poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Potosi - w krainie El Tio / Potosi - in the land of El Tio

Scroll down for the English version

Wysiedliśmy na dworcu autobusowym w Potosi i od razu poczułam się jak w domu :) Dworzec przypominał mi bowiem nasz stary i wysłużony dworzec w Kielcach, który często jest przedmiotem żartów między innymi ze względu na swój okrągły kształt przypominający UFO. Ktokolwiek jednak zaprojektował nowy, piękny i niemal błyszczący terminal w Potosi musiał być wcześniej w Kielcach :)

W centrum sporo czasu zajęło nam znalezienie noclegu. Okazało się, że do miasta na weekend przyjechała jakaś delegacja i większość hosteli, na które mogliśmy sobie pozwolić była pełna. Na szczęście po niemal dwóch godzinach łażenia po ulicach miasta, gdy już mieliśmy się zdecydować na obskurny i w miarę tani hostel, w którym jeszcze były pokoje, trafił nam się ładny, zadbany ‘guesthouse’ z Wi-Fi na dodatek w przyzwoitej cenie.

Większość turystów przyjeżdża do Potosi, aby odwiedzić tutejsze kopalnie i zobaczyć słynną Cerro Rico. Tym razem nie należeliśmy do wyjątków. W weekend znaleźliśmy agencję (jak zwykle nie zdecydowaliśmy się na polecaną przez przewodniki Big Deal, ale chyba tym razem był to błąd...) i w poniedziałek ruszyliśmy zobaczyć jak pracują górnicy.


Srebro z Cerro Rico miało być wydobywane już przez Inków w 1462 roku. Jednakże zanim do tego doszło Inka Huayna Capac usłyszał głos z nieba zakazujący mu wydobycia wraz z informacją, że srebro to ma być pozostawione „dla tych, którzy przybędą z daleka”. Zostało ono ponownie odkryte w 1545 roku przez pasterza, który na zboczach Cerro Rico wypasał swoje lamy. Gdy rozpalił on na noc ognisko, zauważył on strużkę roztopionego srebra wypływającą z ognia. O znalezisku tym natychmiast dowiedzieli się Hiszpanie, którzy szybko rozpoczęli eksploatację złoża. Cerro Rico była najbogatszym pokładem srebra jaki kiedykolwiek został znaleziony na świecie. Jej złoża były głównym powodem, dla którego Potosi stało się jednym z największych i najbogatszych miast świata (większym od Madrytu, Rzymu czy Paryża). Jednakże kopalnie znajdujące się w jej zboczach były także miejscem śmierci niemal 9 milionów ludzi, którzy zginęli wydobywając srebro oraz inne minerały.

Aby pozyskać pracowników do pracy w kopalniach, Hiszpanie stosowali system pracy zwany „mita”. Polegał on na tym, że każda wioska była zobowiązana wysłać do pracy w kopalniach określony procent mężczyzn. Przyjeżdżali oni do Potosi, schodzili do kopalni i nie wychodzili z nich przez następne 6 miesięcy. Szacuje się, że 7 na 10 mężczyzn pracujących wówczas po ziemią nigdy nie ujrzało ponownie światła dziennego.

Aby jednak zmusić Indian do pracy pod ziemią Hiszpanie przedstawili im boga podziemi, którego Indianie się bali i czcili. Nazwany był z języka hiszpańskiego po prostu El Dio (Bóg), jednakże ponieważ w języku keczua nie występuje litera D jego nazwa została zniekształcona na El Tio (Wujek). Pod tą nazwą siedzi on sobie do czasów dzisiejszych pod ziemią i czuwa nad dobrem kopalni: nad jej złożami, górnikami, tunelami... Czuwa jednak pod warunkiem, że się go dobrze traktuje. A to oznacza składanie mu codziennych ofiar z papierosów, liści koki i alkoholu, a także kilka razy w roku krwawej ofiary z lamy.

My też, gdy odwiedziliśmy kopalnie złożyliśmy ofiarę El Tio. W usta wsadziliśmy mu zapalonego papierosa, polaliśmy go 96% alkoholem i posypaliśmy liśćmi koki. Potem siedząc razem z naszą przewodniczką i słuchając jej opowieści o „Wujaszku” sami spróbowaliśmy po łyku „wódki”, która niemal wypaliła nasze przełyki swoją mocą. Mogliśmy także zobaczyć górników przy pracy, zobaczyć jak przygotowuje się dynamit (który Albin wcześniej kupił na targu) do wysadzenia oraz usłyszeć huk eksplozji.

Generalnie praca w kopalni do łatwych nie należy. W powietrzu unosi się tona pyłu, jest ciemno, duszno i gorąco. Pracujący górnicy co chwila prosili nowoprzybyłych turystów o butelki z napojami. Ponieważ nasza wizyta w kopalni przypadła na poniedziałek po święcie (nie pytajcie się jakim, przy licznych fiestach w Boliwii gubię już rachubę!), na dole nie zastaliśmy zbyt wielu górników. Jednak i to co zobaczyliśmy dało nam wgląd w ciężkie życie jakie oni tutaj wiodą, używając przestarzałych metod wydobycia oraz nie mając żadnych norm BHP. Z radością witaliśmy z powrotem światło dzienne, a po powrocie do Potosi z nowym szacunkiem patrzyliśmy na majaczącą w oddali, ogołoconą Cerro Rico.


English:

We got off at the bus station in Potosi and immediately I felt at home :) It was because it reminded me of our old and worn-out station in Kielce, which is often the butt of jokes because of its round shape resembling a UFO. But whoever made a project of new, beautiful and almost shiny terminal in Potosi must have been previously in Kielce :)

In the centre we spend a lot of time looking for accommodation. It turned out that some delegation came to the city for the weekend and most hostels, which we could afford were full. Fortunately, after almost two hours of wandering around the streets, once we decide to shabby and reasonably cheap hostel where they still had some rooms, we hit a nice, well-kept 'guesthouse' with Wi-Fi on top at a decent price.

Most tourists come to Potosi to visit the local mines and see the famous Cerro Rico. This time we did not belong to the exceptions. Over the weekend we found the agency (as usual, we chose not recommended by a guidebooks Big Deal agency, but I think this time it was a mistake ...) and on Monday we went to see how the miners work.


Silver from Cerro Rico were to be mined already by the Incas in 1462 years. However, before this happened Inca Huayna Capac heard a voice from heaven, prohibiting him doing that together with information that silver was to be left "for those who come from afar." It was rediscovered in 1545 by a shepherd who on the slopes of Cerro Rico grazed his llamas. When he lit the fire for the night, he noticed a trickle of molten silver flowing out of the fire. Spaniards almost immediately learned about this discovery. Cerro Rico silver deck was the richest ever found in the world. The deposits were the main reason for the Potosi had become one of the largest and richest cities in the world (more than Madrid, Rome and Paris). However, the mines located in the foothills were also the site of the death of nearly nine million people who died extracting silver and other minerals.

To keep employees in the mines, Spaniards used the work system called "mita". It consisted in the fact that each village was required to send to work in the mines of a certain percentage of men. They came to Potosi, descended into the mine and stayed underground for the next six months. It is estimated that 7 out of 10 men working in the mines had never seen the light of day again.

However, in order to force the Indians to work underground Spaniards introduced the god of the underworld, the Indians feared and worshiped. Named for the Spanish language was simply El Dio (God), but because in the Quechua language there is no letter D, his name was distorted at El Tio (Uncle). Under this name he sits under the earth to the present day and watches over the good of mine: on its deposits, miners, tunnels ... Ensures provided, however, that he is well treated. And that means submitting to him the daily sacrifice of cigarettes, coca leaves and alcohol, as well as several times a year with the llama sacrifice.

We also made the sacrifice to El Tio when we visited the mines. In the mouth we put him a lit cigarette, it split 96% alcohol on him and we left him some coca leaves. Then sitting together with our guide and listening to her stories about "Uncle" we tried to swallow some "spirits", which almost burned our gullets with its power. We could also see the miners at work, see how to prepare the dynamite (which Albin previously bought at the market) to blow up and hear the roar of the explosion.



In general, work in the mines is not easy. The air is filled with a ton of dust, it's dark, stuffy and hot. Miners working there kept asking newcomers for beverage bottles. Since our visit to the mine fell on Monday after the holiday (do not ask me what holiday, as there is so many fiestas in Bolivia that now I'm losing count!), at the bottom we found not too many miners. However, what we saw it gave us an insight into the hard life they lead here, using outdated methods of extraction and not having any health and safety standards. We gladly welcomed back the light of day, and after our return to Potosi with new respect we looked at looming in the distance, denuded of Cerro Rico.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz