wtorek, 7 maja 2013

Kaktusy, koniki polne i piasek... / Cactus, grass hoppers and sand...

Scroll down for the English version

Z Limy pojechalismy nocnym autobusem do Ayacucho - malutkiej miejscowosci, ktora nawiedzana jest przez tlumy turystow jedynie w czasie Wielkanocy. Pomimo malego rozmiaru miasteczka znajduja sie tutaj az 33 koscioly (czyli dokladnie tyle ile Chrystus mial lat kiedy umarl na krzyzu) i tradycja Wielkopiatkowa jest tutaj odwiedzanie wszystkich kosciolow. Jednakze poza okresem wielkanocnym miasteczko jest omijane przez turystow. A nieslusznie. Ayacucho jest bowiem urocza miejscowoscia polozona w otoczeniu pieknych gor. Jest ono idealnym celem na wypady weekendowe, jako, ze w ciagu 2-3 dni mozna zobaczyc wiekszosc tutejszych atrakcji.

W Ayacucho udalo sie nam znalezc nocleg w bardzo klimatycznym, starym domu u przesympatycznych Nowozelandczykow. Razem z nimi wybralismy sie miedzy innymi na impreze w holenderskim stylu. Mieszkajacy w Ayacucho Holendrzy (ktorych jest tutaj zadziwiajaco duzo) swietowali akurat abdykacje krolowej Beatrycze oraz koronacje nowego krola. Na imprezie, ktora odbywala sie w jednym z pubow mielismy przyjemnosc sprobowac roznych holenderskich przysmakow: ciast, sera, cieplych przekasek oraz roznych likierow, a takze posluchac holenderskiej muzyki. Najsmieszniejsze w tym wszystkim jest, ze jeszcze nigdy nie bylismy w Holandii. Poznawanie ichniejszej kultury w tak odleglym od Holandii kraju jak Peru wydaje sie wiec byc nieco kuriozalne :)

Kolo Ayacucho znajduje sie Kraina Kaktusow i Milona Konikow Polnych. Sa to ruiny Wari. Jak dla mnie jedne z najladniej polozonych ruin, ktore do tej pory widzielismy. Same ruiny nie sa moze najpiekniejsze, ale ich otoczenie - wrecz bajkowe. Wokol roztaczaja sie porosniete kaktusami gory, ktore mienia sie tysiacem roznych kolorow: od brazow, rdzawych odcieni czerwieni, zieleni, zolci... Do tego spod nog uciekaly nam cale chmary konikow polnych. Chyba w zyciu nie widzialam tylu roznych gatunkow tych stworzen: od malych, zywozielonych, po wielkie, szare, fruwajace okazy. Niesamowite wrazenia.

Z Wari do Quinoa postaniwilismy zlapac stopa. Nie chcialo sie nam szczerze mowiac czekac na colectivo, ktore to moglo sobie przyjechac albo za 5 minut albo za 2 godziny w zaleznosci jak szybko wypelni sie busik. Pomimo tego, ze podobno w Peru instytucja autostopa jest zupelnie nie znana, udalo nam sie zatrzymac juz pierwszy przejezdzajacy samochod. Kierowca po drodze do Quinoa zabral nas do haciendy swojej siostry, ktora akurat przeprowadza sie tutaj z USA. Piekny, wielki, bialy dom na wzgorzu z widokiem na widniejace w oddali Ayacucho. Dostalismy nawet zaproszenie na nocleg, no ale juz mielismy naszych hostow w Ayacucho... :)

Po Ayacucho przyszla pora na Huancachine czyli Kraine Piasku. Jest to spokojna (ale tylko z samego rana zanim obudza sie turysci i zaczna jezdzic glosne buggy cars) oaza polozona przy granicy z Ica. Przyjezdza sie tutaj glownie aby pozjezdzac na sandboardingu oraz odbyc wycieczke wspomnianymi buggy cars. Z wydm pozjezdzalismy (i jakims cudem udalo sie nam nie pozabijac pomimo braku wczesniejszego doswiadczenia na podobnym snowboardingu) a na wycieczke udalismy sie nawet dwa razy, gdyz na pierwszym razem nasz samochod zlapal gume... :) Lazenie po wydmach do najlatwiejszych nie nalezy, poniewaz na kazde 50 cm w gore, zjezdza sie jakies 30 cm w dol po osuwajacym sie piasku. Pomimo tych trudnosci dobre pare razy na wydmy sie wspielismy, aby podziwiac rozciagajace sie z nich widoki (oraz pozjezdzac na deskach, gdyz cos takiego jak wyciagi tutaj nie funkcjonuje...) w tym przesliczny zachod slonca. Na koniec dodam jeszcze tylko, ze Albinowi tak spodobalo sie jezdzenie na desce po piasku, ze zdecydowalismy sie zostac w Huacachina jeszcze jedna noc. Niestety musielismy zmienic hostel, poniewaz w pierwszym pogryzly nas pluskwy... :-/

Teraz zamierzamy sie zaszyc na pare dni w Parku Narodowym Paracas, gdzie jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem spedzimy pare nocy w namiocie na plazy za sasiadow majac lwy morskie oraz jakies lokalne ptaszory :)

English:

From Lima we went by the night bus to Ayacucho - a little town, which is haunted by crowds of tourists only at Easter time. Despite the small size of the town there are 33 churches located here (exactly as many years as Christ was when he had died on the cross) and the tradition here is to visit all the churches on the Good Friday. However, except during the Easter, town is bypassed by tourists. And that is a mistake. Ayacucho in fact is a lovely town, surrounded by beautiful mountains. It is the ideal destination for weekend getaways as in 2-3 days you can see most of the attractions.

In Ayacucho we managed to find accommodation in the very climate, old house with very nice Kiwis. Together with them, among other things, we went to a party in the Dutch style. Dutch people Living in Ayacucho (whose is here surprisingly many) just celebrated the abdication of queen Beatrice and coronations of a new king. During the party, which took place in one of the local pubs, we had the pleasure to try different Dutch delicacies: pastries, cheese, warm snacks and various liquors, as well as listen to Dutch music. The funny thing in all this is that we have never been in the Netherlands. Exploring their culture in such a remote country as Peru seems to be a bit odd so :)

Close to Ayacucho there is located Country of Cactus and Millions of Grass Hoppers. These are the ruins of the Wari. As for me, one of the most beautifully situated ruins, which we have seen so far. The ruins itself are not the most beautiful, but their surroundings look like from the fairy-tale. They are surrounded by the covered by huge cactuses mountains, which have thousands of different colours from brown, rust shades of red, green, yellow...When you walk through the ruins in every step thousands of grass hoppers are running away from the path. I think I've never seen so many different species of these creatures: from small, really green ones, the big grey, flying specimens. It is really amazing impression.

From Wari to Quinoa we decided to hitchhike. To be honest we did not want to wait for a colectivo, which could come in five minutes or in two hours, depending on how quickly the minibus get full. Despite of the fact that apparently in Peru institution of hitchhiking is completely unknown, we were able to stop the first car. The driver took us to his sister hacienda on the way to Quinoa. She has just moved here from the USA. She built here a beautiful, big, white house on a hill with a great view of appearing in the distance Ayacucho. We even got an invitation for an overnight stay, but as we had our hosts in Ayacucho we didn’t accept it... :)

From Ayacucho we went to Huacachina – the Land of Sand. It is a quiet (but only in the morning before the tourists wake up and the loud buggy cars starts riding) oasis close to the borders of Ica. Everyone comes here mainly to try the sand boarding and to take a trip in buggy cars. On the dunes we did some sand boarding (and somehow managed not to kill ourselves, despite lack of previous experience in a similar snowboarding) and we went on a buggy car tour twice, as for the first time, our car had got a puncture... :) Climbing the dunes is not the easiest, because for every 50 cm upwards, one comes down about 30 cm due to sliding down sand. Despite these difficulties we climbed the dunes quite few times to admire a view (and do sand boarding as well, because anything like lifts doesn’t exist here ...) including the lovely sunset. I just wanted to add on the end that Albin loved sand boarding so much that we decided to stay in Huacachina one more day. Unfortunately we had to change the hostel as in the first one we were bitten by bed bugs… :-/

Now we are going to relax for few days in the Paracas National Park, where, if all goes according to our plan we'll spend a few nights in a tent on the beach with sea lions and local birds as a neighbours :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz