niedziela, 18 sierpnia 2013

La Paz - rozmaitosci / La Paz - miscellaneous

Scroll down for the English version

W La Paz spędziliśmy całkiem sporo czasu. Miasto robi naprawdę niesamowite wrażenie kiedy wjeżdża się do niego od strony Copacabany. Z góry wygląda ono jak jedno wielkie morze zabudowy, położone w głębokiej dolinie. Jak to napisano w naszym przewodniku: „Jeżeli wysokość nie odbierze Ci oddechu, to widok na La Paz na pewno”. W sumie zwiedzanie miasta nie zajęło nam za dużo czasu. Połaziliśmy trochę po jego nieco zaniedbanych uliczkach, odwiedziliśmy kilka kościołów, parę muzeów, słynny Targ Czarownic, obowiązkowe dla Albina punkty widokowe...

W La Paz mieliśmy też szczęscie spotkać się z niesamowitą parą Polaków, którzy podróżują dookoła  świata z dwójką małych dzieci oraz z Samozwańczym Ambasadorem Polski w Boliwii, z którym spotkaliśmy się na piwo oraz małą imprezkę na „wysokim poziomie” (znaczy się na 3600 m n.p.m :))

Poza tym La Paz było dla nas rajem zakupowym! Po pierwsze ze względu na niskie ceny, ale także ponieważ mieści się tutaj całe mnóstwo różnego rodzaju targów, rynków. Ponieważ potrzebowaliśmy uzupełnić nasz ekwipunek (kuchenka campingowa, rękawiczki, ciepłe getry na zimną Boliwię itp.), sporo czasu spędziliśmy włócząc się po tutejszych sklepach. Raz nawet wybraliśmy się do El Alto, gdzie dwa razy w tygodniu odbywa się ponoć największy targ na świecie. Rzeczywiście, żeby tam coś znaleźć trzeba się nieźle nachodzić, naszukać i napytać (a i to nie zawsze pomaga).

Poza tym z La Paz wybraliśmy się do Tiwanaku – preinkaskich ruin, które są wpisane na listę UNESCO. Ponieważ w przeciwności do większości turystów postanowiliśmy wybrać się tam prywatnie (a nie z dwa razy droższą wycieczką), z samego rana poszliśmy na colectivo. Całe szczęście, że jechała z nami 3-osobowa rodzinka z Peru, gdyż jakoś nikt nie chciał jechać w tym kierunku. Po około półtorej godziny oczekiwania, kiedy to nikt więcej się do busika nie dosiadł, Peruwianka zrobiła awanturę i parę minut później byliśmy w drodze. Na miejscu zostaliśmy zaskoczeni przez stosunkowo wysokie ceny wstępu (80 boliwianów), na które nie do końca byliśmy przygotowani (w sumie to moja wina, bo nie sprawdziłam cen w przewodniku, które były aktualne...). Zostawiło nas to (po odliczeniu pieniędzy na powrót do La Paz) z dosłownie 2 boliwianami w kieszeni. Ups.. Na szczęście ruiny były naprawdę ładne. Szczególnie duże wrażenie wywierały po przeczytaniu w przewodniku, że kiedyś były one stolicą olbrzymiego państwa rozciągającego się od południowego Peru, aż po północną Argentynę. Doskonały system uprawy roślin, który stosowano w Tiwanaku (nazywany sukakullo) był w stanie wyżywić, aż do 100 000 ludzi (podczas gdy dzisiaj zbiory z tego samego obszary wystarczają dla zaledwie 7 000 osób.


Wycieczką obowiązkową dla wszystkich turystów przybywających do La Paz jest zjazd rowerami słynną Drogą Śmierci. Oczywiście w dzisiejszych czasach jest to zupełnie bezpieczna rozrywka, dostarczająca nieco rozrywki w czasie zjazdu. W przeszłości droga ta była rzeczywiście niebezpieczna i rzeczywiście nie było niemal tygodnia bez śmiertelnego wypadku na trasie. Obecnie jednak wybudowano drogę asfaltową, a Droga Śmierci jest jedynie atrakcją turystyczną (chociaż kiedy my po niej zjeżdżaliśmy droga asfaltowa była zamknięta w ciągu dnia z powodu jakiegoś osuwiska, tak więc po drodze mijały nas autobusy oraz niezbyt liczne samochody osobowe).

Najlepszą jednak dla nas wycieczką z La Paz był 5-dniowy rafting, na który namówił nas Shaul. Przez 5 dni spływaliśmy górską rzeką: początkowo w wielkich dętkach samochodowych, a następnie na prowizorycznej tratwie. W międzyczasie odkrywaliśmy także przepiękne kaniony, do których aby się dostać należało iść w górę bystrych strumieni, często aż po pas w zimnej wodzie. Faktem jest, że pomimo iż było tam całkiem ciepło (zjechaliśmy sporo poniżej La Paz, w którym panują całkiem niskie temperatury), nieźle wymarzliśmy spędzając całe dnie w zimnej wodzie.

Gdy wracaliśmy z raftingu mieliśmy okazję zobaczyć prawdziwą drogę śmierci. Droga, którą jechaliśmy autobusem była naprawdę wąska, nieutwardzana i zakończona zboczem stromo spadającym w stronę rzeki. Niejednokrotnie nas autobus jechał tylko centymetry od krawędzi, przyprawiając nas o sporą dawkę emocji ilekroć wyglądaliśmy przez okno. Na szczęście dla nas każdorazowo wychodziliśmy cało z kolejnych zakrętów. Nie mieli tyle szczęścia pasażerowie busa, który tuż przed nami zderzył się z autobusem jadącym z naprzeciwka. Autobus skończył jedynie z obitym zderzakiem, niestety minibus spadł kilkaset metrów w przepaść. Kilka godzin trwała akcja ratunkowa utrudniona przez egipskie ciemności oraz strome zbocze, pod które należało wynosić poszkodowanych pasażerów. Jakimś cudem początkowo wszyscy pasażerowie przeżyli upadek z takiej wysokości. Z wiadomości, którą znaleźliśmy dzień później dowiedzieliśmy się, że kilkoro walczyło o życie w szpitalu. Czy przeżyli... nie wiemy.

Boliwia póki co jest naprawdę pięknym krajem, ale już na tym etapie zaczęła nam pokazywać swoje ciemne oblicze. A i to nie był koniec nieprzyjemnych niespodzianek. Ale o tym następnym razem w relacji z prześlicznej Sajamy.

P.S. Dzisiaj dowiedzieliśmy się o wypadku chłopaków, których spotkaliśmy w Copacabana.... Jeden z nich – Maks zginął... Pokój jego duszy... Smutny dzień…


English:

In La Paz, we spent quite a bit of time. City makes really big impression when entered driving from the Copacabana. From above it looks like one big sea of building, situated in a deep valley. It is written in our guidebook: "Even if the high altitude doesn’t take your breath away, your first sight of the city probably will".  Sightseeing did not take us much time. We walked around for a little while through somewhat neglected streets; we visited several churches, some museums, the famous Witches Market and mandatory for Albin viewpoints...

In La Paz we met an amazing pair of Poles who travel around the world with two small children and a self-proclaimed Polish Ambassador in Bolivia with who met for a beer and a little party at "high level" (ie to 3600 m above sea level :))

Moreover, La Paz was a shopping heaven for us! Firstly, it was because of the low prices, but also because it houses a whole lot of different kinds of fairs and markets. Since we needed to buy the equipment (camping stove, gloves, warm socks for cold Bolivia, etc.), we spent a lot of time hanging around the local shops. Once we even went to El Alto, where twice a week, takes place apparently the largest market in the world. Indeed, you need plenty of time to find what you need (and not always you are able to find it…)


From La Paz we went to Tiwanaku - pre-Inca ruins, which are inscribed on the UNESCO list. Because as opposed to most of the tourists we decided to go there privately (twice cheaper than with an organised tour), in the morning we went to catch the colectivo. Fortunately, there was already three-person family from Peru, since no one seems to want to go in that direction. After about a half hour wait, when no one else came to our mini-bus, Peruvian made a fuss and a few minutes later we were on the way. When we got to the ruins we were surprised by the relatively high price of admission (80 bolivianos), which we were not fully prepared for (it was my fault because I did not check the prices in the guidebook). It has left us (after deduction of money we needed to go back to La Paz) with literally two bolivianos in your pocket. Oops! .. Fortunately, the ruins were really nice. Particularly impressive exercised after reading information in the guidebook that they were once the capital of the vast country stretching from southern Peru up to northern Argentina. Excellent plant cultivation system, which was used in Tiwanaku (called sukakullo) was able to feed up to 100 000 people (whereas today, with the same sets of areas is sufficient for only 7 000.

A must-do trip for all tourists coming to La Paz is a downhill bikes ride in the famous Death Road. Of course, nowadays it is quite safe entertainment, providing a bit of entertainment during the ride. In the past, this road was really dangerous, and indeed sometimes there was not a week without a fatal accident on the highway. Today, however, the asphalt road was built, and the Death Road is only a tourist attraction (although when we rode there the paved road was closed during the day due to a landslide, so we passed on the way many buses and cars).

For us though, the best trip from La Paz was a five-day rafting, which we were persuaded to go by Shaul. For five days we went down by mountain river, initially in large car tubes and then on a makeshift raft. In the meantime, we discovered beautiful canyons, which we had to get to by going up some streams, often up to the waist in cold water. The fact is that even though it was quite warm there we got really cold by spending all day in the cold water.

When we were coming back from the rafting we have seen the true death road. The road we were going by bus was really narrow, natural lane, finished by slope steeply declining toward the river. Sometimes we rode just inches from the edge, peppering us with a healthy dose of excitement every time we looked out the window. Fortunately for us each time we left unscathed from the next bend. The passengers on a bus that crashed just ahead of the bus going in the opposite direction were not so lucky. Bus ended up only with padded bumper, unfortunately minibus fell several hundred meters down into the abyss. A few hours hampered rescue efforts continued through the pitch dark and steep slope, on which injured passengers had to be carried. Somehow, all the passengers initially survived the fall from such a height. In the news, we found a day later, we learned that a few fought for life in hospital. Have they survived... We do not know.

Bolivia is really a beautiful country, but even at that stage, it started to show his dark face. And this was not the end of unpleasant surprises. But more about that next time, in relation from beautiful Sajama…


P. S. Today we learned about the accident which happened to the guys we met in Copacabana.... One of them - Max died... Peace of his soul... Sad day...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz