without any problems we get to Keila’s home. Her mother opens us the door and even though she does not speak too much English she tries as she can to communicate with us. She call Keila, who together with Cleuterson come greeting us warmly. We get the entire flat for personal use. Just later we share it with two crazy Russians who travel around South America as we do.

Our meeting with Keila and Cleutersonem takes place mainly around food.


On the first day after the arrival Keila and her husband serve us a delicious Brazilian breakfast: tapioca with banana and cheese, pão do queijo (cheese bread), couscous with dried coconut, sandwiches with Tucumã and pamonha – a kind of purple potatoes. A veritable feast for the palate! In the evening, as a thank you for the breakfast and the hospitality with Albin we make Polish pierogi. We decided to try them stuffed with banana and mango and it came up pretty good.

On the second Dimitri comes. He is a crazy Russian who travelled the Amazon River hitchhiking from Santarem to Manaus. In the evening, along with Alex we are celebrating. It turns out that we have the same birthday, and since they were only three days ago, we decide to celebrate them together. Alexiej buys a cake, Keila makes lemonade, we all sing Happy Birthday and at the end of Keila and Cleuterson sing us a Portuguese version of the popular birthday song. All the time there is a lot of laughter and fun.

Last night we all are invited to dinner by the pool. The big (at least for us) fish – Tambaqui is served. At the table with us sit Keila’s parents - outspoken mother and somewhat muted dad, who happens to be a collector of... toothpaste from all over the world :) We give him the paste from Bolivia. After dinner we play "piranha" at the pool. “Piranha” is a game that we invented on the spur of the variety "tag". We do not know when midnight passes and we have to go to sleep.

Belem - Lysmar

The next four days we spend on a boat from Manaus to Belem. New people, new adventures and The Queen of Rivers - Amazon constantly flowing around us. We get off at the port and together with a group of gringos known from the boat we go for breakfast. We do not want to wake our hosts too early in the morning on Sunday. Traditionally, we eat our favourite tapioca, send a text message to Lysmar and short after that we are on the way. It takes us a good while because on the way we walk with our new friends to their hostels.

When we finally reach the place Lysmar, who speaks English really well opens the door for us. We leave our luggage and together with Walter (Couch Surfer from Estonia) we go to explore the city. Lysmar is an excellent guide – he is very familiar with his city, its main attractions, old streets and places where you can eat or drink cheap beer. The visiting Belem takes us all day.

Lysmar is an experienced Couch Surfer, who both hosted and was hosted during his many travels. He has visited already the already large part of Europe and South America. This makes him a great conversationalist, with whom we had a lot of common topics to talk about.

In the evening, Walter decides to prepare Caprinha - sugar cane rum (Cachaca) with ice, sugar and lime. Since then, it becomes his spectacular drink that we drink every night.

On the second day Lysmar’s friend from Germany - Manfred is coming to visit him. Suddenly the idea of going to the beach and drinking caprinha the next day is coming. Quite a spontaneous idea turns into a concrete plan: we prepare lime, sugar, ice bucket. Manfred promises to bring Cachaca .

We get up in the morning, eat tapioca and we set off. It takes us almost one and a half hour drive in traffic to reach the port. A small boat takes us to the island. In the meantime, out of boredom, we are playing Uno. The beach is marvelous: sandy, wide and... empty. It's midweek so we have the whole place practically to ourselves. We are rockin ' in the sweet waves of the Amazon. In all this madness, I am losing my sunglasses... It is not good... Fortunately, there is Caprinha to improve my humour :) Time slowly passes until late afternoon, when we go back to Belem.


Here are presented only three couch surfers and they are only a small percentage of the people we met on the way. Amazing Brazilians who have opened to us their hearts, houses, showed the warmth and friendliness at almost every step. Although I wanted to come to the Amazon mainly for the ubiquitous jungle it is the people here that will be forever in my memory. Thank you very much for your hospitality :)

poniedziałek, 21 października 2013

La Paz - zycie miasta / La Paz - life of city

Scroll down for the English version

Wstajemy rano i wychodzimy na zlaną słońcem ulicę Murillo. Jest to dzielnica fryzjerów, którzy z werwą nawołują nowych klientów:

„Pase, mister, pase!” krzyczą za nami pokazując rękami charakterystyczny ruch nożyczek.

Dochodzimy do Plaza San Francisco, gdzie u mojej ulubionej sprzedawczyni kupuję świeżowyciśnięty sok z pomarańczy. Indianka już od paru dni rozpoznaje nas i z daleka wita ciepłym „Buenos dias!” Już nie próbuje nas naciągnąć na kilka dodatkowych boliwianów, tylko z uśmiechem na twarzy podaje plastikowy kubeczek wypełniony słodkim napojem. Dookoła jak szalone jeżdżą trufi – tutejsze minibusy. Z drzwi każdego z nich wychyla się nawoływacz gromko wykrzykujący kierunek, w którym jedzie mały, trzęsący się pojazd. Co chwila słychać przekrzykujących się naganiaczy:

„Caja, Caja, Cajaaaaaaa!”

We wszechotaczającej nas kakofoni dźwięków ciężko usłyszeć swoje własne myśli. Idziemy na mercado – rynek. Po drodze jesteśmy zaciągani do coraz to nowych budek oferujących śniadania: kawę, herbatę, kanapki z awokado, jajkiem, serem czy szynką. Wszyscy za nami wołają:

„Pase, pase: hay sanduche de palta, de huevo, de queso; hay cafe, hay mate, pase!”

W końcu decydujemy się na malutką kawiarenkę o zabawnie brzmiącej nazwie “Melina”, gdzie zamawiam kanapkę z jajkiem i kawę. Potem przenosimy się do położonej po drugiej stronie wąskiej alejki budki serwującej napój z kukurydzy - api i pyszne, wypełnione serem pastele. Najedzeni możemy wybrać się na zakupy.

Podobnie jak w miastach peruwiańskich, tak i w La Paz panuje pełna specjalizacja dzielnic handlowych. Chcąc kupić dżinsy idziemy w inne miejsce, niż gdy na przykład chcemy kupić bluzkę. Na innej ulicy sprzedaje się obuwie sportowe, a na innej eleganckie pantofelki. Dobrze jest więc zrobić mały rekonesans zanim wybierzemy się tu na zakupy. Gdy już jednak wiemy, gdzie mamy iść, zakupy okazują się niesamowicie przyjemne i proste: wszystkie sklepy są koło siebie, z łatwością można porównać ceny oraz oferowany asortymenet.

Przechadzając się pomiędzy porozstawianymi wprost na ulicy straganami, co i rusz widzimy przysypiających przy nich sprzedawców. Wydają się oni niezainteresowani sprzedażą swoich produktów, ale w sumie ciężko im się dziwić biorąc pod uwagę, że często pracują przez 7 dni w tygodniu, zaczynając pracę wcześnie rano i kończąc po zmroku. Przez kilka godzin gubimy się w labiryncie wąskich uliczek handlowych. Po drodze kupujemy maczetę (na wyprawę do dżungli), klapki, aluminiowy kubek, kawał sznurka oraz parę innych drobnych, ale akurat potrzebnych nam rzeczy.

W La Paz niemal zawsze idzie się z górki lub pod górkę. Dodając do tego zawrotną wysokość 3800 m n.p.m., na jakiej miasto jest położone, łatwo sobie uzmysłowić dlaczego spacer po nim potrafi szybko zmęczyć. My na szczęście po prawie dwumiesięcznym pobycie w Boliwii, do wysokości zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Gorzej z szybko zmieniającą się temperaturą: w dzień w słońcu pocimy się i rozbieramy do krótkich rękawków. Jednak wystarczy wejść do cienia i już trzeba się ciepło ubierać, gdyż na tej wysokości brak słońca zawsze oznacza zimnicę.

W porze obiadowej ulice handlowe pustoszeją. Wszyscy przenoszą się do stojących przy ulicy garkuchni, bądź na tutejszy rynek. Wejścia do sklepów pozastawiane są długim drągiem, krzesłem lub specjalną bramką, uliczne stragany zostają opuszczone przez sprzedawców. Pora jeść.

Na rynku głośno jak w ulu. Zewsząd rozpościerają się głosy zachęcające do kupienia obiadu. W niektórych restauracyjkach siedzą cholity w charakterystycznych malutkich melonikach i szerokich spódnicach na sztywnych falbanach. Dosiadamy się do grupki głośno rozmawiających Indianek Ajmara i zamawiamy już tradycyjną dla nas milanesa de pollo (kotlet  kurczaka w panierce). W cenę obiadu wliczona jest również pyszna zupa z orzeszków ziemnych. Zjadamy wszystko ze smakiem i nieco przejedzeni wracamy do hostelu na popołudniową drzemkę.

Wypoczęci wyruszamy ponownie do centrum, tym razem poszukać pamiątek. W tym celu udajemy się na Rynek Czarownic. Gdy tylko zbliżamy się do niego otaczają nas zapachy przeróżnych ziół, kadzidełek, świeczek i alkoholu. Nad wejściami do sklepów wiszą porozwieszane wysuszone płody lam, a w ich ciemnych wnętrzach można odnaleźć całe mnóstwo „magicznych” przedmiotów: talizmanów, herbatek na wszelkie dolegliwości oraz wiele innych bliżej niezidentyfikowanych przez nas przedmiotów. Wchodzimy do jednego ze sklepików, gdzie u grubej Indianki kupuję malutkiego kondorka „na szczęście w podróży”

Wzdłuż całej ulicy Linares znajdują się malutkie sklepiki z pamiątkami. Można w nich znaleźć całe mnóstwo kolorowych szali, swetrów z wełny alpaki, toreb, pokrowców na różne instrumenty, hamaków, kolczyków... Wszystko kolorowe, piękne i... stosunkowo drogie.... Decydujemy się na zakup jedynie paru pocztówek dla Albina oraz malutkich kolczyków dla mnie.

Przeglądając wszelkiego rodzaju duperelki nawet nie zauważamy, kiedy robi się ciemno. Po zmroku momentalnie robi się zimno, musimy się więc ciepło ubrać: polary, szaliki, czapki, rękawiczki. Ulice ponownie wypełniają się ludźmi spieszącymi się po pracy do domów. Nie jest to jednak pośpiech, który znamy z Londynu. Tutaj ludzie pomimo zmęczenia, zawsze znajdą czas, aby na chwilę się zatrzymać na Plaza San Francisco, posłuchać występującego tutaj codziennie komika lub popatrzeć na młodocianego Michael’a Jackson’a. Wokół ulicznych artystów zawsze zbiera się tu tłumek przechodniów, którzy od czasu do czasu wrzucą do sakiewki boliwiana bądź dwa.

Zmęczeni po całym dniu włóczenia się po mieście powoli wracamy do hostelu. Po drodze przypatrujemy się jeszcze sprzedawcom ulicznym, którzy powoli zaczynają zgarniać swój interes. W hostelu jak zwykle zastajemy grupę Argentyńczyków gotujących coś w kuchni oraz grających na gitarach i pijących wino. Tym razem się do nich nie dołączamy tylko idziemy prosto do pokoju, gdzie niemal od razu zasypiamy.

English:

We get up in the morning and go out on the sun- drenched Murillo street. It is the district of hairdressers who are gingerly calling new customers:

‘Pase , mister, pase’ screaming for us showing by hands characteristic movement of scissors.

We come to the Plaza San Francisco, where from my favourite saleswoman we buy freshly squeezed orange juice. Indian woman knows us already for few days, and she recognizes us with warm welcome "Buenos dias!" She also does not try to take from us a few extra bolvianos, but with a smile on her face gives us a plastic cup filled with a sweet drink. Around like crazy run trufis - the local minibuses. On the door of each of them there is a guy leaning out loudly shouting direction that the little shaky vehicle goes. Every now and then you hear loudly shouting the touts:

“ Caja, Caja , Cajaaaaaaa ! "

In all-around-us us cacophony it is hard to hear your own thoughts. We go to the mercado - the market. Along the way, we haul to more and more stalls offering breakfast: coffee, tea, sandwiches with avocado, egg, cheese and ham. Everyone is calling after us:

„Pase, pase: hay sanduche de palta, de huevo, de queso; hay cafe, hay mate, pase!”

Finally, we decide for a tiny cafe with funny sounding name "Melina", where I order a sandwich with egg and coffee. Then we move to lying across the narrow alleys booths serving of corn beverage - api and delicious, filled with cheese pastels. Replete we go shopping.

Just as in the cities of Peru, so in La Paz there is complete specialization in commercial districts. If you want to buy jeans you go to a different place than when for example, you want to buy a shirt. On another street sports shoes are sold, and on other stylish booties. So it was good to do a little reconnaissance before you choose to shop here. Once, however, we know where we go shopping it turn out to be incredibly fun and easy: all the shops are next to each other, you can easily compare the prices and offered products.

Strolling between stalls, again and again we see the sellers dreaming in them. They seem uninterested in selling their products, but all we can easily see why: given that they often work 7 days a week, starting work early in the morning and ending at night. For a few hours we get lost in a maze of narrow shopping streets. Along the way we buy a machete (for the jungle expedition), tabs, aluminium cup, a piece of string and a few other small things that we need.

In La Paz almost always you go up the hill and down the hill. Adding to the dizzying height of 3800 m above sea level, on which the city is located, it is easy to realize why you can quickly get tired of walking. Luckily after nearly two-month stay in Bolivia, we got used to the altitude. Worse was rapidly changing temperature: during the day in the sun we sweat and stripped to the short sleeves. But just go to the shade and you need to dress warm because of this lack of sun always mean really cold.

At lunchtime shopping streets are deserted. Everybody move to standing on the street soup kitchen or at the local market. The entrances to shops are blocked with a long crowbar, a chair or a special gate, street stalls are temporarily abandoned by sellers. It is time to eat.

The market is loud like a beehive. Everywhere we can hear voices encouraging us to buy lunch. In some restaurants cholitas sit in the characteristic tiny bowler hats and wide skirts on rigid valances. We sit with a group of Aymara Indians speaking loudly and ordered already traditional for us milanesa de pollo (chicken cutlet in breadcrumbs). In the price of dinner the delicious soup with peanuts is also included. We eat everything with gusto and a little overeaten we come back to the hostel for an afternoon nap.

Rested we head back to the city, this time to look for souvenirs. To buy them we go to the Witches Market. As soon as we draw near to it, we are surrounded by scents of various herbs, incense, candles and alcohol. Above the entrances to shops strung dried llama foetuses hang, and in their dark interiors we can find a whole lot of "magic" items: talismans, teas for all ailments, and many other not identified by us items. We go to one of the shops where from a thick Indian we buy tiny condor for "good luck in the travelling”.

All along the street Linares are small shops with souvenirs. You will have a whole lot of colourful scarves, alpaca wool sweaters, bags, covers for various instruments, hammocks, earrings... All colourful, beautiful and… quite expensive.... We decide to buy only a few postcards for Albin and tiny earrings for me.

Browsing all kinds of souvenirs we do not even notice when it gets dark. After dark, it immediately gets cold, so we have to dress warmly: fleece, scarves, hats, gloves. The streets are filled with people again, hurrying after work to their homes. This is not a rush, which we know from London. Here people despite the fatigue, will always find time to stop for a moment at the Plaza San Francisco to listen to a comic or look at the juvenile Michael Jackson. There is always a crowd of people around the street artist and random pedestrians occasionally throw them few bolivianos.


Tired after a day of wandering around the city we slowly come back to the hostel. Along the way, we can see street vendors who are slowly starting to scrape their business. In the hostel, as usual, we find a group of Argentines cooking something in the kitchen and playing guitar and drinking wine. This time we don’t join them but go  straight to the room where we fell asleep almost immediately .

czwartek, 3 października 2013

Wyprawa do dzungli czy niedzielny spacer po lesie? / Expedition to the jungle or Sunday walk in the forest?

Scroll down for the English version

I znowu w naszej historii pojawia się Shaul. Tym razem wraz z jego przewodnikami wybraliśmy się na 9-dniowy trekking do dżungli. Trzeba przyznać, że wyprawa była niesamowita! Zaczęło się od naprawdę szalonej jazdy autobusem Drogą Śmierci. Jechaliśmy w kierunku Rurrenabaque. Udało się nam zająć miejsca na górze z przodu autobusu, gdzie widoki mijanych na milimetry przepaści mroziły krew w żyłach. Siedzący po lewej stronie pan, wyglądał jakby miał za chwilę dostać zawału serca, za każdym razem, gdy nasz autobus zbliżał się do krawędzi. Nam jednak ta jazda podobała się na tyle, że zapowiedziałam Albinowi, że gdy będziemy jechać w stronę Brazylii koniecznie musimy siedzieć z przodu i do tego po lewej stronie, z której to strony właśnie znajdują się przepaście. 

Po około 18 godzinach jazdy, w końcu dotarliśmy do celu. Była 2-ga w nocy i jedyne o czym marzyliśmy to spanie. Weszliśmy nieco w las, gdzie przewodnicy dali nam moskitiery i już bez rozbijania namiotu położyliśmy się spać. Jednak nie było łatwo zasnąć. Otaczająca nas kakofonia dźwięków nieco przerażała. Słyszałam cale mnóstwo najprzeróżniejszych owadów, a także (jak mi się wydawało) jakieś większe zwierze. Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Pierwsza noc w dźungli zdecydowanie nie należała do najprzyjemniejszych.

W dzień przemieszczaliśmy się wzdłuż rzek, co chwila musząc przez nie przechodzić. Trzeba było uważać na śliskich kamieniach, aby nie wylądować w wodzie. Co jakiś czas otaczały nas zupełnie nam nie znane zapachy oraz dźwięki. Nasz przewodnik z cierpliwością odpowiadał na moje liczne pytania dotyczące dźungli. W nocy znowu nie było nam dane się wyspać. Gdy położylismy się do namiotu okazało się, że jest on pełen termitów! Nie pomogły nasze moskitiery, z których nie dało się wyplenić tego robactwa. Nasza nieskuteczna walka trwała jakąś godzinę. Po tym czasie, pokonani, zdecydowaliśmy się przenieść na plażę. 

Kolejne dni przynosiły coraz to nowe niespodzianki: głęboki kanion, przez który musieliśmy się przedzierać skacząc do wody z wysokości 3 metrów, pływanie w rzekach na naszych plecakach, coraz to nowe i głębsze rzeki... Przez większość czasu ścieżki trzeba było oczyszczać maczetami. Albin tak się wyrobił, że pod koniec machał nią jak zawodowiec :)

W czasie wędrówki udało się nam zobaczyć nieco zwierząt: tapiry, małpy, papugi. Raz wprost na naszej ścieżce pojawił się jadowity wąż. Nasi przewodnicy, w głębszych rzekach łowili olbrzymie ryby, a raz udało się im upolować jochi – dużego gryzonia, który uważany jest za miejscowy przysmak. Albin natomiast upolował płaszczkę – niebezpieczne zwierzę, które kryjąc się w piaskach przybrzeżnej wody może nas zaatakować swoim kolcem jadowym jeśli nieopatrznie na nią staniemy. Rana po takim ukąszeniu podobno niesamowicie boli i bardzo długo się goi. 

Albin stwierdził (nie bez racji), że w dżungli prawie wszystko chce nas albo zabić, albo przynajmniej uszkodzić. Co chwila ktoś z naszej grupy, a to został zaatakowany przez maleńkie, ale niesamowicie jadowite mrówki zwane cariños, a to ugryziony przez osę, a to oparzony przez jakąś roślinę... Na koniec wędrówki wszyscy wyglądaliśmy jak jacyś rozbitkowie: w podartych spodniach, poobijani, pogryzieni... 

Były jednak i momenty, kiedy szło się bardzo przyjemnie: słoneczko świeciło, wiał delikatny wiaterek, a dookoła nas nie rosła bardzo gęsta roślinność. Wtedy miałam wrażenie, że jestem na niedzielnym spacerze w lesie. Jednak, to właśnie te momenty, kiedy było ciężko przypominały mi, że jestem na prawdziwej wyprawie w dżungli. Wyprawie, która była moim marzeniem, od kiedy jako nastolatka zaczytywałam się w coraz to nowe książki podróżnicze. Gdy po raz kolejny musiałam wejść do rzeki, a wcale nie było mi aż tak ciepło, gdy przechodziłam po zawalonych pniach drzew, nie mając pewności czy z nich nie spadnę, gdy walczylam z mrówkami, parzyły mnie rośliny oraz gryzły komary – to właśnie wtedy wiedziałam, że jestem w dżungli. I może to zabrzmi dziwnie (gdyż na ogół nie lubię się torturować), ale naprawdę mi się to podobało. Szczerze mówiąc pomimo, że wyprawa nie należała do najłatwiejszych (większa część naszej grupy miała sporo kryzysów w ciągu tych 9 dni), to ja spodziewałam się, że będzie dużo ciężej. I być może właśnie dlatego pomimo trudów, ukąszeń komarów, bródu, zimna (przez parę dni pogoda nie była najlepsza i trochę padało...), upału (jak tylko wychodziło słońce robiło się niesamowicie gorąco) tak bardzo mi się podobało. 

Nie obeszło się jednak bez strat: Albin zgubił koszulę i bandamkę w rzece, ja natomiast wylądowałam po szyje w wodzie, w której zamoczyłam również aparat. Niestety nie przeżył on tej kąpieli i teraz będziemy musieli kupić nowy sprzęt.... :( 

Teraz wróciliśmy do La Paz, gdzie uzupełniamy bagaż, reperujemy sprzęt, aby następnie wyruszyć do kolejnego państwa: Brazylii. Zaczynamy od dżunglii, ale po naszej wyprawie już mniej więcej wiemy jak się zachowywać i czego się spodziewać.


English:

And again in our history appears Shaul. This time we took the nine - day trek into the jungle with his guides. I must admit that the trip was amazing! It started with a really crazy bus ride on the Death Road. We drove towards Rurrenabaque. We took seats at the top in the front of the bus, where the views could froze blood in our veins. A guy sitting on the left side of the bus appeared as if he was about to get a heart attack every time when our bus approached the edge. However, we enjoyed this ride so much that I have announced that when we go in the direction of Brazil's we have to take seats in the front and to the left.

After about 18 hours of driving, we finally reached our destination. It was 2am and the only thing we dreamed of was sleeping. We walked a little in the forest, where the guides gave us mosquito nets and that time without the tent we went to sleep. But it was not easy to sleep. Cacophony around us was a little scary. I've heard a lot of noises all sorts of insects, and (as I thought) some larger animal as well. My imagination was working at full capacity. The first night in the jungle definitely was not the most pleasant.

On the day we were moving along the river, every now and then having to go through them. We had to be careful on slippery rocks, so as not to end up in the water. Every now and then we were surrounded by completely unknown to us smells and sounds. Our guide patiently answered my numerous questions about the jungle. At night, again, it was not given to us to get some sleep. When we put up the tent, it turned out that it is full of termites! Our mosquito nets did not help. Our unsuccessful fight lasted about an hour. After this time, defeated, we decided to move to sleep on the beach.

The next day brought more new surprises: a deep canyon through which we had to wade into the water by jumping from a height of 3 meters, swimming in rivers on our backpacks, new and deeper river... Most of the time the path had to be cleaned with machetes and Albin could practice so much that at the end he was waving it like a pro :)

During the trek we were able to see some of the animals: tapirs, monkeys, parrots. Once right on our path venomous snake appeared. Our guides were fishing in deeper rivers giant fish, and once they were able to hunt a jochi - a large rodent that is considered a local delicacy. Albin hunted stingray - a dangerous animal that is hiding in the sands of the coastal water and can attack by spike venom if one carelessly stand on it. After the bite wound is apparently incredibly painful and it takes ages to heal.

Albin said (not without reason) that almost everything in the jungle wants or to kill us, or at least damage. Every now and then someone in our group was attacked by tiny but extremely poisonous ants called Carinos, some were bitten by a wasp, and some scalded by a plant... At the end of the journey we all looked like some survivors: a torn pants, bruised, bitten...

There were, however, moments when it was all very nice: sun was shining, a gentle breeze was blowing, and all around us did not grow very dense vegetation. Then I felt that I was on a Sunday walk in the woods. However, it is precisely those moments when it was hard to remind me that I'm on a real expedition in the jungle. Expedition which was my dream since I was a teenager. When once again I had to go to the river and I was not quite as warm; when going through the collapsed tree trunks, not sure if I fall out of them; when I struggled with ants, plants and biting mosquitoes - that's when I knew I'm in the jungle. It may sound strange (as usually I do not like to torture myself), but I really liked it. Honestly though, that the expedition was not the easiest one (most of our group had some crises during these nine days), I expected it would be much harder. And perhaps that is why, despite the hardships, mosquito bites, cold (few days the weather was not the best and it was raining a little...), heat (as soon as the sun came out it was getting incredibly hot), I loved it.

There were some losses though: Albin lost his shirt and bandana in the river and I ended up neck-deep in the water, which soaked the camera. Unfortunately it did not survive the swim and now we have to buy new equipment... :(

Now we returned to La Paz and soon we are leaving for another country: Brazil. We start from the jungle, but after our trip we already more or less know how to behave and what to expect and we are really looking forward to it :)