niedziela, 30 czerwca 2013

Kanion Colca - pot, kurz i zgrzytanie zebów / Colca Canyon - sweat, dust and gnashing of teeth

Scroll down for the English version

Sama nie wiem kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Piotrze Chmielińskim i Andrzeju Piętowskim, którzy w 1981 roku jako pierwsi przepłynęli kajakiem Kanion Colca. Czasami mam wrażenie, że o tej wyprawie wiedziałam od zawsze (co z oczywistych względów nie jest możliwe). Wydaje mi się, że pierwszy raz musiałam się o nich dowiedzieć w liceum, kiedy to byłam szczególnie zainteresowana odkryciami i osiągnięciami Polaków na świecie. Nie wiem... Może wpadł mi wtedy w ręce jakiś stary numer National Geographic, a może po prostu natknęłam się na jakiś artykuł o ich wyprawie, w którymś z licznych magazynów podróżniczych, które w tamtych czasach czytałam. Faktem jest, że od zawsze wiedziałam, że kiedyś pojadę do Kanionu Colca, aby na własne oczy zobaczyć jeden z najgłębszych na świecie kanionów.

Okazja do odwiedzenia go nawinęła się podczas naszej wycieczki po Ameryce Południowej. Nie mogłam jej oczywiście zmarnować. Będąc w Arequipie dowiedzieliśmy się, jak możemy się do kanionu dostać oraz wyznaczyliśmy trasę naszego 3-dniowego trekkingu. Pierwszego dnia dojechaliśmy do Cabanaconde około godziny 10:00. Zanim zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy była 11:00. Ponieważ zaczęliśmy stosunkowo późno, a na dodatek nie byliśmy rozgrzani (tzn. Albin po wejściu na Misti pewnie nie miałby problemów z chodzeniem, ale ja po parotygodniowej przerwie od naszego trekkingu do Machu Picchu oraz Tres Cruces, nie miałam ochoty umierać z bólu następnego dnia) postanowiliśmy, że tego dnia połazimy jedynie przez 4 godziny. Głównie zejście do rzeki (jakieś 1000 metrów pionowo w dół), pierwszy kontakt z Colca i jedynie na koniec delikatne podejście do Llahuar, leżącego u ujścia rzeki Huaruro do Colca.


W Llahuar zatrzymaliśmy się w przesympatycznym schronisku, gdzie odbyłam bardzo ciekawą rozmowę z pracującą tam panią. Zapytała się mnie ona po co uczyć się języków, jeśli się nie podróżuje. Oczywiście miałam ochotę podać jej argumenty o otwartości na świat, poznawaniu nowych ludzi, kultur... Jednak szybko dotarło do mnie, że niewiele to wszystko będzie znaczyć dla kogoś, kto nie ma dostępu do internetu, mieszka w wiosce, do której nie można nawet dojechać samochodem... W tym momencie straciłam moje argumenty... A zaczęło się od tego jak to język keczua traci na znaczeniu w tym regionie, jak coraz mniej osób (szczególnie młodych) jest w stanie dogadać się w keczua. Ja oczywiście stwierdziłam, że jest to strasznie smutne. Ona stwierdziła, że tak musi być. Hiszpański jest językiem  łatwiejszym oraz bardziej rozpowszechnionym.

Drugiego dnia znowu mieliśmy krótką trasę. Po zejściu w dół czułam każdy mięsień w moich nogach, ale na szczęście, trasa nie była bardzo trudna (pomimo stromego podejścia na koniec). Drugi nocleg mieliśmy w miejscowym hospedaje (noclegowni), w malutkiej wiosce Fure, do której nie dociera zbyt wielu turystów. Za jedyne 30 soli mieliśmy dla siebie całą zbudowaną z gliny chatkę. Warunki wprawdzie bardzo prymitywne (w chatce nie było nic poza łózkiem – nawet okien), ale jakie autentyczne! W takich bowiem chatkach na codzień mieszkają Peruwiańczycy na wsiach. Ponieważ do Fure dotarliśmy stosunkowo wcześnie na koniec dnia poszliśmy jeszcze na spacer do wodospadu Huaruro.

Dzień trzeci natomiast był dla mnie naprawdę męczarnią. Niech tylko wspomnę, że czekało nas podejście z powrotem w górę kanionu – 1200 metrów. I może nie byłoby to tak straszne, gdyby nie to, że wcześniej przeszliśmy już jakieś 15 kilometrów z Fure do Oazy. Normalnie ta trasa jest rozkładana na dwa dni. No, ale przecież MY nie jesteśmy jakimiś mięczakami i spokojnie możemy ją zrobić w ciągu jednego dnia! Grrrr... Zła decyzja! Nogi bolały mnie już zanim doszliśmy do Oazy. Gdy zaczęliśmy podchodzić pod górę (w samo południe!!!) od razu wiedziałam, że będzie ciężko... nawet bardzo ciężko... tym bardziej, że nie mieliśmy ze sobą wystarczającej ilości wody... Po około 2 godzinach podejścia, kiedy ciągle została nam jeszcze połowa góry przed nami, a wody zostało tyle, co na zmoczenie ust od czasu do czasu, miałam ochotę usiąść na ścieżce i się popłakać. Na szczęście moja druga „Ja”, ta silniejsza, co chwila mi w głowie powtarzała: „siądziesz i co? Dalej nie będziesz miała wody, dalej będziesz zmęczona, a do celu nie będzie ani trochę bliżej. Wstawaj i idź!” Więc szłam... Ale było naprawdę ciężko... i gorąco... Gdy w końcu doszłam na szczyt byłam zbyt zmęczona, żeby się z tego cieszyć... W pierwszym sklepie kupiliśmy napoje, aby zaspokoić nasze pragnienie. Ach! Cóż to była za rozkosz J

W drodze powrotnej do Arequipy zatrzymaliśmy się w słynnym Cruz del Condor – punkcie widokowym, który jest obowiązkowym przystankiem wszystkich wycieczek do Kanionu Colca. Wielkie ptaszory latały nam nad głowami, czasami mijając nas niemalże na wyciągnięcie ręki. Patrząc z góry na kanion i płynącą w dole rzekę po raz kolejny zastanawiałam się jak wyglądała wyprawa naszych dzielnych Polaków w 1981 roku. W których miejscach spali? Czy spotykali po drodze jakiś zaskoczonych ich widokiem rybaków? Czy byli bardzo zmęczeni? Jaką pogodę mieli? Czy mieli jakieś mapy? Te oraz tysiąc innych pytań krążyło mi po głowie podczas całej wędrówki. Bardzo żałuję, że przed przyjazdem tutaj nie udało mi się przeczytać żadnej książki z relacją tej wyprawy. Zdecydowanie będę musiała nadrobić zaległości po powrocie do Europy!


English:


I do not know when I first heard about Andrzej Piętowski and Piotr Chmieliński who were the first to kayak the Colca Canyon in 1981. Sometimes I have the impression that I knew about this trip forever (what of course is not possible). It seems to me that the first time I had to learn about them in high school, when I was particularly interested in the discoveries and achievements of Poles in the world. I do not know ... Maybe then I read an old issue of National Geographic, or maybe I just came across an article about their trip, in one of the many travel magazines that I read at that time. The fact is that I always knew that one day I will go to the Colca Canyon to see one of the deepest canyons in the world.

The opportunity to visit it happened during our tour of South America. I could not lose it, of course. While in Arequipa, we learned how we can get to the canyon and have set the route of our three-day trek. The first day we got to Cobanaconde about 10:00 am. At the time we ate breakfast and set off was 11:00 am. Since we started relatively late, and in addition we weren’t warmed up (I mean Albin after climbing Misti probably would not have problems with walking, but me after a long break from our trek to Machu Picchu and the Tres Cruces, I did not want to die in pain the next day) we decided that this day we would walk only for 4 hours. Mainly going down to the river (about 1000 meters straight down), the first contact with the Colca and only at the end of gentle approach to Llahuar, lying at the mouth of the river Huaruro to Colca.


In Llahuar we stayed in the really nice hostel, where I had a very interesting conversation with the lady working there. She asked me what it is the purpose to learn languages ​​if you do not travel. Of course I wanted to give her arguments for openness to the world, meeting new people, cultures ... However, it soon dawned on me that all of this will mean nothing for someone who does not have access to the internet, lives in the village, which cannot even be reached by car ... At this point I lost my arguments ... And all started from the discussion about Quechua language losing its importance in the region, as more and more people (especially young people) are not able to speak Quechua any more. I certainly found that it is terribly sad. She said that it must be so. Spanish is the language easier and more widespread.

On the second day we had a short walk again. After going down a day before I felt every muscle in my legs, but fortunately, the track was not very difficult (although steep climb at the end). The second night we stayed in a local hospedaje (shelter), in the tiny village of Fure, which does not get too many visitors. For only 30 soles we had to ourselves a little house made of clay. The conditions were very primitive (in the hut there was nothing out of bed - even the windows), but it was so authentic! The Peruvians in villages live in these cabins on a daily basis. Because we got to Fure relatively early at the end of the day we went for a walk to the waterfall Huaruro.

The third day was a really torture for me. Let's just remember that we had to climb back up to the canyon - 1200 meters. And maybe it would not be so terrible if not the fact that we have made earlier about 15 km from Fure to Oasis. Normally this route is spread over the two days. No, but then WE are not some molluscs and we can easily do it in one day! Grrrr ... Bad decision! Legs hurt me before we came to the Oasis. When we started to approach the hill (at noon!) I immediately knew it would be hard ... even very hard ... Especially that we had not enough water ... After about 2 hours climb, when we still had about half of the way to climb, and we had as much water as to wet the lips from time to time, I wanted to sit down on the path and to cry. Fortunately, my second "I", the stronger me, kept saying, "you sit and what? You still will have no water, you will still be tired, and the top will not be any nearer. Get up and go! "So I went ... But it was really hard ... and hot ... When at last I reached the top I was too tired to enjoy it ... In the first store we bought drinks to satisfy our thirst. Ah! Well, it was a delight :)


On the way back to Arequipa we stopped at the famous Cruz del Condor - a lookout point, which is a mandatory stop on any tour to the Colca Canyon. Big birds flew over our heads, sometimes passing us so close we could almost touch them. Looking from the top of the canyon on the river flowing down once again I wondered how it looked like when our brave Poles had their expedition in 1981. Where did they sleep? Did they meet some fishermen surprised by the view? Were they very tired? What kind of weather they had? Did they have any maps? These and a thousand other questions circled in my head during the whole journey. I deeply regret that before coming here, I could not read a book with the report of the expedition. I will definitely have to catch up when I return to Europe!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz