czwartek, 20 czerwca 2013

Tres Cruces - magiczne wschody slonca i rocznica slubu / Tres Cruces - magical sunrises and wedding anniversary

Scroll down for the English version

Nasza podróż w miarę upływu czasu spowalnia coraz bardziej. Początkowo gnaliśmy w typowo europejskim zapałem z jednego miasta do drugiego według ściśle określonego planu. Plan ten już jakiś czas temu przestał cokolwiek dla nas znaczyć. Teraz delektujemy się atmosferą mijanych miast i miasteczek. Dostosowujemy się do spowolniongo rytmu Ameryki Południowej, do jej spokojnie bijącego serca...

Taki właśnie lekko nostalgiczny i niesamowicie powolny był nasz wypad na górę Tres Cruces. Jest to jedna z ostatnich gór w łańcuchu Andów. Z jej szczytu rozpościera się niesamowity widok na leżącą poniżej dżunglę. Szczególnie spektakularne są tutaj wschody słońca, podziwiać które przybywa tutaj większość (nielicznych zresztą) turystów.

Można tam niby pojechać z wycieczką, ale to tak nie w naszym stylu! Zdecydowaliśmy się więc pojechać tam na własną rękę. Okazało się jednak, że nie jest to znowuż takie proste... Najtrudniejsze okazało się znalezienie skąd odjeżdża autobus do Pilkopaty, który miał nas zabrać do wejścia do Parku Narodowego Manu, w którym znajduje się Tres Cruces. Wydawało nam się, że dzień wcześniej znaleźliśmy miejsce odjazdu autobusu oraz dowiedzieliśmy się godzinę odjazdu. Gdy jednak przybyliśmy na miejsce o nieludzkiej godzinie 4:30, autobusu do Pilkopaty tam nie zastaliśmy... Miły pan poinformował nas, że autobusy tam odjeżdżają z leżącego na przedmieściach Cusco San Jeronimo... Cóż mieliśmy zrobić, poprosiliśmy naszego taksówkarza, aby nas tam zawiózł. Na miejscu okazało się, że colectivo jadące do Pilkopata rzeczywiście tam czeka, ale odjeżdża dopiero około 8:00... I po co nam było tak wcześnie wstawac? Poprosiliśmy kierowcę czy możemy poczekać w środku i szybko wpadliśmy w objęcia Morfeusza.


Po drodze do Manu zatrzymaliśmy się jeszcze na lunch w Paucatambo – uroczej, malutkiej miejscowości, z białymi kamieniczkami okalającymi rynek. Stamtąd tylko godzina jazdy i zostaliśmy wysadzeni przy wejściu do parku. Teraz czekał nas 3-godzinny marsz drogą na górę. Gdy dotarliśmy na szczyt, licząc na pierwsze widoki na Amazonię, zostaliśmy przywitani przez gęstą chmurę, zasłaniającą nie tylko dżunglę poniżej, ale wszystko dookoła... Mając nadzieję na ładny wschód słońca rozbiliśmy namiot i niedługo potem poszliśmy spać.

Rano obudziły nas ciepłe promienie wschodzącego słońca. Wprawdzie było ono otoczone wianuszkiem chmur, ale chyba tylko dodawały mu one uroku... :) Amazoni wprawdzie za bardzo nie widzieliśmy, ale widoki były nieziemskie. Ponieważ następnego dnia obchodziliśmy naszą drugą rocznicę ślubu, na górze postanowiliśmy spędzić dwie noce. W związku z tym cały dzień byczyliśmy się przed namiotem podziwiając przewalające się dookoła nas chmury. Dzięki nim krajobraz dookoła nas zmieniał się nieustannie, nie pozwalając się sobą znudzić. Natomiast gdy wieczorem wyszłam na chwilę z namiotu zaskoczyło mnie całkowicie bezchmurne, usiane milionem gwiazd niebo, obiecujące piekny wschód słońca o poranku.

Obietnice te okazały się nie być bez pokrycia. Naszą rocznicę rozpoczęliśmy w niesamowicie romantycznych okolicznościach: niemal bezchmurne niebo, pięknie widoczna dżungla poniżej oraz krwistoczerwone słońce powoli wschodzące ponad linię horyzontu. Jakże inny widok od tego z dnia poprzedniego!

Krótko po wschodzie słońca zaczęliśmy się zbierać do zejścia nie wiedząc kiedy uda nam się złapać jakiś samochód jadący z powrotem do Cusco. Przez 40 minut czekaliśmy przy drodze, po której nie przejechał nawet jeden samochód... Jednak czekanie nie było bezowocne: po 40 minutach zatrzymał się nam samochód jadący prosto do Cusco! Do tego zabrał nas tam za darmo :)

Nie obyło się jednak bez przygód. Najpierw okazało się, że na głównej drodze prowadzącej do Cusco trwają akurat roboty i droga będzie zamknięta przez najbliższe 4 godziny. Na szczęście nasz kierowca, jak przystało na osobę stamtąd, znał objazd: malutką, wąziutką i do tego dosyć stromą drogą. Podobnie jak za pierwszym razem, tak i teraz mieliśmy przerwę na lunch w Paucatambo. Tutaj jednak zonk: nasz kierowca zatrzasnął kluczyki w samochodzie... Godzinę zajęło nam wyciąganie ich przez odkrytą szparę w oknie. Na szczęście to był koniec niespodzianek i bez większych przygód dotarliśmy do Cusco, gdzie Conny i Chris z naszego hostelu przygotowali nam małą niespodziankę z okazji rocznicy ślubu... :)

ZDJECIA TRES CRUCES

English:

Our trip over time slows down more and more. Initially we sped with typically European enthusiasm from one city to another according to a specific plan. This plan some time ago ceased to mean anything for us. Now we enjoy the atmosphere of passing towns and villages. We adjust ourselves to the slow rhythm of the South America, its heart beating calmly ...

This is how slightly nostalgic and incredibly slow was our trip to the top of Tres Cruces. It is one of the last mountains in the Andes. From its peak stretches an amazing view on the underlying jungle. Here are particularly spectacular sunrises – the reason to come here for most of tourists.

You can go there with a tour, but it's not in our style! So we decided to go there on our own. It turned out, however, that it is not so easy... The hardest part was finding where the bus to Pilkopata leaves from. This bus would take us to the entrance to the Manu National Park, where Tres Cruces is located. It seemed to us that the day before we found the place of departure of the bus and that we learned departure time. But when we arrived at 4:30am ungodly hour, there was not a sign of the bus to Pilkopaty... Nice man told us that the buses leave from San Jeronimo which is outside Cusco... What could we do… we asked a taxi driver to take us there. It turned out that colectivo going to Pilkopata was already waiting there but it didn’t plan to leave before 8:00am... And why did we get up so early? We asked the driver if we could wait inside and quickly ran into the arms of Morpheus.
 
On the way to Manu we stopped for a lunch at Paucatambo - charming, tiny town, with white tenements around market. From there, only an hour away and we disembarked at the entrance to the park. Now, we had a three-hour march to the top. When we reached the summit, hoping for a first view of the Amazon, we were greeted by a dense cloud that covered not only the jungle below, but all around ... Hoping for a nice sunrise we camped and soon after went to bed.

In the morning we were awakened by the warm rays of the rising sun. It was surrounded by a ring of clouds, but I think they just gave the charm ... :) We have not seen much of Amazon, but the views were spectacular. Since the day after we celebrated our second wedding anniversary, we decided to spend two nights at the top. We hung out all day in front of the tent admiring clouds around us. The constantly changing landscape around us, didn’t allow us to get bored. When in the evening I came out of the tent for a moment I was totally surprised by completely cloudless sky studded with millions of stars, promising beautiful morning sunrise.
 
These promises were not without coverage. Our anniversary started with incredibly romantic circumstances: almost cloudless sky, beautifully displayed jungle below, and blood-red sun slowly rising over the horizon. How different view from that of the previous day!

Shortly after sunrise we started to get ready to go down, not knowing when we can catch a car going back to Cusco. For 40 minutes we were waiting on the road where no cars were going at all... But the wait was not fruitless: after 40 minutes we stopped the car driving straight to Cusco! And the driver took us there for free :)


We had some adventures on the way. First, we found that on the main road to Cusco there were some work roads and the road would be closed for the next four hours. Fortunately, our driver, as a local person, he knew the detour: a tiny, very narrow and steep road. Just like the first time, now we had a lunch break in Paucatambo. Here, however, we had an unpleasant surprise: our driver slammed the car keys in the car ... It took us an hour to take them out though a crack in the window. Fortunately, that was the end and after that without any major surprises and adventures we got back to Cusco, where Conny and Chris from our hostel prepared a little surprise for our wedding anniversary ... :

PICTURES TRES CRUCES

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz