środa, 27 marca 2013

W cieniu wulkanu Tungurahua / In the volcano Tungurahua 's shadow

Scroll down for the English version

Ilekroc w Kolumbii czy Ekwadorze spotykalismy turystow, ktorzy juz troche Ekwadoru zobaczyli, zawsze z ich ust slyszelismy: "Musicie jechac do Banos!". Nawet w naszym przewodniku napisano, ze Banos jest "un pedacito de cielo" czyli "czastka nieba". Tym sposobem na naszej poczatkowo dosyc okrojonej mapie podrozy pojawilo sie nowe miejsce do zobaczenia. 

Do Banos dotarlismy z Quito wieczorem i od razu swe kroki skierowalismy do domu naszego hosta - Juanka. Byl to kolejny po Quito dom pelen couch surfer'ow. Spotkalismy tam miedzy innymi sympatyczna kanadyjsko-francuska pare, z ktora postanowilismy sie razem powloczyc po okolicy. Niestety pierwszy poranek powital nas intensywnym deszczem i
szaro-burym niebem.. W zwiazku z tym nasze plany legly w gruzach (srednio nam sie usmiechalo wchodzic w deszczu na punkt widokowy, z ktorego i tak nic nie bedzie widac...). W zwiazku z tym dzien spedzilismy
wloczac sie nieco po miasteczku, a po poludniu poszlismy wykapac sie w tutejszych goracych basenach, od ktorych zreszta wziela sie nazwa miasteczka. Zrodla te wystepuja tutaj ze wzgledu na czynny wulkan Tungurahua u stop ktorego polozone jest Banos. W miasteczku znajduje sie kilka kompleksow basenow z goraca wulkaniczna woda. W kompleksie, do ktorego my sie wybralismy bylo kilka basenow z temperatura wody pomiedzy 16 a 42 stopni Celcjusza. Przeskakiwanie z goracej do cieplej wody i na odwrot bylo sporym wyzwaniem dla organizmu i mamy nadzieje, ze nas nieco zahartowalo na reszte wyjazdu :)

Drugiego dnia obudzilo nas piekne slonce. Decyzja wiec byla szybka: ruszamy w gory! Na pierwszy rzut poszedl punkt widokowy z posagiem Maryi na szczycie oraz krotki (okolo 2-godzinny) spacer przez okoliczne wzgorza do kolejnego punktu widokowego. Potem wynajelismy rowerki (udalo nam sie znalezc firme wynajmujaca je za jedyne 5USD, podczas gdy w wiekszosci miejsc cena wahala sie od 7 do 10USD za dobe) i wyruszylismy w trase wzdluz rzeki Pastaza, ktora jest jednym z doplywow Amazonki. Wzdluz malowniczej drogi znajduje sie mnostwo malych i wiekszych wodospadow, w kilku miejscach mozna przejechac na druga strone rzeki nieco staroswiecka kolejka linowa czy tez zjechac na linie ze stromego urwiska badz skoczyc z mostu. Po drodze, w jednej z licznych restauracji czy tez jadlodajni,  mozna rowniez zjesc pysznego, swiezego pstraga, ktory jest wylawiany z basenu na nasze zyczenie. Najwieksza jednak naszym zdaniem atrakcja znajduje sie na koncu trasy, ktora my sie zdecydowalismy zrobic (w sumie mozna przejechac cala droge do Puyo - okolo 63km, my jednak zdecydowalismy sie na krotsza i ciekawsza wersje). Jest to wodospad Pailón del Diablo, ktory z niemal diabelska sila spada w gleboka i waska gardziel. Woda tam pieni sie, kotluje jakby rzeczywiscie sam diabel do tego reki przykladal. Najlepsza czescia wizyty przy wodospadzie jest podejscie do tylu wodospadu, gdzie jest chyba niemozliwym pozostanie suchym. Frajdy mielismy przy tym co niemiara :)

Z Banos udalismy sie do Riobamby, z ktorej mielismy w planie podejsc na Chimborazo. Wulkan ten uznawany jest za najwyzsza gore swiata jesli mierzyc jej wysokosc od jadra Ziemi. My chcielismy podejsc jedynie do drugiego schroniska, ktore polozone jest na wysokosci 5000 m n.p.m. Jeszcze do niedawna, aby tam wejsc nie potrzeba bylo wynajmowac uslug przewodnika, niestety okolo miesiaca temu zmienilo sie prawo i indywidualni turysci nie maja szansy na wejscie... Tzn podobno mozna to jakos obejsc, ale zajelo by
nam to za duzo czasu. Natomiast wynajecie agencji kosztowaloby nas 60USD za osobe, co jest duuuuzo powyzej naszego budzetu, w zwiazku z czym zadowolilismy sie ogladaniem Chimborazo z perspektywy Riobamby. Kolejnym planem na Riobambe byla przejazdzka slynnym pociagiem wokol Nariz del Diablo (czyli Diabelskiego Nosa). Jeszcze do 2007 roku mozna bylo przejechac sie pociagiem jadac na jego dachu. Niestety w 2007 roku, po tym gdy dwoch Japonczykow zginelo w czasie tej przejazdzki (z Albinem sie smiejemy, ze pewnie jak to Japonczycy pewnie robili akurat jakies zdjecia i sie zagapili przed wjazdem do tunelu), rzad ekwadorski zakazal tej atrakcji. Obecnie przejazdzka odbywa sie w luksusowych wagonach, trwa 2.5 godz i kosztuje 25 USD. Zadna frajda... Owszem widoki sa podobno calkiem niezle, ale jadac mniej wiecej ta sama trasa autobusem z Riobamby do Cuenca, moglismy podziwiac mniej wiecej te same krajobrazy (a kosztowalo nas to jedyne 6
USD za 6 godz jazdy :))

W zwiazku z kolejna zmiana planow, spedzilismy w Riobambie czas bardzo spokojnie. Przezylismy tez swoja pierwsza prawdziwa ulewe rownikowa, ktora w ciagu zaledwie 15 minut zdolala zalac miasto i spowodowac mini-powodz. W zwiazku z ta ulewa, slyszelismy plotki, ze Tungurahua moze wybuchnac, ale pomimo grozno brzmiacych pomrukow (ktore zreszta okazaly sie byc grzmotami burzy) nic sie nie stalo. Wybralismy sie takze do malej, uroczej wioseczki pod Riobamba - Guano, gdzie spotkalismy pana w informacji turystycznej, ktorego narzeczona jest Polka :) 

Wyjezdzajac z Riobamby zegnalismy sie rowniez z dostojna, dymiaca sylwetka Tungurahua oraz uspionym Chimborazo. Po pelnej ekwadorskich Indian Riobambie przyszedl czas na mega turystyczna Cuenca.

ZDJECIA BANOS
ZDJECIA RIOBAMBA
ZDJECIA GUANO

English:


Whenever in Colombia and Ecuador, we met tourists who already saw some of Ecuador, we always have heard from them: "You have to go to Banos." Even in our guidebook says that Banos is "un pedacito de cielo" or "a little bit of heaven." This way on our initially quite reduced travel map appeared a new place to see.

We arrived to Banos from Quito in the evening and immediately went to the house of our host - Juank. This was another after Quito house full of couch surfers. We met there a nice Canadian-French couple, with whom we decided to wander around together. Unfortunately, the first morning greeted us with heavy rain and gray sky... That ruined our plans for that day (we really didn't want to climb the hill to the viewpoint from where we wouldn't be able to see anything anyway ...). Because of that, we spent the day wandering around the town a bit, and in the afternoon we went to bathe in the local hot pools after which the town had its name. These hot springs occur here because of the active volcano Tungurahua at the foot of which Banos is located. In the town there are few complexes of pools with hot volcanic water. In the complex which we choose there were several swimming pools with water temperatures between 16 and 42 degrees Celsius. Jump from hot to warm water and vice versa was a challenge to the body, and we hope that it somewhat hardened us for the rest of the trip :)

On the second day the beautiful sun woke us up. The decision was fast: we go to the mountains! At first we went to the viewpoint at the top of the hill where Our Lady statue is located and after that we had a short (about 2 hours) walk through the surrounding hills to the next viewpoint. Then we rented a bicycle (we were able to find rental company which them for only 5USD, while in most places price ranged from 7 to 10USD per day) and went along Pastaza River, which is one of the tributaries of the Amazon. Along the road there are plenty of small and bigger waterfalls, in a few places you can go to the other side of the river in a little bit old-fashioned cable car, jump off the bridge or take a canopy ride. Along the way there are many restaurants where you can eat delicious, fresh trout, which is a fish out of the pool at your request. However, in our opinion, the biggest attraction is located at the end of the route, which we decided to make (in total you can ride all the way to Puyo - about 63km, but we we decided for a shorter but more interesting version). It is a waterfall Pailón del Diablo, which with almost diabolical force falls in deep and narrow gorge. The best part of the visit to the waterfall is a walk to the back of waterfall, where it is probably impossible to remain dry. We had so much fun there! :)

From Banos we went to Riobamba, from where we wanted to climb Chimborazo. This volcano is considered to be the highest mountain as its summit is the farthest point on the Earth's surface from the Earth's center. We wanted only to climb to the second shelter, which is located at an altitude of 5000 m above sea level. Until recently there was no need to hire a guide service, unfortunately, about a month ago  the law changed and individual tourists do not have a chance to climb without a guide ... I mean, apparently you can get around it somehow, but it would take us too much time. However, hiring a agency would have cost us 60USD per person, which is way above our budget. Because of that we just enjoyed watching Chimborazo from the perspective of  Riobamba. Another plan in Riobamba was to take a train ride around the famous Nariz del Diablo (the Devil's Nose). Until 2007 tourists could ride the trains on the roof. Unfortunately, in 2007, after the two Japanese were killed during the rides (with Albin we are joking that probably as the typical Japanese they probably did just some pictures and they didn't notice that they were entering the tunnel), the Ecuadorian government forbade this attraction. Currently ride takes place in luxury cars, it takes 2.5 hours and costs 25USD. Neither fun ... Yes, the views are supposedly pretty good, but driving more or less the same route by bus from Riobamba to Cuenca, we could admire more or less the same scenery (and it cost us only $ 6 for 6 hours drive :))


Because of all the changes, the time we spent in Riobambie was very peaceful. We also experiences our first real equatorial downpour, which in just 15 minutes managed to pour the town and cause a mini-flood. In connection with this rain, we heard rumors that the Tungurahua may explode, but despite scary sounding grunts (which turned out to be a thunder storm) nothing has happened. We went to a small, charming village close to Riobamba - Guano, where we met a guy in tourist information center, whose fiancee was from Poland :)

Leaving Riobamba we were saying goodbye also to gracious, smoking Tungurahua and dormant Chimborazo . After a Riobamba which was  full of Ecuadorian Indians we came to do a mega touristic Cuenca.

PICTURES FROM BANOS
PICTURES FROM RIOBAMBA
PICTURES FROM GUANO

niedziela, 24 marca 2013

Przekroczylismy rownik - Quito / We have crossed the equator - Quito

Scroll down for the English version

Z lekkim poslizgiem wynikajacym z braku regularnego dostepu do internetu w koncu moge sie z wami podzielic naszymi wrazeniami z drugiej polkuli :) Z Ibarry pojechalismy do Quito, stolicy Ekwadoru, ktora znajduje sie na polkuli poludniowej. Rownik po raz pierwszy przekroczylismy jadac autobusem i szczerze mowiac nie zauwazylismy zadnej roznicy... Ludzie nie chodzili na glowach, drzewa rosly sobie tak samo jak i w Europie, a to, ze woda w zlewie krecila sie w innym kierunku... hmm... jakos, nie rzucilo sie nam to za bardzo w oczy...

Natomiast Quito samo w sobie nas urzeklo... Jak dowiedzielismy sie od jednego szalonego Wlocha, spotkanego przez przypadek na ryneczku w Bogocie, Quito razem z Krakowem byly pierwszymi miastami wpisanymi na liste UNESCO. I rzeczywiscie, miasto robi wrazenie... Piekne kolonialne budowle - koscioly, kamienice, waskie uliczki... Do tego otoczone jest przez wysokie andyjskie szczyty. Warto tutaj dodac, ze Quito polozone jest wyjatkowo wysoko - 2800 m n.p.m. i jest druga najwyzej polozona stolica na swiecie. My na szczescie przeszlismy nasza aklimatyzacje czesciowo w Kolumbii, a czesciowo tuz przez przyjazdem do Quito, wchodzac na Imbambure, wiec wysokosc, nie zrobila tu na nas wiekszego wrazenia.

Poodwiedzalismy tutejsze piekne koscioly, pochodzilismy po pelnych zycia uliczkach, poszlismy do bardzo ciekawego muzeum narodowego... Ciekawa przygode mielismy natomiast w Palacu Prezydenckim. Wejscie do Palacu jest darmowe. Wystarczy okazac paszport. Przy wejsciu jednak wszystkie torby sa przeswietlane. No i przy tym przeswietleniu okazalo sie, ze Albin zapomnial wyjac noza z plecaka... Ups... Tak na prezydenta... z nozem... :):) W Palacu poza tym robiono nam bardzo dziwne zdjecia. Niby na pamiatke z wizyty w Palacu, ale na tym zdjeciu nie ma nic poza naszymi twarzami... Tak doszlismy do wniosku, ze moze rzad Ekwadoru stara sie sprawdzic dokladnie kto odwiedza Palac (szczegolnie, ze paszporty sa przechowywane u ochrony przez caly pobyt w Palacu... :))

Jeden dzien poswiecilismy na wyprawe na rownik. I tutaj kolejna ciekawostka. Kolo Quito znajduja sie dwa rowniki: jeden oficjalny, gdzie znajduje sie pomnik, mozna sobie zrobic ladne zdjecie i kupic pamiatki... Za wstep na teren wioski, gdzie to wszystko sie znajduje trzeba zaplacic 1.5 USD. Jednakze jak twierdzi GPS, ten rownik nie jest prawdziwym rownikiem :) Okolo 300m dalej, mozna znalezc Muzeum Inti Nan. Wedlug jego wlascicieli to wlasnie tam znajduje sie prawdziwy rownik. Aby to udowodnic robia oni na rowniku rozne eksperymenty (bardzo ciekawe zreszta!). Miedzy innymi na prawdziwym rowniku mozna postawic jajko na gwozdziu. Podobno bez wprawy udaje sie to tylko 30% ludzi, a Albin byl jedyna osoba w naszej grupie, ktorej sie to udalo i dostal za to nawet specjalny certyfikat :)

W Quito rowniez udalo sie nam spotkac z Konsulem Honorowym Polski w Kolumbii: panem Tomaszem Morawskim. Dwa razy spotkalismy sie na kolacje i w bardzo milym towarzystwie rozmawialismy miedzy innymi o sytuacji Polakow w Ekwadorze. Byc moze tutejsza Polonia nie jest liczna (liczy zaledwie okolo 400 osob), ale pomimo tego bardzo preznie dziala. Duza jej czesc sa to polscy Zydzi, ktorzy wyjechali tutaj w czasie drugiej wojny swiatowej i obecnie czworo z nich znajduje sie w pierwszej dziesiatce najbogatszych mieszkancow Ekwadoru :)

Czas w Quito uplynal nam niesamowicie sympatycznie. Wprawdzie wyjechalismy stamtad juz tydzien temu, ale planujemy wrocic na pare dni na Wielkanoc. Tak wiec do zobaczenia w Quito!:)
English:

With a slight delay which resulted from the lack of regular access to the internet I can finally share with you our experiences from the other hemisphere :) From Ibarra we went to Quito, the capital of Ecuador which is located on the southern hemisphere. For the first time we passed equator while travelling by bus and to be honest we did not see any difference ... People did not walk on their heads, trees were the same as in Europe, and that the water in the sink was bouncing around in the other direction ... hmm ... somehow we didn't pay too much attention to that...

However, Quito itself amazed us ... As we learned from one crazy Italian guy who we met on the market square in Bogota, Quito, together with the city of Krakow were first places inscribed on the UNESCO list. And indeed, the city is impressive ... Beautiful colonial buildings - churches, houses, narrow streets ... All o that surrounded by the high Andes. It is worth to add that Quito is located extremely high for the big city - 2800 meters above sea level and is the second highest capital city in the world. Luckily we had our acclimatization partly in Colombia, and partly just before the arrival to Quito, while entering the vulcano Imbambura, so altitude didn't have a bigger effect on us.

We visited the beautiful local churches, full of life streets, went to the very interesting national museum... An interesting adventure we had in the Presidential Palace. The entrance to the Palace is free. Just the passport is needed. At the entrance, however, all bags are X-rayed. At that time it turned out that Albin forgot to remove the knife from his backpack ... Oops ... So visiting president ... with a knife ... :) :) In the Palace we were taken some very strange pictures. Apparently the souvenir of a visit to the Palace, but this photograph has nothing to show except of our faces ... So we have come to the conclusion that maybe the government of Ecuador is trying to verify exactly who visits Palace (especially that the passports are kept with the security during the whole stay in the Palace ... :))

One day we spent on the trip to the equator. And here comes another curiosity. Close to Quito there are two equators: one official, where the monument is located, you buy a nice souvenir, take a photo ... For the entrance into the village, where it all is located you have to pay 1.5 USD. However, according to GPS, this is not the real equator :) Approximately 300m further, you will find Inti Nan Museum. According to its owners this is also where you find the real equator. To prove it, they show visitors the different experiments on the equator (very interesting!). Among other things, on the real equator can put an egg on a nail head. Apparently only 30% of people can do it and Albin was the only person in our group who were successful, and he even got a special certificate :)

In Quito we also met with the Polish Honorary Consul in Colombia: Mr. Tomasz Morawski. Twice we met for dinner. Both were very nice meeting where we talked about the situation of Poles in Ecuador. The local Polish community is not large (only has about 400 people), but in spite of this the group is very active. Large part of them are the Polish Jews who emigrated here during the Second World War and now four of them are in the top ten richest residents of Ecuador :)

The time we spent in Quito was incredibly nice. Although we left from there a week ago we plan to go back for a few days over Easter. So see you in Quito :)

PICTURES QUITO

niedziela, 17 marca 2013

Bienvenido a Ecuador :)

Scroll down for the English version

Las Lajas
Po licznych przygodach z wyjazdem z Kolumbii, o ktorych mozecie przeczytac tutaj, udalo nam sie dotrzec do Ekwadoru. Zanim jednak tam wjechalismy zatrzymalismy sie na chwile w Ipiales (skoro tyle nam zajelo dojechanie tutaj, to przynajmniej chcielismy nieco poznac to przygraniczne miasto). Zatrzymalismy sie w jednym z hotelikow przy dworcu autobusowym, ktory moze nie byl najpieknieszy, za to tani jak barszcz (jedyne 20 000 pesos - 10 USD za noc, za pokoj dla dwoch osob). W samym Ipiales nie ma zbyt wiele do zobaczenia: pare kosciolow i olbrzymi rynek warzywno-owocowy. Warto natomiast wybrac sie do polozonego w poblizu Sanktuarium Matki Boskiej na Skale w Las Lajas. Jest to jedno z najczesciej odwiedzanych miejsc pielgrzymkowych w Ameryce Poludniowej. Jest to troche taka nasza polska Czestochowa, gdyz znajduje sie tutaj cudowny obraz Maryi, ktory ma czynic cuda. W okolicy kosciola mozna znalezc cale mnostwo tabliczek z podziekowaniami za te cuda, ale takze za zwykle szczesliwe zycie. Kosciol jest malowniczo polozony w dolinie rzeki i jest bardzo wdziecznym obiektem do fotografowania. 

W Ipiales spedzilismy jeden dzien (nie bardzo wiem, co mozna by tam dluzej robic..) po czym w koncu wjechalismy do Ekwadoru. Nasza pierwsza granica w Ameryce Poludniowej byla bardzo przyjazna podroznym: jeden stempelek na wyjazd z Kolumbii, drugi na wjazd do Ekwadoru. Dziekujemy. Witamy w Ekwadorze. Bienvenido a Ecuador :)

Tulcan
Naszym pierwszym celem byla kolejna przygraniczna miejscowosc: Tulcan. Tym razem tylko na pare godzin, gdyz cel mielismy tylko jeden: zobaczyc tutejszy cmentarz, o ktorym slyszelismy, ze warto zwiedzic. Z dworca autobusowego, z plecakami pojechalismy taksowka pod brame nekropolii i niemalze od razu rzucily sie nam w oczy niesamowite zywoploty. Caly cmentarz jest nimi pieknie ozdobiony. Sa tam zywoplotowe rzezby zakonnic, krzyze, rozne zwierzeta, postacie... Groby rowniez wygladaja inaczej niz w Polsce czy w Anglii. Przypominaja one bardziej szufladolandie, gdzie jeden grob jest polozony pomiedzy dwoma innymi, a pod nim i nad nim znajduja sie kolejni zmarli. Takie w sumie radosne spoczywanie w gronie znajomych :)

W Tulcan wsiedlismy w autobus do Ibarry. Warto tutaj wspomniec, ze podrozowanie po Ekwadorze autobusami jest niesamowicie tanie: kazda godzina jazdy kosztuje nas 1USD. Tym sposobem za 2.5 godz jazdy do Ibarry zaplacilismy jedynie 2.5 USD. To lubimy :)

Ibarra jest ladnym miasteczkiem polozonym pomiedzy wulkanami i to wlasnie jeden z nich - Imbambura byl naszym glownym celem przyjazdu tutaj. Imbambura wznosi sie na wysokosc 4630m n.p.m. i aby na nia wejsc nie potrzeba wynajmowac przewodnika. Miala byc ona dla nas rozgrzewka i czescia aklimatyzacji zanim pojedziemy do Peru czy Boliwii, gdzie bedziemy przebywac na tych wysokosciach nieco czesciej. Z wulkanu roztaczaja sie cudne widoki na okoliczne doliny oraz na Ibarre. Nam niestety nie bylo dane ogladac ich z samego szczytu gdyz po pierwsze caly szczyt byl spowity w chmurach, a po drugie na sam szczyt nie udalo sie nam dotrzec z powodu mojej kondycji... powyzej 4400 m n.p.m. zaczelam miec zawroty glowy, a poniewaz nie wiedzielismy jak daleko od nas jest szczyt i jakie tam jest dojscie - wczesniej musielismy sie nieco wspinac po skalach, zdecydowalismy sie zawrocic. Pozniej okazalo sie, ze naprawde niewiele nam do szczytu zabraklo, ale i tak wydaje mi sie, ze podjelismy rozsadna decyzje. Pomimo braku widokow z gornych partii wulkanu dzien byl cudowny, nie padalo, a piekne krajobrazy widoczne z nizszych czesci gory czesciowo rekompensowaly nam inne niedogodnosci. 

Nastepnego dnia bolaly nas nieco nogi, ale poniewaz dzien spedzilismy w autobusie do Quito (kolejne 2.5 USD) nie przeszkadzalo nam to za bardzo. 


English:

Las Lajas
After many adventures of traveling from Colombia, about whom you can read here, we were able to get to Ecuador. But before we went there we took a moment to visit Ipiales (since it took us so long to get here, at least we wanted to know a little more about this border town). We stayed in one of the hotels next to the bus station, which was maybe not the most beautiful, but really cheap (only 20 000 pesos - $ 10 per night, per room for two people). In Ipiales there is not much to see: a couple of churches and huge fruit and vegetable market. However it is worth to go to a nearby Sanctuary of Our Lady of the Rock in Las Lajas. It is one of the most visited pilgrimage sites in South America. It is a little bit like our Polish Czestochowa or Lourdes in France, because here is a picture of Mary, which is believed to make wonders. In the area around ​​the church a little board with thanks for the miracles can be found. The church is beautifully situated in the valley of the river and is very picturesque as well.

In Ipiales we spent one day (do not really know what else you can do there..) and then in we went to Ecuador. Our first boundary in South America was very friendly to travelers, one stamp to go to Colombia, the second to enter Ecuador. Thank you. Welcome to Ecuador. Bienvenido a Ecuador :)

Tulcan
Our first destination was another border city: Tulcan. This time, only for a few hours, because we had only one goal: see the local cemetery, about which we have heard, that it is worth a visit. From the bus station we took the taxi and with our backpacks we went to the cemetery gate. Almost immediately we were amazed by the beautiful hedges. The whole cemetery is beautifully decorated with them. There are religious sculptures, crosses, different animals, characters made from them... Tombs also look different than in Poland or England. They look more like drawers, where one grave is located between two others, and under it and over it are located another graves. A little bit like joyful rest with friends :)

In Tulcan we got on the bus to Ibarra. It is worth to mention that traveling by bus in Ecuador is incredibly cheap: each hour drive costs us 1 USD. In this way, for 2.5 hours driving to Ibarra we paid only 2.5 USD. That is what we like :)

Ibarra is a nice little town situated between volcanoes and one of them - Imbambura was our main reason for coming here. Imbambura rises 4630m above sea level and to climb it you do not need to rent a guide. It was supposed to be a warm-up for us and part of acclimatization before we go to Peru or Bolivia, where we will spend on the heights a little more time. The volcano offers wonderful views of the surrounding valley and Ibarra. Unfortunately, we could not watch the view from the top because the whole first peak was shrouded in clouds, and, secondly, to the very top, we could not reach because of my condition ... above 4400 m above sea level I started to have dizziness, and because we did not know how far away is the top and how we can get there - before we had to ramble a bit, we decided to turn back. Later it turned out that we were really close from the summit, but it seems to me that we took a reasonable decisions. Despite the lack of views from the upper parts of the volcano it was a wonderful day, it didn't rain, and beautiful landscapes seen from the lower part of the volcano partially compensated us another inconvenience.

The next day our legs were hurting, but because we spent the day on the bus to Quito (another 2.5 USD) it did not bother us too much.

poniedziałek, 11 marca 2013

Jak wydostalismy sie z Cali :) / How we left Cali :)

Scroll down for the English version

W Cali spedzilismy w sumie 11 dni. Gdy po raz pierwszy uslyszelismy o strajkach plantatorow kawy nie przejelismy sie zbytnio majac nadzieje, ze za dzien maksimum dwa dni bedzie po wszystkim i bedziemy mogli znowu ruszyc w droge. Niestety strajki sie coraz bardziej przedluzaly i po ponad tygodniu w stolicy salsy wiedzielismy, ze wyjechac stad nie bedzie latwo...

W calej tej sytuacji mielismy niesamowicie duzo szczescia: jak juz pisalam wczesniej przez pierwszy tydzien goscil nas Victor w Jamundi, ktory przygarnal nas gdy juz myslelismy, ze bedziemy zmuszeni spac w jakims tanim hotelu w Cali. Po tygodniu przenieslismy sie na dwa dni do Oscara – przyjaciela Victora, ktory rozpiescil nasze podniebienia niesamowitymi potrawami, ktore dla nas przygotowywal. Obaj Victor i Oscar probowali dowiedziec sie ile tylko mozna bylo na temat mozliwych sposobow opuszczenia Cali. Po wykonaniu wielu telefonow udalo sie um w koncu dotrzec do osoby odpowiedzialnej za zorganizowanie samolotow do Pasto dla osob, ktore utknely w Cali. Okazalo sie jednak, ze kontakt ten zdobylismy o jeden dzien za pozno, gdyz rzad kolumbijski zorganizowal juz 4 samoloty, ktore przegapilismy i nie zapowiada sie, zeby mialo ich byc wiecej...

Wtedy tez przenieslismy sie do hostelu, gdzie mielismy nadzieje spotkac ludzi w podobnej sytuacji i moze razem cos zorganizowac. Tam tez spotkalismy chlopakow, ktorzy wlasnie przedostali sie z Pasto do Cali przez blokady na drogach. Zajelo im to 3 dni (zamiast standardowych 8 godzin) i troche kosztowalo, ale dali rade. Po rozmowie z nimi i zdobyciu szczegolowych informacji na temat drogi (podobno bylo tam zorganizowanych ponad 40 blokad!) podjelismy decyzje: jedziemy! W planie byly czesciowo autobusy, motorki, autostop i troche chodzenia (tam gdzie zawiedzie wszelki inny transport). W sumie okolo 400km przedzierania sie przez blokady. Wedlug zdobytych przez nas informacji wszyscy po drodze byli bardzo mili i nie powinnismy sie niczego obawiac. Pomimo tego szczerze mowiac mialam pewne obawy (w koncu jestesmy w kraju, w ktorym do teraz okazjonalnie zdarzaja sie porwania turystow i spotkania z guerilla...).

Dzien przed planowanym wyjazdem wybralismy sie na dworzec, aby dowiedziec sie o ktorej odjezdza pierwszy autobus do Santander, skad mielismy sie przedostac do pierwszej blokady oraz zobaczyc jak wyglada sytuacja z turystami. Spotkalismy grupke backpackersow, ktorzy tkwili na dworcu juz piec dni. Jeden z nich powiedzial nam, ze juz 3 razy byl na liscie na samolot, ale nigdy sie do nie go nie dostal i chyba generalnie obcokrajowcy nie maja za bardzo na to szans... Ten sam chlopak zdecydowal sie wyruszyc nastepnego dnia z nami na podboj barykad (w koncu w grupie zawsze razniej :))

Wieczorem przepakowalismy plecaki i po 4:00 bylismy na dworcu. Szybko udalo sie nam odnalezc naszego domniemanego towarzysza podrozy, ktory rownie szybko poinformowal nas, ze wlasnie za chwile odjezdza pierwszy autobus do Ipiales! Tym sposobem nasza pierwsza planowana prawdziwa przygoda spalila na panewce :) Nie to zebysmy narzekali! W sumie ucieszylismy sie tak bardzo, ze bez chwili zastanowienia kupilismy prawdopodobnie najdrozsze mozliwe bilety... (zamiast mozliwych 40tys pesos zaplacilismy 55tys, ale autobus byl super wygodny i jeszcze dostalismy napoj i wafelek na droge :)). W sumie nie byla to, az tak zla decyzja biorac pod uwage, ze droga zamiast 10 godzin zajela nam 18 ze wzgledu na olbrzymie korki spowodowane przez tiry, ktore w koncu mogly ruszyc w droge.

Koniec koncow wyjezdzamy z Kolumbii. A w Kolumbii sie kompletnie zakochalam ze wzgledu na przepiekne krajobrazy, przesympatycznych ludzi, mnogosc owocow, muzyke i cudowny klimat. I chyba jest to milosc wzajemna skoro Kolumbia tak bardzo nie chciala nas stad wypuscic, jednak kiedy sie zaparlismy na wyjazd otworzyla ona nam swoje drogi :) A teraz czas rozpoczac nowy rozdzial: Ekwador!

English:
In Cali we spent a total of 11 days. When I first heard about the strikes of the coffee growers I wasn’t worrying too much hoping that it would take a day maximum two days to finish and we would be able to hit the road again. Unfortunately, strikes lasted for days and days and after more than a week in the capital of salsa we knew that it will not be easy to leave ...

In this situation, we had a lot of amazing luck: as I said before the first week we were hosted by Victor in Jamundi, who already had helped us when we thought we'd have to sleep in a cheap hotel in Cali. After a week, we moved for two days to Oscar – Victor’s friend, who spoiled us with really amazing food, he prepared for us. Both Victor and Oscar tried to find out as much as possible about possible ways of leaving Cali. After making several phone calls they managed to finally reach the person responsible for arranging planes to Pasto for people stuck in Cali. It turned out, however, that this contact we have gained about one day too late, because the Colombian government already organized four planes, which we missed and they said there wouldn’t be more flights...

Then we moved to the hostel, where we were hoping to meet people in a similar situation and possibly arrange something together. There we met the boys, who just came from Pasto to Cali through blockades. It took them 3 days (instead of the standard 8 hours) and it cost a little, but they were in Cali after all. After talking with them and getting detailed information about the road (there was apparently organized over 40 blockades!) we decided: let's go! We were supposed to use buses, motorbikes, hitchhiking and a little walking (where all other means of transport fails). In total, we had about 400km to break through the blockades. According to the information we acquired all along the way people were very nice and we should not worry too much. Despite this information, I had some concerns (on the end of the day we are in a country where until now the occasional kidnapping of tourists and meetings with guerilla happen...).

The day before departure we went to the station to find out about the first bus which departs to Santander, from where we were to get to the first blockade and see how the situation looks with the tourists who were on the station. We met a group of backpackers who stuck at the station for five days. One of them told us that he was already 3 times on the list to board the plane, but never got to the plane, and he thought foreigners generally do not have too much chance to get there... The same boy decided to go the next day with us to conquer the barricades (on the end the more the merrier :))

After coming back to the hostel we repacked our backpacks and after 4:00 am we were at the station. We quickly managed to find our alleged travel companion, who advised us equally quickly, that in 5 minutes the first bus to Ipiales was departing! In this way, our first planned real adventure finished before it really started J But we were not complaining! Overall we enjoyed it the so much that without a second thought we bought probably the most expensive tickets possible ... (Instead of possible 40,000 pesos we paid 55,000 pesos, but the bus was super comfortable and we got drink and waffles on the way :)). All in all it was not such a bad a decision taking into account that the journey instead of 10 hours took us 18 because of the huge traffic jams caused by trucks, which after almost 2 weeks of staying could eventually move.

Eventually we left Columbia. And I completely felt in love with Colombia because of the beautiful scenery, very nice and helpful people, multitude of fruit, music and a wonderful atmosphere. I think it is a mutual love as Colombia did not want us to leave, but when we insisted she opened her roads to us:)  And now it's time to start a new chapter of our journey: Ecuador!

wtorek, 5 marca 2013

Zatrzymani w Cali / Stopped in Cali

Scroll down for the English version

Od ponad tygodnia siedzimy w Cali  i nie mozemy sie stad ruszyc.... Ale moze zaczne od poczatku....

Z plantacji kawy w Recuca pojechalismy na dworzec w Armenii, skad zlapalismy autobus do Cali. Podroz minela nam dosyc szybko i bez zadnych problemow. Gdy dojechalismy pierwsza rzecza do zrobienia bylo znalezienie kafejki internetowej, aby zobaczyc czy mamy gdzie spac... Pisalam zapytania na Couch Surfingu, ale bez powodzenia. Zdesperowana zostawilam wiadomosc na grupie "Couch Ultimo Minuto/Cali" majac nadzieje, ze jakas dobra duszyczka sie nad nami zlituje i przygarnie nas pod swoj dach. Z dusza na ramieniu sprawdzalam czy ktos mi odpisal... Ale... JEST! Victor, ktory mieszka pod Cali w Jamundi powiedzial, ze mozemy sie u niego zatrzymac na dwie noce. No to jestesmy uratowani:)

Nastepnego dnia caly dzien spedzilismy na zwiedzaniu Cali - uniwersytet, pieknie polozony na wzgorzu z widokiem na miasto kosciol San Antonio, stary, klimatyczny kosciolek La Marced, kosciol La Ermita... Powloczylismy sie po miescie, po jego ruchliwych uliczkach wypelnionych po brzegi straganami i wieczorem pojechalismy spotkac sie z Victorem, ktory zabral nas na piwo do klimatycznego baru. Podobno w weekendy bar ten jest pelen ludzi, ktorzy pija piwo, rozmawiaja, tancza salse... Jednak we wtorek miejsce to nie bylo przesadnie ozywione, aczkolwiek ciagle calkiem klimatyczne z delikatna muzyka latynoska w tle.


Problemy zaczely sie nastepnego dnia... Z samego rana pojechalismy na dworzec, aby zlapac autobus do Ipiales, skad dwa dni pozniej mielismy sie przedostac do Ekwadoru. Na dworcu okazalo sie, ze od poniedzialku nie odjezdzaja z Cali zadne autobusy w strone Ipiales z powodu strajku plantatorow kawy... Przez prawie dwie godziny staralam sie (bez powodzenia) zorientowac czy jest jakas szansa, ze ten strajk sie wkrotce skonczy ale nikt nic nie wiedzial. Znowu zdesperowani zadzwonilismy do Victora, ktory bez chwili zastanowienia powiedzial: "przyjezdzajcie!". Tym sposobem po raz drugi nas uratowal za co chyba nigdy nie damy rady sie odwdzieczyc... :) 



Na dodatek, coby nasz dzien nie byl tak do konca zmarnowany Victor umowil nas ze swoim znajomym Oscarem, ktory zabral nas na wzgorze, gdzie znajduje sie olbrzymi pomnik Chrystusa - Cristo Rey i skad rozposciera sie wspanialy widok na miasto, natomiast wieczorem zabral na lekcje salsy :)ia

W srode naprawde mielismy jeszcze nadzieje, ze strajk sie skonczy przed koncem tygodnia, ale mamy juz wtorek, strajk trwa dziewiaty dzien, a my ciagle tkwimy w Cali... Przenieslismy sie tylko do znajomego Victora - Oscara (w koncu ilez mozna siedziec biednemu Victorowi i jego mamie na glowie!), a od jutra mamy zarezerwowany hostel... Do plantatorow kawy przylaczyli sie kierowcy ciezarowek, ktorzy rowniez blokuja drogi, a rzad nie za bardzo ma ochote sie z kimkolwiek ukladac... Wszyscy mowia, ze jest to najwiekszy i najdluzszy strajk w historii Kolumbii... Tylko dlaczego musial wybuchnac akurat teraz?! Bilety lotnicze sa niesamowicie drogie, drogi poblokowane... Tak wiec coz mamy robic... czekamy...


English:


For more than a week we are siting in Cali and we cannot move on .... But maybe I should start from the beginning ....

From the coffee plantation in Recuca we went to the station in Armenia, from where we caught a bus to Cali. The trip passed us quite quickly and without any problems. When we arrived to Cali the first thing to do was to find internet coffee to see if we have a place to stay... I sent few Couch Surfing requests but no success. I left a desperate message to the group "Couch Ultimo Minuto / Cali" in the hope that some sort of good little soul will take pity on us and invite us under his or her roof. A bit scared I was checking if someone replied to me ... And ... YES! Victor, who lives in Jamundi next to Cali said that we can stop at his place for two nights. Well, we are saved :)

The next day we spent the whole day exploring Cali - university, beautifully situated on a hill overlooking the city church San Antonio, the old, atmospheric little church La Marced, La Ermita church ... We were wandering in the city, through the busy streets filled with stalls and in the evening we went to meet with Victor, who took us to a very nice bar for a beer. Apparently on weekends the bar is full of people who drink beer, talk, dance salsa ... But on Tuesday, the place was not too lively, but very atmospheric with a Latin music in the background.

Problems started the next day ... In the morning we went to the station to catch a bus to Ipiales, from where two days later we were to get to Ecuador. At the station, it turned out that since Monday no buses have departed from Cali towards Ipiales because of strike of coffee growers... For almost two hours, I tried to (unsuccessfully) to find out if there's any chance that the strike would finish soon but no one knew anything. Being desperate we called Victor again, who, without a moment of hesitation said: "Come back". This way, Victor saved us for the second time for what we probably never will be able to pay back... 

In addition, he tried to save our day from being totally wasted and he arranged for us a meeting with his friend Oscar, who took us on the hill, where there is a huge statue of Christ - Cristo Rey and from where there is a splendid view of the city, and in the evening he took us for a salsa lessons :) 

On Wednesday we really hoped that the strike will end before the end of the week, but now it is already Tuesday, the ninth day the strik, and we are still stuck in Cali ... We moved only to a friend of Victor - Oscar (on the end of the day for how long we could possibly be a burden for poor Victor and his mum!), And from tomorrow we have booked a hostel ... Few days ago truck drivers joined coffee growers in strike, and they are also blocking the roads, and the government doesn't seem to be willing to come to any agreement with anyone... Everyone says that this is the biggest and longest strike in the history of Colombia ... But why it have has to happened now?! Airline tickets are incredibly expensive, road are blocked ... So... What can we do .. wait ...

piątek, 1 marca 2013

Kawa w Kolumbii / Coffee in Colombia

Scroll down for the English version

W zwiazku z tym, ze utknelismy w Cali mam w koncu troche czasu zeby cos napisac (tak wiec jak widac nie ma tego zlego...).


Droga z Medellin do Armenii jest bardzo malownicza. Nasz autobus jechal przez piekne, zielone doliny, otoczone wysokimi gorami. Niestety z powodu licznych serpentyn (oraz lekkiego kaca po imprezie) polowe drogi zdecydowalam sie przespac. Gdy tylko sie budzilam nie moglam wyjsc z podziwu nad mijanymi krajobrazami. 

Armenia sama w sobie okazala sie byc niezbyt ciekawym, sporym miastem (chociaz wszyscy nam mowili, ze to zaledwie wioska; byc moze w porownaniu do innych miast kolumbijskich...). Nastepnego dnia z samego rana wybralismy sie do Salento - malutkiego (i bardzo turystycznego) miasteczka w poblizu Armenii. Gdy tylko podeszlismy na rynek, aby zobaczyc co sie dzieje (a byl akurat jakis festyn) uslyszalam: 

-Bienvenido a visitadores de Polonia!
-???????? Skad oni wiedza, ze tu jestesmy??

Po chwili stwierdzilismy, ze oczywiscie musza tu byc jacys inni Polacy i zaczelismy wypatrywac w tlumie polskich mordek :) Dosyc szybko namierzylam jedna dziewczyne, ktora akurat siedziala na jeepie do rozwozenia kawy Gdy tylko zeszla poszlismy z nia porozmawiac. Okazalo sie, ze nie tylko jest z Polski, ale jeszcze ma na imie Justyna! :) Niestety musiala dosyc szybko sie z nami rozstac, gdyz jej grupa jechala na dalsza czesc wycieczki.

Spacerkiem obeszlismy sobie Salento, weszlismy na tutejszy punkt widokowy, po czym czekajac na jeepa, ktory mial nas zawiezc do Cocory poszlismy na prawdziwa kolumbijska kawe...

Jazda jeepem w Kolumbii jest przygoda sama w sobie. Do jeepa, do ktorego normalnie wchodzi 9 osob lacznie z kierowca, tutaj laduje sie osob 16-17, podobno nawet do 20. Oznacza to oczywiscie, ze czesc osob musi stac na platformie z tylu samochodu trzymajac sie przyczepionego do dachu bagaznika. Jazda w takich warunkach jest chyba tylko porownywalna do jazdy na kolejce w wesolym miasteczku w Europie :) Wiatr we wlosach, ryzyko odpadniecia (szczegolnie na zakretach!), piekne widoki... wszystko to sprawia, ze jazda ta jest niesamowita frajda. 

Valle de Cocora jest gorska dolina, w ktorej rosna wysokie do nawet 60m palmy. Z powodu wysokosci oraz wilgotnego klimatu (w koncu jestesmy kolo rownika!) ich korony tona w chmurach, co sprawia kapitalne wrazenie. 

Z Valle de Cocora wybralismy sie na trekking do Acaime (swoja droga Cocora i Acaime to imiona Indianskich ksiezniczek) - malutkiego domku w srodku lasu deszczowego, do ktorego zlatuja sie stada malenkich kolibrow. Podobno mozna sie ich tam doliczyc nawet do 18 gatunkow. Do Acaime wiekszosc ludzi wybiera sie na koniach. My jednak zdecydowalismy sie na wersje budzetowa i postanowilismy sie tam przejsc. Droga przez las deszczowy do najlatwiejszych nie nalezy, ale jako, ze byl to bardzo popularny szlak (wydeptany zarowno przez ludzi jak i koni) nie przysporzyl nam on zbyt wielu problemow. Droga prowadzila wzdluz rzeki, przez ktora poprowadzone zostaly watpliwej trwalosci drewniane mostki. Kilka razy przechodzilismy jednak przez rzeke po kamieniach i ja (sierota!) dwa razy wpadlam do rzeki! Zaleta tego, ze moje buty byly zupelnie przemoczone i brudne, byl fakt, ze nie musialam sie juz przejmowac blotem, konskimi kupami czy kaluzami po drodze :)

Wieczorem zmeczeni wrocilismy do domu, aby nastepnego dnia wybrac sie na plantacje kawy - Recuca (kolo Barcelony). Wycieczka nalezala do bardzo udanych. Uroczy przewodnik oprowadzil nas po plantacji, gdzie moglismy sami pozbierac kawe, zobaczyc jak sie ja pozniej przerabia, parzy, a na koniec przebrac sie w stroje ludowe i potanczyc lokalne tance (Albin nawet mial okazje powalczyc na maczety z przewodnikiem :))

Z Armenii wybralismy sie do Cali ale mysle, ze o tym bedzie nastepnym razem... :)

ZDJECIA


As we've got stuck in Cali, eventually I have time to write something (so on the end of the day this is not too bad :))

The road from Medellin to Armenia is a very picturesque. Our bus was traveling through beautiful, green valley, surrounded by high mountains. Unfortunately, due to a number of streamers (and a slight hangover after the party) I was sleeping for half a way but as soon as I was waking up I could not get out of admiration over landscapes we were passing.


Armenia itself turned out to be not very interesting, big city (although everyone we spoke with was saying that this is just a village, perhaps in comparison to other Colombian cities ...). The next day in the morning we went to Salento - a tiny (and very tourist) town near to Armenia. As soon as we walked to the market to see what's going on (and there was some small festival) I heard:

-Bienvenido a visitadores de Polonia!
-??? How did they know we were here?

After a while we realized that there must be other Poles and we started to look for the Polish faces in the crowd :) Quickly enough we tracked down one girl who just sat on the coffee jeep for but as soon as she climbed down of it we went to talk with her. It turned out that she was not only Polish, but her name was also Justyna! :) Unfortunately, she had to leave us quite quickly, because the group she were traveling with was going.

Slowly we walked around Salento, we walked to the local viewpoint, and we went for a real Colombian coffee, while waiting for a jeep, which was to take us to Cocory  Valley...

Driving a jeep in Colombia is an adventure in itself. The jeep which normally can take 9 persons including the driver, here is charging 16-17 people, sometimes apparently even to 20. This means, of course, that some people must stand on a platform on the back of the car holding to the roof attached to the trunk. Driving in these conditions is probably only comparable to riding a roller coaster in Europe :) Wind in your hair, the risk of fall (especially on bends!), beautiful views ... all of this makes the ride the incredible fun.

Valle de Cocora is a mountain valley, where grow palm trees as much as 60m high . Because of the altitude and humid climate (on the end of the day we are close to the equator!) their crown hide in the clouds, making paramount impression.

In the Valle de Cocora we went trekking to Acaime (by the way Cocora and Acaime are the names of the Indian Princesses) - a tiny cottage in the middle of the rainforest, where we can find plenty of hummingbirds. Apparently we can find there up to 18 species. Most people choose to go Acaime on horseback. However, we decided to the budget version: trekking. The road through the rainforest is not the easiest one, but as that was a very popular route (beaten both by humans and horses) it wasn't too difficult to us. The road ran along the river, through which they have been routed wooden bridges of dubious durability. Several times, however, we passed river through the stones and I (clumsy girl!) fell into the river twice! The advantage of this, with my shoes were completely soaked and dirty, was the fact that I did not have to worry about mud and puddles on the way :)

In the evening we returned home tired, and the next day we went to a coffee plantations - Recuca (near Barcelona). The trip very nice. A charming guide showed us the plantation, where we could pick up the coffee seeds, see how it is later processed, and finally we could dress up in costumes and dance the local dances (Albin even had a chance to fight for a machete with a guide :))

From Armenia we went to Cali but I think this is the story for the next time ... :)

PICTURES