poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Boliwia - poczatek / Bolivia - beginning

Scroll down for the English version

Wyjechać z Peru nie było łatwo. Po tym jak spędziliśmy tam 100 dni (pomimo przyznanych nam 90) wiedzieliśmy, że będziemy musieli za to zapłacić. O karach słyszelismy od naprawdę wielu osób i byliśmy świadomi, że za każdy dzień nielegalnego pobytu czeka nas 1 dolar kary. Przygotowani na taką ewentualność przyjechaliśmy na granicę, gdzie siedziała sobie znudzona trójka celników. Ponieważ nie przyjechaliśmy jak większość turystów bezpośrednim autobusem z Puno do Copacabany, a wybraliśmy opcję łączoną (dużo tańszą), z przesiadką na granicy, na granicy było wyjątkowo cicho, a celnicy nie mieli co robić, Gdy tylko spojrzeli w nasze paszporty szybko policzyli ile to dni nam się zostało ponad to co było nam wyznaczone i powiedzieli cenę w dolarach: 42 dolary na dwójkę. 42?? Trochę dużo... Gdy zaczęłam to kwestionować (że przecież 1 dolar za dzień itd) oni zaczęli mi coś tłumaczyć, że 10 dolarów jest chyba jakąś opłatą manipulacyjną (aczkolwiek do tej pory nie wiem czy nie wzięli sobie tego po prostu w łapę). Niestety mój hiszpański nie pozwolił mi na pełne zrozumienie tego co mówili, ani tym bardziej na wykłócanie się. Poprosiliśmy o przeliczenie tego na sole (dolary, które mamy trzymamy na Argentynę) i uiściliśmy opłatę.

Miałam nadzieję, że to już koniec i możemy sobie pójść do Boliwii. Niestety jesteśmy w Ameryce Południowej, gdzie biurokracja jeszcze nie umarła, a wręcz jest uwielbiana przez tutejszych mieszkańców. Po podbiciu naszych paszportów, pogranicznicy kazali nam iść zrobić sobie po trzy kopie strony ze zdjęciem i trzy kopie strony z pieczątkami. Ponieważ nie jesteśmy, w Europie, gdzie jak mniemam kopiarki są na stanie każdego przejścia granicznego, musieliśmy sami sobie poszukać miejsca gdzie te kopie możemy zrobić. I nie szkodzi, że po stronie peruwiańskiej jedyny punkt ksero ma zepsutą kopiarkę. Przecież można pójść do Boliwii. Bez wszystkich potrzebnych nam stempli z Peru oraz bez zaglądania do boliwijskiego punktu kontroli granicznej. Tak po prostu. Przejść przez granicę, bo i tak nikogo tutaj to nie obchodzi. W końcu to w naszym interesie jest, aby mieć wszystkie potrzebne dokumenty. Przypuszczam, że gdyby ksero po stronie boliwijskiej było zepsute musielibyśmy wracać do najbliżej wioski zrobić sobie te głupe kopie. W końcu celników to nie obchodzi.

W końcu udało się nam zdobyć wymagane kopie, dostać ostatnie pieczątk. Mogliśmy spokojnie pójść na granicę boliwijską, gdzie przesympatyczny pan celnik dał nam wizę na 60 dni, chociaż uparcie twierdził, że maksymalnie może nam przyznać 30 dni i potem musimy wydłużać wizę w La Paz.
 
Z granicy udaliśmy się colectivo do Copacabany, gdzie z wielkim trudem znależliśmy nocleg w przystępnej cenie z internetem. Od razu widać różnicę w standardzie noclegów: naprawdę ciężko jest o miejsce z internetem (w Peru nigdzie nie mieliśmy tego problemu), natomiast niemal wszędzie są prysznice elektryczne zapewniające ciepłą wodę (co nie było tak oczywiste w Peru).

Copacaba jest w sumie małociekawym miasteczkiem, do którego większość turystów przybywa, aby wybrać się na Wyspę Słońca, z której według legendy wyłoniło się Słońce, Księżyc oraz pierwsi Inkowie. My też na tą wyspę się wybraliśmy pomimo, że słyszeliśmy dosyć sporo złych rzeczy na jej temat (że wszędzie proszą o pieniądze, że dużo turystów, że w ogóle nie za ciekawie). Wyspa Słońca niestety nie przywitała nas słońcem, a rzęsitym deszczem, który absolutnie nie zachęcał do opuszczenia łódki. Na szczęście pogoda ma to do siebie, że lubi się zmieniać i po parunastu minutach słońce wyjrzało zza chmur pozwalając nam zobaczyć co nieco. No i niestety rzeczywiście wyspa sama w sobie na kolana nie powala. Są ruinki, ale po zobaczeniu całego mnóstwa ruin w Peru te nie wywarły na nas jakiegoś szczególnego wrażenia. Do tego na drugiej z plaż, do której się przypływa płaci się przy wyjściu z łódki, ale naprawdę nic tam nie ma. Ot, kawałek plaży i tyle... Drugi raz na pewno bym tu nie wróciła. Dużo bardziej podobały mi się wyspy na Jeziorze Titicaca od strony Peru.

W Copacabanie natomiast spotkało nas jeszcze jedno bardzo miłe zaskoczenie. Gdy szliśmy sobie w stronę portu, dosyć głośno rozmawiając nagle usłyszałam:
 
 „Cześć!”

Niezbyt pewna czy się nie przesłyszałam podeszłam do chłopaka, który się do mnie zwrócił i zapytałam:

„Czy mi się wydaje, czy jesteś z Polski?”

Okazało się, że był to Krzysiek, który razem z Maksem podróżują na motorach dookoła świata. Mało tego: czekali oni właśnie na kolejnego Polaka – Michała, który przemierza Amerykę Południową na piechotę. Razem wybraliśmy się na piwko, a następnego dnia poznaliśmy także Ewelinę – żonę Michała, która własnie na chwilę do niego dołączyła. Niesamowicie jest spotkać Polaków w takiej dziurze na końcu świata :) A jeszcze bardziej niesamowite jest spotkać TAKICH Polaków na końcu świata. Zresztą, poczytajcie sobie sami:



English:


Leaving Peru was not easy. After we spent there 100 days (although we got a stamp for only 90 days) we knew we would have to pay for it. We had heard about the penalty from many people and we knew that for each day of illegal stay awaits us $1 penalty. Prepared for such an eventuality we came to the border, where the three bored custom officers were sitting. Since we didn’t arrive as most tourists by direct bus from Puno to Copacabana, and we chose the combined option (much cheaper), with a transfer at the border, the border was very quiet, and customs officers did not have anything to do. As soon as they looked at our passports they quickly counted for how many days we overstayed in Peru and they said the price in dollars: $42 for both of us. 42? A bit much ... When I tried to  challenge this (after all, that $1 per day, etc) they began to explain something to me that $10 is probably a processing fee (although so far I do not know if they did not take this money to themselves as a kind of tip). Unfortunately my Spanish didn’t not allow me to fully understand what they were saying or argue this. We asked for the conversion of the soles (U.S. dollars we keep for Argentina) and we paid a fee.

I hoped this was the end and we could go to Bolivia. Unfortunately, we are in South America, where bureaucracy is not dead, but rather is loved by the locals. After stamping our passports, border guards told us to go take three copies of the photo page and three copies of the page with the stamps. Because we are not in Europe, where I believe each border crossing have a copying machine, we had to find by ourselves a place where we can make these copies. And never mind that the Peruvian side only a photocopy machine was broken. After all, you can go to Bolivia. Without all the stamps we needed from Peru, and without looking to the Bolivian border inspection post. Just like that. Go across the border, because so no one here cares. In the end, it is in our interests to have all the necessary documents. I suppose that if photocopying machine on the Bolivian side was broken we would have to go to the closest village to take a copy of these papers.
 
In the end we managed to get the required copies and get the last stamps in our passports. We could now go to the Bolivian border, where a very nice border officer gave us a visa for 60 days, even though he insisted that he may gave us visa for up to 30 days and then we had to extend the visa in La Paz.

On the border we took colectivo to Copacabana, where with great difficulty we found accommodation at an affordable price with the Wi-Fi. You can clearly see the difference in the standard of accommodation: it is really hard to find the place with the internet (in Peru we never had this problem), but almost everywhere there are electric showers providing hot water (which was not so evident in Peru).

Copacabana is not a very interesting town, where most of the tourists come to enjoy the Island of the Sun, where according to legend the Sun, the Moon and the first Incas emerged from. We also went to this island despite the fact that we had heard quite a lot of bad things about it (that everywhere we would be asked for money, that there is a lot of tourists and that it is not too interesting). Island of the Sun unfortunately didn’t greet us with sun but with heavy rain which absolutely did not encourage us to leave the boat. Fortunately, the weather likes to change and the sun looked out from behind the clouds after few minutes, allowing us to see a little bit of the island. Well, actually island itself is not really impressive. There are ruins, but after seeing a whole lot of ruins in Peru this one there didn’t impress us that much. On the second of the beaches where we arrived we had to pay just for exit from the boat, but really there's nothing there. Oh, a piece of the beach and that’s it... The second time, I definitely wouldn’t come back here again. Much more I liked the islands on Lake Titicaca on the Peru.

We had a very pleasant surprise in Copacabana. As we walked toward the harbour, talking quite loudly I quite suddenly heard:

 "Hi!" (in Polish)

Not sure if I misheard it I approached the boy, who turned said that and saked:

"Are you from Poland?"

It turned out that it was Chris, who along with Max are traveling on motorcycles around the world. Not only that: they were just waiting for another Pole - Michael, who travels in South America on foot. Together we went for a beer, and the next day we met the Ewelina - wife of Michael, who joined him for a part of the journey. It was really incredible to meet Poles in this hole at the end of the world :) And even more amazing it was to meet SUCH Poles at the end of the world. Anyway look there yourselves:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz