wtorek, 9 lipca 2013

Cotahuasi - Najglebszy i Najpiekniejszy Kanion Swiata / Cotahuasi - the Deepest and the Most Beautiful Canyon in the World

Scroll down for the English version

Cotahuasi nie chciało nas... Wszystko szło jak po gruzie... Zacząwszy od wyjazdu... Gdy dzień wcześniej rozmawialiśmy z Albinem, powiedziałam mu:

 „Po co będziemy jechać kupować bilet wcześniej. Cotahuasi nie jest popularną miejscowością turystyczą i na pewno uda nam się kupić bilety godzinę przed odjazdem!”

Hmmm.. Byłam w błędzie... Przybyliśmy na dworzec autobusowy razem z naszymi plecakami spakowanymi jak trzeba na 4-dniowe łażenie po górach. Dosyć szybko przekonaliśmy się, że tego dnia nigdzie nie pojedziemy. Cotahauasi może i nie jest popularną miejscowością turystyczną, ale wszystko wskazuje na to, że jego mieszkańcy dosyć często odwiedzają stolicę regionu, którą jest Arequipa. Postawieni w takiej sytuacji kupiliśmy bilety na autobus na następny dzień (na który również zostało raptem 5 wolnych miejsc!) i skruszeni wróciliśmy do hostelu.


Następnego dnia stawiliśmy się jak trzeba na dworcu autobusowym, gdzie okazało się, że będziemy jechać całkiem przyzwoitym autobusem z porządnie rozkładanymi siedzeniami (naprawdę super sprawa przy 10-godzinnej podróży!) Moja radość na myśl o dobrze przespanej nocy minęła najpierw kiedy okazało się, że mniej więcej w połowie drogi skończył się asfalt a autobusem zaczęło trzęść we wszystkich możliwych kierunkach. Po kolejnej godzinie pasażerowi siedzącemu przede mną zacięło się okno (które co chwila otwierał i zamykał) i w moim kierunku do końca drogi wiał niemiłosiernie zimny wiatr. Ależ się wtedy cieszyłam, że zdecydowałam się wziąć śpiwór do środka!

Niezbyt wyspana, o 4:00 wysiadłam razem z Albinem (któremu nie przeszkadzało ani otwarte okno, ani trzęsący się autobus i całą drogę spał jak zabity) w małej wiosce,  którą jest Cotahuasi. Ponieważ nasz kolejny autobus odjeżdżał dopiero o 6:30, postanowiliśmy się rozłożyć koło przystanka autobusowego i nieco przespać. I tutaj znowu Albin spał sobie smacznie podczas gdy ja trzęsłam się z zimna i tylko co chwila odpowiadałam na serdeczne pozdrowienia patrzących na nas z zainteresowaniem mieszkańców.

W końcu około godziny 7:30 dojechaliśmy do wodospadu Sipia, skąd zaczynaliśmy nasz trekking. Wodospad ten ma wysokość 153m i jest nieco ukryty w czeluściach kanionu. Wsłuchując się w szum spadającej wody zjedliśmy skromne śniadanie i wyruszyliśmy w drogę. Kanion Cotahuasi niemal od razu powalił mnie na kolana. Niesamowite urwiska, wysokie na ponad 1000m ściany z obu stron rzeki, bajeczna czerwono-złota kolorystyka... Kanion ten reklamuje się jako najgłębszy i najpiękniejszy na świecie (El canon mas profundo y bello del mundo). Jest on podobno nieco wyższy od dużo bardziej znanego Kanionu Colca i moim zdaniem zdecydowanie od niego ładniejszy. Idąc w stonę wioski Quechualla, do jego najgłębszej części nie mogłam wyjść z zachwytu. Do tego około godziny 9:00 nad naszymi głowami zaczęły szybować majestatyczne kondory.

Maszerowaliśmy tak aż do około godziny 15:00. Tego dnia mieliśmy zamiar rozbić namiot w okolicy Quechualla, aby następnego dnia na spokojnie dotrzeć do Ushua, uznawanego za najgłębsze miejsce kanionu, a później pójść do Charcany, znajdującej się po drugiej stronie gór. Niestety nasze plany legły w gruzach, gdy przed nami na drodze pojawiło się wielkie zawalisko. Zaczęliśmy pytać miejscowych robotników, którędy w takim razie możemy dojść do Quechualla, ale ciągle tylko słyszeliśmy, że to jest bardzo niebezpieczne i nie da się go obejść, a innej drogi nie ma. Zrezygnowani przeszliśmy po starym i trzęsącym się moście na drugą stronę rzeki i na sporym polu kaktusów, położonym na stromym zboczu kanionu rozbiliśmy namiot.

Następnego dnia planowaliśmy wrócić do Cotahuasi i stamtąd do Arequipy. Jednakże gdy rano weszliśmy do autobusu, z zaskoczeniem obserwowaliśmy miejscowych mieszkańców z gracją przechodzących przez zawaloną drogę. Podpytaliśmy jeszcze na wszelki wypadek spotkanego Francuza, który właśnie z Quechualla wrócił i potwierdził on to co widziały nasze oczy: przez zawalisko można w miarę bezpiecznie przejść! Szybka decyzja: idziemy! Po około 3 godzinach wędrówki wzdłuż rzeki doszliśmy do odciętej od świata wioski: Quechualla. Stamtąd miała prowadzić w miarę prosta droga do Ushua. My jednak próbowaliśmy trzech różnych ścieżek i żadna z nich nie wydawała się być tą dobrą. Jak wspomniałam na początku: Cotahuasi nas za bardzo nie chciało przyjąć... W końcu zmęczeni upałem poddaliśmy się i zaczęliśmy wracać w stronę zawaliska skąd następnego dnia mieliśmy wracać do wioski Cotahuasi. Tego dnia spaliśmy w inkaskich ruinach przy rzece.

Gdy wróciliśmy do wioski okazało się, że podobnie jak z wyjazdem stąd są podobne problemy jak z przyjazdem. Dlatego też czekały nas 24 godziny w Cotahuasi. Na szczęście dla nas akurat odbywały się obchody peruwiańskiego dnia nauczyciela i w związku z tym w wiosce odbywał się festyn: turniej siatkówki, apel, koncert, tańce... Z związku z tym sporo czasu spędziliśmy na terenie tutejszej szkoły oraz Plaza de Armas obserwując tutejszą fiestę.

Droga powrotna do Arequipy minęła nam bez większych przygód. Ja wprawdzie nieco odchorowałam pobyt w Cotahuasi, ale teraz już jesteśmy gotowi na kolejny punkt naszej wycieczki i jutro wyjeżdżamy w końcu do Puno :)


English:

Cotahuasi did not want us... Everything was going not as it should... Starting from leaving Arequipa... When I talked the day before with Albin, I told him:

 "I don’t see why we should go to buy a ticket in advance. Cotahuasi is not a popular tourist resort and for sure we will be able buy tickets an hour before departure! "

Hmmm... I was wrong... We arrived at the bus station with our backpacks bundled up as it should be for a 4-day mountain hiking. Pretty soon we found out that this day we will not go anywhere. Cotahauasi may not be a popular tourist destination, but it seems that its residents quite often visit the capital of the region, which is Arequipa. Brought in such a situation, we bought bus tickets for the next day (for which were also only five seats left!) And we returned to the hostel.


The next day we arrive on time at the bus station, where we found that we go in a pretty decent bus with seats properly reclining (really cool thing with a 10-hour journey!) My joy at the prospect of a good night sleep disappeared at first when it appeared that less halfway the asphalt was over and the bus started shaking in all possible directions. After another hour, the passenger seated in front of me stuck the window (which every now and then he was opening and closing) and the mercilessly cold wind was blowing in my direction until the end of the journey. And then I was glad that I decided to take a sleeping bag inside!

I got off at 4:00am with Albin (who was not bothered neither by open window nor by shaking bus and he slept like a baby) in a small village, which is Cotahuasi. As our next bus was not leaving until 6:30am, we decided to spread near the bus stop and have a little sleep. And here again Albin slept soundly while I was shaking from the cold, all the time answering to heartfelt greetings from the residents staring at us with interest.

Finally around 7:30 am we arrived at the waterfall Sipia, where we started our trek. This waterfall has a height of 153m and is somewhat hidden in the depths of the canyon. Listening to the sound of falling water we ate a modest breakfast and hit the road. Canyon Cotahuasi knocked me to my knees almost immediately. Amazing cliffs, over 1000 meters high walls on both sides of the river, fabulous red and gold colours ... Canyon that advertises itself as the deepest and most beautiful in the world (El canon mas profundo y mas bello del mundo). It is apparently somewhat higher than the much more famous Colca Canyon, and in my opinion much nicer than it. Going towards Quechualla village, to the deepest part of the canyon I could not get out of admiration. Until about 9:00 am over our heads majestic condors began to soar.

We marched so until about 3pm. That day we were going to pitch a tent in the area Quechualla so the next day we could easily reach Ushua, which is considered the deepest part of the canyon, and then go to Charcana, located on the other side of the mountains. Unfortunately, our plans were shattered when on the road in front of us we found a huge landslide. We began to ask local workers, which way then we can come to Quechualla, but all we heard was that it was very dangerous and cannot be passed, and there is no other way. Resigned we went through the old and shaky bridge across the river and we camped into a huge cactus field, located on a steep slope of the canyon.

The next day we planned to go back to Cotahuasi and then to Arequipa. However, when we got on the bus in the morning, with a surprise we saw local people passing through the collapsed road with the grace. We also asked a Frenchman we met, who had just returned from Quechualla and he confirmed what our eyes have seen: one can fairly safe pass the landslide! Quick decision: let's go! After about 3 hours walking along the river we came to the villages cut off from the world: Quechualla. From there should be simple way to Ushua. However, we tried three different paths and none of them seemed to be the good one. As I mentioned at the beginning: Cotahuasi didn’t want us to be there... Finally, tired of the heat we gave up and started walking back toward the landslide from where the next day we had to go back to the village Cotahuasi. That day we slept in Inca ruins by the river.

When we returned to the village, it turned out that, there were the similar problems with departure from the village as we had with the arrival here. Therefore, we waited 24 hours in Cotahuasi for our bus to come. Luckily for us the celebration of Peruvian teacher’s day was held and, therefore, a little fiesta took place in a village: volleyball tournament, parade, show, dancing... Because of that we spent a lot of time in the local school and the Plaza de Armas observing the local fiesta.


The way back to Arequipa passed us without much adventure. I fell ill after coming back from Cotahuasi but now we're ready for the next point of our trip and tomorrow we are eventually leaving to Puno :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz