niedziela, 16 czerwca 2013

Cachora - Choquequirao - Machu Picchu 11-dniowy trekking / Cachora - Choquequirao - Machu Picchu 11-day trekking

Scroll down for the English version


Do Machu Picchu można się dostać na wiele sposobów. My zdecydowaliśmy się na jeden z dłuższych, ale zapewne też najbardziej malowniczych – trasa z Cachora przez Choquequirao do Machu Picchu. W informacji turystycznej oczywiście usłyszeliśmy, że jest to BARDZO trudna trasa i ciężko ją przejść bez przewodnika, gdyż jest słabo oznakowana. Hmmm.... Chyba już to kiedyś słyszeliśmy :)

W schronisku udało się nam zgadać z dwoma Francuzami – Arnoud i Jean Pascalem, z którymi po krótkiej wymianie zdań (na zasadzie:

MY:  „Chcemy iść do Machu Picchu przez Choquequierao”

ONI: „Super, możemy iść razem!” :)

Zdecydowaliśmy się połączyć siły i spędzić te dni w górach razem. W końcu w kupie raźniej :)Z Arnoud’em zaczęliśmy wspólne zwiedzanie już w Cuzco i po pierwszym dniu wiedzieliśmy, że będzie się nam dobrze razem podróżować. Jean Pascal był nieco większą niewiadomą, ale i tak okazał się dobrym towarzyszem podróży.

Do Cachory wyjechaliśmy z Cuzco o 4:00 i już przed 8:00 byliśmy po śniadaniu, gotowi wyruszyć na szlak. Początkowo szlak jest dosyć prosty i łagodnie prowadzi nas w dół wzgórza. Nam udało się na jakieś 5 km złapać stopa (tzn. raczej on nas złapał proponując nam podwiezienie niż my jego) i przy okazji poznaliśmy naszego piątego towarzysza podróży – Mika.

Do naszych pierwszych ruin na trasie – Choquequirao, dotarliśmy po dwóch męczących dniach łażenia. Niech tylko wspomnę, że aby do nich dojść należy najpierw zejść z 3000m n.p.m. do 1500m n.p.m., tylko po to aby potem znowu wrócić na 3000. Póki co nie ma innego sposobu dostania się tam. W tym cały urok Choquequirao. Podobno są plany utworzenia kolejki linowej do ruin, która zdecydowanie zwiększy liczbę turystów, ale póki co mogliśmy się nimi delektować bez tłumu innych odwiedzajacych. Ruiny te sa podobno 2 razy większe od Machu Picchu, ale odkryte są jedynie w 30%. Dzięki temu przyjeżdżając do nich można je oglądać niemalże w identycznym stanie w jakim zastał je Hiram Bigham w 1910 roku. Robią one naprawdę niesamowite wrażenie.

Choquequirao idzie się niemalże bezludnym szlakiem aż do miejsca gdzie nasz szlak łączy się z popularnym szlakiem Salkantay. Po drodze mija się zagrody i wioski, do których nie prowadzi żadna droga, którą mogłyby przejechać samochody, nie w nich prądu (czasami, niektóre domy mają baterie słoneczne) a ludzie żyją tak my w Europie żyliśmy 200 lat temu. Jedynym sposobem dotarcia do nich jest wielogodzinna wycieczka z mułem (albo plecakami jak my to zrobiliśmy :)) Mieliśmy okazje jeść w kuchniach, po których latały świnki morskie, było w nich całkowicie ciemno gdyż jedynym źródłem światła był ogień z paleniska, a jedzenie dzięki takiej atmosferze, pomimo, że całkowicie proste, smakowało wyśmienicie. Do tego bawiliśmy się ze spragnionymi uwagi, brudnymi lecz naprawdę uroczymi dziećmi. Była tam 4-letnia dziewczynka mieszkająca w zagrodzie położonej pośrodku niczego, która miała swoją wyimaginowaną siostrę bliźniaczkę i paru przyjaciół, była bardzo mądra 12-latka, której marzeniem było mieć komputer (jak tylko doprowadzą do wioski prąd w przyszlym roku!) oraz 10-latka, która strasznie chciała dotknąć śniegu (pomimo, że w oddali mogła widzieć ośnieżone szczyty gór, nigdy nie widziała sniegu i pytała o niego z wielkim zainteresowaniem).
 
Ponieważ nasz trekking, na wszelki wypadek zaplanowaliśmy na dłużej niż zalecane 6 dni, mieliśmy ekstra czas na spędzenie całego dnia w Choquequirao, wygrzanie kości w gorących źródłach w Santa Teresa, a także dwa lżejsze dni chodzenia, które bardzo nam się przydały. Podczas trekkingu po raz pierwszy udało mi się z klasą (czyt. Bez wczołgiwania się ;)) zdobyć 4620m n.p.m. Gdy dotarłam na przełęcz pękałam z dumy :) Pomimo przenikliwego, zimnego wiatru spędziliśmy tam prawie pół godziny robiąc sobie tysiące zdjęć :)

Na sam koniec dotarliśmy do Aguas Calientes skąd o 5:00 niemal wbiegliśmy na Machu Picchu (co doprowadziło mnie niemal do zawału serca z wysiłku!) Udało się nam z pogodą – od rana mieliśmy bezchmurne niebo i dzięki temu mogliśmy podziwiać piękny wschód słońca nad ruinami oraz widoki z Huayna Picchu. No i pewnie wielu z was zapyta: no i jak Machu Picchu? A ja odpowiem: ładne... nawet bardzo... tyle, że po zobaczeniu go na zdjęciach milion razy przed przyjazdem tutaj brakowało mi „efektu WOW!”. Wszystko było dokładnie takie jak na zdjęciach. Zero zaskoczenia. Ale oczywiście warto było je odwiedzić.
 
Na koniec, z Aguas Calientes wyruszyliśmy o zabójczej godzinie 2:30 (trochę przez pomyłkę), piechotą wzdłuż torów do Ollantaytambo. A właściwie to do malutkiej miejscowości, której nazwy nie znam, skąd łapiąc kilka autobusów, wróciliśmy umęczeni i śmierdzący do Cuzco. W sumie trekking ten był dla mnie chyba najpiękniejszą rzeczą jaką w życiu zrobiłam. Przemierzając kolejne kilometry, spotykając ludzi prowadzących życie tak inne od mojego, miałam mnóstwo czasu na myślenie, planowanie co ja naprawdę chcę robić w życiu. Był on pod tym względem niesamowicie inspirujący i każdemu polecam taką wędrówkę wgłąb siebie :)

ZDJECIA CZESC 1
ZDJECIA CZESC 2
ZDJECIA CZESC 3

English:

The Machu Picchu can be reached in many ways. We opted for one of the longest, but probably also the most scenic - route from Cachora by Choquequirao to Machu Picchu. In the Tourist Information of course, we heard that it is VERY difficult to track and hard to go without a guide, because it is poorly marked. Hmmm .... I think I heard it before :)

The hostel we agreed to go with two Frenchmen - Arnoud and Jean Pascal, who after a short conversation (on the basis of:

WE: "We want to go to Machu Picchu by Choquequierao"

THEM: "Great, we can go together!" :))

We decided to join forces and spend the day in the mountains together. The more the merrier :) We made already some sightseeing in Cuzco with Arnoud and after the first day we knew it would be a good time to travel together. Jean Pascal was a bit more unknown, but he turned out to be a good travel companion as well.


We left Cuzco at 4:00 and 8:00 we were already in Cachora, after breakfast, ready to set off on the trail. Initially, the trail is quite simple and gently leads us down the hill. We managed to catch some 5 km ride (I mean it was rather him who caught us as he proposed us a lift) and this way we met our fifth companion – Mike.

For our first ruins on the route - Choquequirao, we arrived after two tiring days of walking. Let's just remember that in order to reach them you must go from 3000m above sea level to 1500m above sea level, only to then go back again to 3000m. So far there is no other way to get there. That's the charm of Choquequirao. Apparently there are plans for a cable car to the ruins, which will definitely increase the number of tourists, but so far we could enjoy ruins without the crowds of other tourists. They are supposed to be twice bigger than Machu Picchu, but are discovered only in 30%. Because of that coming to them you can watch them in almost identical state in which Hiram Bingham found them in 1910. They make a really big impression.


From the Choquequirao goes almost empty from other people trail up to the point where our trail connects with popular trail from Salkantay. Along the way, we passed the farms and the villages, which cannot be reached in any other way than by walking with mules, there is no electricity (sometimes, some houses have solar panels) and people live like in Europe so we lived 200 years ago. We had the opportunity to eat in the completely dark kitchens full of guinea pigs, where the only source of light was a fire in the hearth, and the food mostly because of the atmosphere , although it was completely simple, tasted great. We played with demanding attention, dirty but really lovely children. There was a 4-year-old girl who lives in a farm located in the middle of nothing, who had imaginary twin sister and some imaginary friends. There was very smart 12-year-old, whose dream was to have a computer (when only there will be electricity in the village next year!); and 10 - year-old girl who wanted to learn about the snow (even though in the distance she could see the snow-capped mountains, she had never seen snow and inquired about it with great interest).

Our trek, just in case, we had planned for more than the recommended six days. Because of that we had extra time to spend all day in Choquequirao, go to the hot springs in Santa Teresa, and two lighter days of walking, which were actually very nice. During the trek for the first time I was able to get 4620m above sea level in an acceptable style :) When I reached the pass I was bursting with pride :) Despite the bitter, cold wind we spent nearly half an hour doing the thousands of pictures there :)

At the end we got to Aguas Calientes, where we almost ran at 5:00am to Machu Picchu (which almost led me to a heart attack from the exertion!) We were really lucky with the weather - in the morning we had a clear sky and we were able to enjoy a beautiful sunrise over the ruins and a view from Huayna Picchu. Well, probably many of you ask if I found Machu Picchu. And I answer: it is beautiful ... even rally beautiful ... but after seeing photos of Machu Picchu for a million times before coming here I missed the "WOW effect". Everything was exactly like on the pictures. Zero surprise. But of course it was worth a visit.
 

At the end we left Aguas Calientes at 2:30am (a little bit by mistake…), we walked along the track to Ollantaytambo. Actually, to a tiny village, whose name I do not know where after catching several buses, martyred and smelly we returned to Cuzco. For me this was probably the most beautiful thing I've ever done. Going for the miles, meeting people leading lives so different from mine, I had plenty of time to think, to plan what I really want to do in my life. It was in this respect an incredibly inspiring and I recommend this to anyone wandering into the depths of yourself :)

PICTURES PART 1
PICTURES PART 2
PICTURES PART 3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz