czwartek, 6 czerwca 2013

Paracas i Nazca czyli w Krainie "Nie da sie" / Paracas and Nazca - in the "Land of Impossible"

Scroll down for the English version


Rezerwat Narodowy Paracas znany jest z bezludnych plaż oraz niezliczonej liczby żyjących tam zwierząt. Przyjeżdżając do Paracas nie sposób nie wybrać się na wycieczkę na Wyspy Ballestas, które nazywane są „Galapagos dla ubogich”. Ponieważ gdy byliśmy w Ekwadorze nie było nas stać na wyjazd na Galapagos, tutaj bez wahania wykupiliśmy wycieczkę. Udało nam się wytargować cenę 42 sole za 2 wycieczki (wyspy oraz rezerwat) i w drogę! Gdy czekaliśmy na naszą grupę, aby się zebrała w całości wpadła nam w oko grupka czterech osób wyglądających na Polaków. Okazało się, że są to kolejni spotkani na naszej drodze „Polacy z promocji”. Okazali się strasznie sympatyczni i w sumie przegadaliśmy całą drogę na wyspy.

Na wyspach największe wrażenie nie wywarły na mnie wylegujące się na kamieniach lwy morskie, ani wesoło przkomarzające się pingwiny, ale niezliczona ilość ptactwa. Chyba w całym swoim życiu nie widziałam tylu przelatujących mi nad głową ptaków co w okolicy wysp! Widać je nie tylko na niebie, ale także siedzące na niemalże wszelkich możliwych skałkach.

Podczas wycieczki do Rezerwatu naszym głównym celem było znalezienie plaży, na której możemy rozbić swój namiot. Rezerwat jest olbrzymi i wycieczki objeżdżają jedynie jego malutką część. My w końcu zdecydowaliśmy się na plażę poleconą nam przez strażnika dzień wcześniej. Okazało się, że rozbiła się na niej już para Czechów, ale spali oni tam tylko jedną noc. Poza tym mogliśmy się w samotności delektować szumem fal i rozgwieżdżonym niebem nad naszymi głowami. W rezerwacie zdecydowaliśmy się zostać na 3 noce, z czego ostatnią noc spędziliśmy w malutkim porcie rybackim. Mieszka tam obecnie tylko dwóch rybaków. Jeden z nich zaczepił mnie podczas gdy pisałam pamiętnik i zaczął ze mną pogawędkę między innymi o tym jak wygląda życie na takim odludziu.

Z Paracas udaliśmy się do jednego z najbardziej turystycznych miejsc w Peru czyli Nazca. Większość turystów przyjeżdża tutaj tylko w jendym celu: zobaczyć słynne linie. Ponieważ jednak my nie jesteśmy „większość turystów”, w naszym planie zwiedzania linie stanowiły jedynie mało istotny punkt. Jak to na Albina przystało powyszukiwał on ciekawe ruiny w okolicy i to głównie po nich się szwędaliśmy.


Pierwszego dnia bardzo miły pan w informacji turystycznej polecił nam darmową degustację pisco oraz darmową wycieczkę do jednych z ruin - Cahuachi (do których „nie da się” dojechać samemu). Nieco wstawieni po degustacji wybraliśmy się na Plaza de Armas, skąd o 16:00 (wg programu Tygodnia Turystyki, który się właśnie odbywał) miała się rozpocząć darmowa wycieczka z przewodnikiem, a po niej pokaz świateł w ruinach. Super! Tylko, że o 16:00 w umówionym miejscu nikogo nie było... W końcu od kogoś usłyszałam, że wycieczka odjeżdża jednak o 17:00 (no tak, trzeba wziąć poprawkę na „czas peruwiański”!). O 17:00 rzeczywiście pojawił się autobus razem z przewodnikiem. No i wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że przez kolejne 2,5 godziny autobus kręcił się w kółko po mieście! Gdyby nie wypite wcześniej pisco pewnie już dawno byśmy z tego autobusu wysiedli. Gdy już pomimo pisco (a może przez to, że juz zdążyliśmy wytrzeźwieć)byliśmy gotowi dać sobie spokój, autobus w końcu ruszył do Cahuachi! Pokaz świateł, który się tam odbył (na wycieczkę z przewodnikiem było już o wiele za ciemno) był nawet ładny, ale zdecydowanie nie warty 3.5-godzinnego czekania.

Drugiego dnia w planie mieliśmy dotrzeć do kolejnych ruin, do których „nie da się” samemu dotrzeć – Huyuari, czyli zaginione miasto. Okazało się, że dotarcie do nich nie jest wcale aż tak skomplikowane, tylko trzeba samemu przejść 4km pieszo. Co to dla nas!? Tym bardziej, że na samym początku drogi udało się nam złapać stopa. Zabrała nas bardzo sympatyczna pani archeolog, która się bardzo zdziwiła, że ktoś, kto nie jest archeologiem odwiedza te ruiny. Zresztą po dotarciu do nich okazało się, że poprzedni turyści byli tu 3 dni przed nami. Takie właśnie miejsca lubimy :) A ruiny naprawdę są warte odwiedzenia: jest to jeszcze nie odkopane miasto, w którym kiedyś mieszkało 3-5 tysięcy ludzi! Robi ono niesamowite wrażenie.

Z Zaginionego Miasta udaliśmy się w końcu zobaczyć słynne linie. Nie bardzo mieliśmy ochotę marnować nasz tygodniowy budżet na przelot trzęsącym się samolotem i w związku z tym zdecydowaliśmy się jedynie na oglądanie linii z platformy widokowej. Przy wejściu na platformę zaskoczyła nas pani sprzedająca bilety informując nas: „Aqui puedes ver „ręce”, „dziewo” y „jaściurka źniściona”” :) :) :) Chyba musi tu przyjeżdżać naprawdę dużo Polaków :) Linie same w sobie nie wywarły na nas jakiegoś szczególnego wrażenia i w sumie to się ucieszyliśmy, że nie zdecydowaliśmy się na lot samolotem.

Ostatniego dnia w Nazca wybraliśmy się na drugą co do wielkości wydmę świata – Cerro Blanco. Kolejne miejsce, gdzie „nie da się” samemu dojechać. Złapaliśmy colectivo jadące do Puquio (zapłaciliśmy za nie sporo kasy, no, ale niech już będzie!), przeszliśmy godzinę przez prześliczne, ale zupełnie bezludne góry i jakoś do wyspy dotarliśmy. Jakbyśmy nie mieli dosyć zabawy na piasku w Huacachina, tutaj sobie znowu nieco poszaleliśmy. Tym razem bez desek, ale Albin i tak zdołał się cały w piachu wybabrać :) Żeby tylko oddać wielkość tej wydmy dodam, że zbiegaliśmy z niej w dól przez prawie pół godziny! Więc chyba sobie możecie wyobrazić jak ciężko się pod nią podchodziło (pomimo, że podchodziliśmy z  łatwiejszej i krótszej strony). Wracając do Nazca znowu udało sięnam złapać autostopa (inaczej musielibyśmy iść dodatkowe 9km, a już padaliśmy z nóg...). Miły pan, pomimo, że jest to tutaj zakazane wziął nas na pakę swojego pick up’a. Chowając się przed policją, szybko dojechaliśmy do miasta.

Z Nazca wybraliśmy się do stolicy Inków, a obecnie Mekki wszystkich turystów przyjeżdżających do Peru, czyli Cuzco. Ale to już zupełnie inna historia....


English:

Paracas National Reserve is known for its deserted beaches and countless animals living there. Arriving to Paracas, you have to take a trip to the Ballestas Islands, which are called the "Galapagos of the poor". Since we were in Ecuador we could not afford to go to the Galapagos, here without hesitation we took a package tour. We were able to bargain the price to 42 soles for 2 trips (islands and reserve) and Go! As we waited for our group to be put together we noticed a group of four people looking to be the Poles. It turned out that they were the other “Poles frompromotion” we met at our way. They happened to be extremely friendly and we talked to them during all the way to the islands.

The biggest impression made on me not the sea lions taking a nap on the rocks and penguins having fun but countless birds flying over the islands. I think in all my life have not I seen so many birds flying over my head as around the islands! They were not only in the sky, but also sitting on almost all possible rocks.

During a trip to the reserve our main goal was to find a beach where we can pitch our tent. The reserve is huge and tours tour only in a tiny part of it. We finally decided on the beach recommended to us by a guard the day before. It turned out that we crashed into the Czech couple there, but they slept there only one night. Besides, we could be alone and enjoy the sound of the waves and starry sky above our heads. In the reserve we decided to stay for 3 nights, including last night which we spent in a tiny fishing port. There is only two fishermen living there now. One of them stopped me while I was writing a diary and began to chat with me. It was really interesting conversation about what life was like in such a remote area

From Paracas we went to one of the most touristic places in Peru – Nazca. Most of the tourists come here only for one reason: to see the famous lines. However, since we are not "most of the tourists," in our plan sightseeing lines was only an insignificant point. As always Albin found some interesting ruins in the area.


On the first day a very nice gentleman at the information desk told us about a free tasting of pisco and a free trip to one of the ruins - Cahuachi (which "we cannot" get ourselves). A little drunk after tasting pisco we went to the Plaza de Armas, where at 4pm (according to the Tourism Week brochure) was to begin a free guided tour, followed by a light show at the ruins. Super! It's just that at 4pm the meeting point was empty ... Finally, I heard from someone that the tour departed, but at 5pm (well, you get the patch to the "Peruvian time"!). At 5pm, the bus actually came together with a guide. And everything would be beautiful if it were not that the next 2.5 hours bus took circles around the city! Had we not been tipsy before we probably would have got out of the bus. Despite pisco (or perhaps by the fact that we had time to sober up) we were ready to give it up, but the bus finally moved to Cahuachi! Light show, which was held there (for a guided tour it was much too dark) was quite nice, but definitely not worth the 3.5-hour wait.

On the second day we had a plan to get to the next ruins, which "we cannot" get ourselves - Huyuari, the lost city. It turned out that getting to them is not all that complicated, you just need to walk 4km. What is this for us? Especially that at the very beginning of the journey we were able to catch a ride. The very nice archaeologist took us to her car. She was very surprised that someone who is not an archaeologist wants to visit the ruins. Anyway, after getting there, it turned out that the previous visitors were here three days before. That's what places like :) The ruins are really worth a visit: it is still not excavated city where once lived 3-5 thousand people! It makes an amazing impression.

From the Lost City we finally went to see the famous lines. We really didn’t want to spend our weekly budget for the flight by shaking plane and therefore we decided only to watch the lines from the viewing platform. At the entrance to the platform we were surprised by the ticket lady telling us: "Aqui puedes ver "hands" ," tree" y "broken lizhard"" :) :) :) On the end of the day the lines didn’t make a huge impression on us and we were happy we didn’t take a flight.

On the last day we went from Nazca to the second largest dune in the world – Cerro Blanco. Another place where "you cannot" get by yourself. We caught a colectivo going to Puquio (we paid for it quite a lot of money, but well…), we walked through beautiful but completely deserted mountains and somehow we got to the dune. As if we did not have enough fun with the sand in Huacachina, here once again we’ve got crazy on dunes. This time without sand boards, but even so Albin managed to get all dirty in the sand :) Just show the size of the dunes I will add that run down from it by almost half an hour! So I guess you can imagine how hard it is to climb it up! (even though we came in from an easier and shorter side). Returning to the Nazca we again managed to catch a ride (otherwise we would have to go further 9km, and we already were really tired...). Nice man, even though it is prohibited here, took us into the back of his pick-up truck. Hiding from the police we arrived to the city.


From Nazca we moved to the former Incas’ capital city and new mecca for all tourists coming to South America: Cuzco. But this is completely different story… :)

1 komentarz:

  1. Przepiękne zdjęcia. Aż chciałoby się znowu być w Peru :)

    OdpowiedzUsuń