środa, 24 lipca 2013

Misti - typowe - nietypowe urodziny / Misti - usual - unusual birthday

by Albin
Scroll down for the English version

20 czerwca 2013 dla wielu ludzi był to pewnie kolejny normalny dzień w ich życiu. Jednak nie dla mnie, bo właśnie na tą datę przypadały moje ‘kolejne’ urodziny.  Pomysł na ‘niekonwencjonalne’ świetowanie skrystalizował sie podczas 11-dniowej wyprawy z Cachory do Machu Picchu. Jeden z Francuzów, z którymi wówczas szliśmy Arnaud miał urodziny dzień po mnie (21 czerwca). Wiec wpadliśmy na pomysł że możemy iść razem na wulkan Misti k/Arequipy i spedzić na szczycie 2 dni. Niestety okoliczności sprawiły, że Arnou nie był w stanie zdążyć na czas do Arequipy. Tak więc świetowanie miało odbyć sie samotnie.

Z organizacyjnego punktu widzenia sama wyprawa nie była trudnym przedsięwzięciem. Traktowałem to jak kolejne wyjście w góry, tak więc namiot, śpiwor, ciepła odzież, zapas jedzenia oraz wody. Wszystko bylo jasne. Pozostawało przygotować się mentalnie. To miała być moja pierwsza ‘góra’ o wysokości niemal 6 tysięcy metrów nad poziomem morza. To była wysokosc z jaką jeszcze nigdy się nie zmierzyłem. Dotychczas najwyższą górę jaką zdobyłem był wulkan Pichincha (4700metrów n.p.m.) w Ekwadorze. Poza tym w Peru trafiło się kilka ‘górek’ i przełęczy w okolicach 4500-4600 metrów, ale Misti miała być moją pierwszą poważną przeprawą.

Sam szczyt bardzo mnie fascynował, przyciągał do siebie jakąś tajemniczą siłą. Chodząc i zwiedzając Arequipę co chwila spogladałem na wulkan motywując się przed nadchodzącym ‘starciem’. Jednakże każde spojrzenie w jej kierunku powodowało niewielki strach i obawy, a także gęsią skórkę. To bylo coś czego jeszcze nigdy nie doświadczyłem i chciałem aby trwało jak najdlużej. Z jednej strony chciałem to osiągnąć, a jednak wiedziałem że łatwo nie będzie.

Na ‘podbój’ Misty wyruszyłem dzień przed moimi urodzinami (19 czerwca) o 5 rano. W wypełnionym po brzegi lokalnym środku transportu podążającym w kierunku Chiguaty gdzie byłem jedynym ‘gringo’. Wiedząc wcześniej że będę skazany polegać na wskazówkach lokalnych ludzi gdzie wysiaść przezornie zaopatrzyłem sie w ‘mini’—podręczny słownik z prostymi zwrotami po hiszpańsku.

Kiedy już zostałem sam na pustkowiu od razu urzekła mnie otaczająca cisza. Żadnych klaksonów samochodowych, krzyków ludzi, ani hałasu ulicznego. Z dala od gwaru wielkiego miasta (Arequipy), otoczony przez surowy górski krajobraz z wielką stożkiem wulkanu Misti naprzeciwko siebie. Droga do podnóża wulkanu nie była trudna. Do pokonania miałem zaledwie ok. 7 kilometrów polną, wyboistą, a do tego zakurzoną drogą. W trakcie pierwszego etapu marszu miałem trochę szczęścia. Niemal na poczatku zatrzymała się spora cieżarówka, której kierowca zaoferował mi podwózkę. W trakcie ‘rozmowy’ moim łamanym hiszpańskim dowiedziałem się, że kierowca kursuje tak codziennie do pobliskiego kamieniołomu, który był usytuowany u podnóża wulkanu. Na szczęście część jego trasy pokrywała się z kierunkiem, w którym podążałem. Tak więc po krótkiej podwózce kierowca wysadził mnie na rozdrożu skąd dalej kontynuowałem drogę w strone Misti.

Po kilkunastu minutach marszu tuż obok mnie zatrzymał sie Jeep. Okazało się że w środku podążała para Nowozelandczyków, koło pięćdziesiątki, którzy również wybierali się, samotnie na wspinaczkę na wulkan. Tak więc dalej razem kontynuowaliśmy wspinaczkę. Już po krótkim czasie dało się odczuć że moi nowi towarzysze podróży mają plecaki znacznie lżejsze od mojego. Również swoją kondycją jak i doświadczeniem górskim znacznie mnie przewyższali. W związku z tym po około 2 godzinach wspólnego marszu dałem im do zrozumienia że wcale nie muszą się na mnie oglądać i mogą iść w swoim ‘normalnym’ tempie.

Przez pozostałe godziny sam podążałem w górę Misti. Od razu można było się zorientować, że ma się do czynienia z wulkanem, gdyż na ziemi znajdował się bardzo drobny pył wulkaniczny, który przy tym niemiłosiernym słońcu ostro dawał się we znaki. Poza tym naokolo występowała bujna roślinność trawiasta, oraz liczne krzewy, które dawaly o sobie znać poprzez swoje kolce, które często przebijały nawet przez długie spodnie i koszulkę w czasie marszu wąskimi ścieżkami.

Na miejscu campingu znalazłem sobie całkiem przyjemny zakątek w miarę osłonięty od wiatru. Już znacznie wcześniej rozbiło się tam małżeństwo nowozelandzkie, a poza tym okazało się że w dniu następnym również z nami na ‘szczyt’ będzie wchodzić grupa z Chile idąca z przewodnikiem. Podczas rozmowy z przewodnikiem dowiedziałem się że ta ilość śniegu jaką zastaliśmy już na 4700 metrach nie jest normą o tej porze roku. Niestety jakieś dwa tygodnie wcześniej w wyższych partiach górskich spadła spora ilość śniegu.

Jako że około godziny 17 zrobiło się ciemno postanowiłem iść spać, ale jak tu zmusić organizm do tak wczesnego zaśnięcia  – nawet dla mnie, który chodzę do łóżka tak wcześnie było to nie lada wyzwanie. W końcu po długim, kilkugodzinnym wierceniu sie w śpiworze udało mi sie zmrużyć oczy.

Wyjście z obozowiska zaplanowałem na godzinę 1:00. Po wydostaniu się z ciepłego namiotu zaskoczyło mnie rozgwieżdżone niebo bez ani jednej chmurki. Dzień wcześniej zapytałem się przewodnika chilijskiej grupy czy mogę do nich dołączyć (szukanie drogi po ciemku nie należy do najłatwiejszych zadań) i on się bez problemu zgodził. Wszyscy zaopatrzeni w czołówki szliśmy gęsiego tuż za przewodnikiem, który nawet w ciemnościach co rusz rozpoznawał charakterystyczne głazy. Ponieważ dzień wcześniej zgubiłem rękawiczki, teraz musiałem improwizować. Tak więc wykorzystałem moją dodatkową parę grubych skarpet do których w jedną dłoń włożyłem czapkę, a do drugiej bandamkę. W sumie było mi ciepło, ale bez rewelacji. Po około 1,5 godziny okazało się że Chilijka która zdecydowała się na wejście z grupą bardzo odczuwa przenikliwy wiatr i zaczyna poważnie marznąć – szczególnie w dłonie i nogi. Muszę przyznać że na pierwszy rzut oka miała całkiem dobry ubiór, tak więc wydaje mi się że marznięcie mogło mieć bardziej aspekt psychologiczny. Z czasem z kobietą było coraz gorzej więc kilka razy musieliśmy się zatrzymać na dłużej przy jakiejś niszy aby ją ogrzać wszelkimi, możliwymi sposobami. Od czasu do czasu ogarniały ją wręcz ataki paniki-zimna. Wówczas krzyczała że nie czuje palców u rąk i nóg. A co ja biedny miałem czuć ze swoimi ‘rękawiczkami’ zrobionymi ze skarpetek.

Pomiędzy 5 a 6 rano nastapił niesamowity spektakl wschodu słońca. W sumie wszyscy wręcz wyczekiwali pierwszych promieni słonecznych aby choć trochę ogrzać przemarznięte kości. Ciągle wiał bardzo porywisty wiatr, który wielokrotnie wytrącał mnie z pionu. Misti również wyglądała przepięknie o wschodzie słońca. Jej olbrzymi cień na tle milionowego miasta robił niesamowite wrażenie. Zrobienie kilkunastu zdjęć (co wiązało się ze ściągnięciem ‘rękawiczek’) kosztowało mnie straszne katusze zmarzniętych palców u rak. Za którymś razem poprosiłem przewodnika czy mógłbym pożyczyć od niego zapasowe rękawiczki, z których zrezygnowała ta Chilijka. Ku mojej radości zgodził się. Zresztą i tak było na tyle zimno że nie do końca zrezygnowałem z moich skarpetek w środku:)

Około godziny 9 kiedy już widzieliśmy szczyt wulkanu cała grupa postanowiła zrobić przerwę i odpocząć. Po oczach Chilijki widziałem że ma dość i się poddała. W  jej przypadku wejście na szczyt nie wchodziło w rachubę. Również pozostała część towarzyszy powoli przegrywała walkę z wulkanem. Co chwila pytali kiedy gdzieś przysiądziemy żeby odpocząć i jak daleko jest jeszcze do szczytu. Kiedy w odpowiedzi usłyszeli 1,5-2 godz. – opadli bez sił. Wiedziałem że z nimi już dalej nie pójdę. Jednak nie chciałem się poddać ‘tuż ‘ przed celem. Sam wierzchołek był juz widoczny co jeszcze bardziej mnie motywowało do dalszego marszu. Niestety przewodnik musiał wracać z całą trójką do bazy. Ja wiedziałem że tak łatwo się nie poddam. Byłem już na 5500 metrów n.p.m. Poza tym nic mi nie dolegało. Nie byłem wyczerpany kilkugodzinnym podejściem, nie było mi zimno nawet nie odczuwałem żadnych skutków choroby wysokościowej. Teraz albo nigdy.

Podczas ostatniej przerwy dogoniła nas inna zorganizowana grupa angielsko-francuska, która wystartowała z obozowiska znacznie niżej położonego niż nasze (ta Chilijka bardzo nas opóźniała, poza tym podczas licznych postojów pozostali uczestnicy zaczynali odczuwać przenikliwe zimno).  Ruszyłem za kolejną grupą na szczyt. Tym razem nie było już kamieni, natomiast był typowy trawers po śniegu wzdłuż jakiegoś mniejszego szczytu. Nie powiem, nie było latwo. Śnieg po kolana, a czasami jak się zeszło ze szlaku to można było się zakopać nawet po pas (mi zdarzyło się to dwa razy). Sam przewodnik jakimś nadzwyczajnym instyktem wyszukiwał dalszą drogę. Jednak taka sielanka nie trwała zbyt długo. Po jakiś 20 minutach ‘nowy’ przewodnik zbuntował się i powiedział żebym szedł dalej sam, a nie po jego śladach. Bo ja przecież nie zapłaciłem za ‘wycieczkę’ więc on nie będzie mnie prowadził na szczyt. Po ostrej wymianie zdań i kilku niecenzuralnych słowach z mojej strony ruszylem dalej po jego śladach (nigdzie mi się nie śpieszyło więc odczekałem trochę i ruszyłem jakieś 5 minut po nim – w sumie nikt mi w górach nie możę zabronić iść wolno czyimiś śladami). W tym człowieku nie widzialem żadnego ducha solidarności górskiej, nawet czystego odruchu ludzkiej pomocy, tylko czysta żądża pieniądza.

Kiedy byłem już pewny dalszej drogi na szczyt tzn. jakieś 45 minut przed celem, na prostej, wówczas ’włączyłem drugi bieg’ i wyprzedziłem całą grupę, która zresztą w celu kolejnej próby ‘’zgubienia’’ mnie zarzadziła przerwę. Na szczyt Misti dotarłem około godziny 10—po niemal 9 godzinach marszu. Nic nie opisze radości jaka mną ogarnęła kiedy stanałem na szczycie. Niebo było nadal bezchmurne, ale wiało niemiłosiernie. Przy tym było grubo poniżej zera, no cóż w końcu byłem na wysokości 5822 metrów n.p.m. Widok jaki się z tamtąd rozpościerał zapierał dech w piersiach. Wszystkie okoliczne wulkany jak i góry było widać jak na dłoni. Nieco poniżej mogłem zajrzeć do krateru samego wulkanu Misti, a trochę niżej (jakieś 3600 metrów poniżej) majaczyło miasto Arequipa.

W sumie na szczycie spedziłem około godzinę. Niestety wkrótce nadszedł czas zejścia w dół. W końcu nic nie trwa wiecznia, a mnie czekało jeszcze kilka godzin zejścia. Na drogę powrotną wybrałem tą samą drogę co Chilijczycy. Była krótsza, ale trochę trudniejsza technicznie. Żleb  którym schodziłem był przykryty głebokim zamarzniętym śniegiem. Gdy już mi się wydawało że jestem na poziomie gdzie powinien znajdować się mój namiot spotkała mnie niemiła niespodzianka.  Namiotu nie było w moim zasięgu wzroku. Ałć. W sumie nie do końca poznawałem okolice powyżej campingu jako że opuściłem obozowisko nocą kiedy jeszcze panowały egipskie ciemności. Tak więc ruszyłem trawersem w poszukiwaniu campingu. Po przejściu kilku zagłębień moim oczom ukazało się obozowisko, jednak było znacznie poniżej mnie, tak więc czekało mnie jeszcze  kilkadziesiąt minut dodatkowego przedzierania się między głazami i śniegiem. W końcu koło 11.30 wyczerpany dotarłem do celu i przysiadłem w pobliżu swoich rzeczy by trochę odetchnąć.

Po krótkim odpoczynku spakowałem plecak i ruszyłem w drogę powrotną. Samo schodzenie w dół zajęło mi znacznie mniej czasu niż dzień wcześniej droga w przeciwną stronę. Już pod koniec marszu postanowiłem sprawdzić się po raz ostatni. Moim mottem przez resztę drogi było ‘maszeruj albo zdychaj’ znana maksyma z Legii Cudzoziemskiej. Tak więc po całym dniu chodzenia po wulkanie postanowiłem  przejść ostatnie 7 kilometrów  w czasie 1 godziny. Słońce, kurz, zmęczenie, brak jedzenia oraz załadowany plecak ‘stawiały’ opór. Jednak najważniejsze była silna motywacja i wewnętrzna siła. Tempo marszu miałem całkiem niezłe i w sumie byłem bliski osiągnięcia celu. Cały dystans udało mi się ‘zrobić’ w godzinę i 10 minut. Byłem całkiem zadowolony z siebie. Tym mocnym akcentem zakończyłem się swoje zwykłe – niezwykłe urodziny.

English:
by Albin

June 20, 2013, for many people it was probably another normal day in their lives. But for me it was my next birthday in my life. The idea of ​​'unconventional' celebration crystallized during 11-day trekking from Cachora to Machu Picchu. One of the French, with whom we then walked -  Arnaud had birthday just a day after my birthday (June 21). So we came up with the idea that we can go together to the volcano Misti close to Arequipa and spend two days at the top. Unfortunately, due to some circumstances Arnou was not able to make it on time to Arequipa. Thus I had to celebrate alone.

From an organizational point of view, the expedition itself was not a difficult task. I saw it as just another mountain trip, so I knew I had to take the tent, sleeping bag, warm clothes, food and water supply. Everything was clear. I just had to prepare myself mentally. This was to be my first mountain of almost 6000 meters above sea level. It was the height of which have never climbed before. So far, the highest mountain I climbed was a volcano Pichincha (4700 meters above sea level) in Ecuador. Moreover, in Peru we went to few 'hills' and pass around 4500-4600 meters, but Misti was to be my first major ordeal.

The top fascinated me, attracted with the kind of mysterious power. Walking and exploring Arequipa I looked at the volcano before my “challenge”. However, every glance in her direction resulted in a slight fear and anxiety, as well as creeps. It was something I had never experienced before, and I wanted that lasted as long as possible. On the one hand, I wanted to get it, but I knew that it will not be easy.

My trip to Misti I started a day before my birthday (June 19) at 5 am. In a packed local bus to Chiguata I was the only 'gringo'. Knowing in advance that I would be condemned to rely on the guidance of local people where to get off I cautiously equipped himself in 'mini'-concise dictionary with simple phrases in Spanish.

Once I was alone in the wilderness I was captivated immediately by surrounding silence. No car horns, people shouting or traffic noise. I was away from the bustle of the big city (Arequipa), surrounded by harsh mountain landscape with great Misti volcano cone in front of me. The road to the foot of the volcano was not difficult. I had only about 7 km to walk on a dirty, bumpy and dusty road. During the first stage of the march I had a good luck. Almost at the beginning of my trip a large truck stopped and the driver offered me a ride. During the 'conversation' in my broken Spanish, I learned that the driver runs as a daily to a nearby quarry, which was located at the foot of the volcano. Fortunately, part of the route coincides with the direction in which I followed. So after a short drive driver dropped me off at a crossroads where I continued on the path toward Misti.

Jeep stopped right next to me after only several minutes of walking. It turned out that it was a couple of New Zealanders, about fifty, who also chose to climb alone on the volcano. We continued climbing together. After a short period of time I realised that my new traveling companion’ backpacks are much lighter than mine. Also they were fitter and much more experienced in mountain climbing than I was. Therefore, after about two hours of a joint march I gave them to understand that they do not need to wait for me and they can go in their 'normal' pace.

For the remaining hours I walked Misti myself. At once you can realize that you're dealing with a volcano, because on the ground there was very fine volcanic dust, which with combination with merciless sun gave a really touch experience. Besides, there was lush vegetation around the grassy, ​​and numerous shrubs that give to manifest itself through its spines, which are often pierced even by long pants and shirt while walking through the narrow paths.

On-site campground, I found myself quite as inviting place, sheltered from the wind. A couple from New Zealand came here before as well and besides, it turned out that a guided group from Chile will climb with as the next day. During a conversation with a guide I found out that the amount of snow that we found already at 4700 meters is not the norm for this time of year. Unfortunately two weeks earlier in the higher parts of the mountain a large amount of snow felt.

As it got dark already at 5pm I decided to go to sleep, but how to get your body to sleep so early - even for me who I go to bed so early was a real challenge. Finally, after a few hours of drilling in a sleeping bag I managed to squint.

I planned to leave camp at 1:00am. After getting out of the warm tent, I was surprised by the starry sky without a single cloud. The day before, I asked the Chilean group’s guide if I could join them (look for the road in the dark is not the easiest of tasks), and he easily agreed. We all followed the guide who even in the darkness was able to recognize the distinctive boulders. Because the day before I lost my gloves, now I had to improvise. So I used my extra pair of thick socks. Overall, I was warm, but no revelations. After about 1.5 hours we found that one of the Chilean girls felt very cold and begun to seriously freeze - especially her hands and feet. I have to admit that at first glance she had a pretty good outfit, so it seems to me that freezing may have more psychological aspect. With time, the woman was getting worse so a few times we had to stop for longer at some niche to try to warm her with possible ways. From time to time she even had panic attacks from cold. Then she cried that she didn’t feel your fingers and toes. What should I feel with his 'gloves' made from sock?

Between 5 and 6 am there was an amazing spectacle of sunrise. Almost everyone looked forward to the first rays of sunshine to warm up little frost-bones. Still a very strong wind was blowing, which often precipitated me vertical. Misti also looked beautiful at sunrise. Her huge shadow on the background of one millionth city made a huge impression. Taking several photos (which was associated with taking off the 'gloves') cost me a terrible agony frozen fingers. I asked the guide if I could borrow his spare glove. To my delight he agreed. Anyway, I was so cold that I didn’t give up my socks in the middle :)

Around 9 o'clock when we saw the top of volcano whole group decided to take a break and relax. When I saw the eyes of Chilean girl I knew she had enough and gave up. Also the rest of the companions were slowly losing the battle with the volcano. All the time they asked about break and how much was it to peak. When they heard in response that it was 1.5-2 hours they dropped without power. I knew none of them would go any further. But I did not want to resign 'right' in front of the goal. I had already seen the top what motivated me even more to continue the march. Unfortunately the guide had to go back with all three people from his group to the base. I knew that it will not give up easily. I've been to 5500 meters above sea level. And nothing was wrong with me. I wasn’t exhausted by the few hour climb, I was not cold and I didn’t feel any effects of altitude sickness. It was then or never.

During the last break we caught up with other organized group of English-French, which took off from the camp located much lower than ours (the Chilean delayed us a lot). I went after another group towards the summit. This time there were no stones, and was typical traverse with the snow along a smaller peak. I wouldn’t say it was easy. Snow on the knee, and sometimes as a descended from the trail that could be buried up to his waist (it happened to me twice). The guide was miraculously finding the trail in the snow. The idyll did not last too long. After about 20 minutes my 'new' guide rebelled and told me to go on alone, and not in his footsteps. Because I hadn’t paid for the 'tour' so he wouldn’t lead me to the top. After a sharp exchange of words and a few obscene words on my part I moved on in his footsteps (I was not in a hurry so I waited a bit and I started some five minutes after him - nobody in the mountains can stop me from going on one’s footsteps). This man did not understand any of solidarity mountain, even pure human instinct to help, just pure lust for money.

When I was sure the road to the top, ie about 45 minutes before the summit I speeded up and overtook the entire group. I reached the Misti’s summit around 10 o'clock after nearly nine hours of walking. Nothing can describe the joy which seized me when I stood at the top. The sky was still clear, but the wind blew mercilessly. It was well below zero, well, I was finally at an altitude of 5822 meters above sea level. The view from there was really breath-taking. All the surrounding volcanoes and mountains could be seen at a glance. A little lower I could have a look into the crater of Misti volcano, and a little lower (about 3600 meters below) there was city of Arequipa.

In total, I spent about an hour on the summit. Unfortunately, soon it was time to descend down. In the end nothing lasts forever, and I still had a few hours to descend. On the way back I have chosen the same path as Chileans. It was shorter, but a little more difficult technically. I went down the gully which was covered with deep frozen snow. Once I thought I was on a level where I should find my tent I met an unpleasant surprise. The tent was not in my sight. Ouch. All in all I really didn’t have a chance to get to know the area above the campground as I left the camp at night when I was pitch dark. So I set off in search of traverse terrain. After passing a few cavities in my eyes appeared the camp, but it was well below me, so I had a few minutes extra of going down. In the end I got to the campsite about 11.30am and exhausted I had little break.


After a short rest I packed my backpack and set off on the return journey. Descent down it took me less time than the road in the opposite direction the day before. At the end of the march I decided to check myself one last time. My motto for the rest of the way was 'march or dye' famous maxim of the Foreign Legion. So after a long day of walking around the volcano I decided to go last 7 km in 1 hr. The sun, dust, fatigue, lack of food and loaded backpack 'put up' resistance. But the most important was a strong motivation and inner strength. I had a pretty good pace and I was close to reach my goal. The entire distance I managed to 'do' in an hour and 10 minutes. I was quite pleased with myself. The strong accent finished in my usual - unusual birthday.

2 komentarze:

  1. Wow, what an experience! I have never done a major hike while traveling like this. I live in the mountains here so don't have much of an attraction to scaling high peaks like that. I would have NOT enjoyed an experience like that. haha I admire your persistence and strength! Did Albin not go with you?

    OdpowiedzUsuń
  2. Hi Aaron :) It was Albin who wrote this post (for change! :)) and climb Misti. He went there without me. I am not a big fan of high altitude :) I am not surprised that mountains are not so attractive for you :) For us they are still magical (even though I prefer them to be a bit lower :))

    OdpowiedzUsuń