czwartek, 5 lipca 2012

Paryskie kolejki

Rano na śniadanie kupiliśmy sobie swieże bagietki z piekarni na rogu. Mhmmmmm... Pycha! Mogłabym sie nimi zajadać na codzień! Na 2-go Maja mieliśmy zaplanowaną wycieczkę do Wersalu. Łatwo się tam dostać z centrum metrem. Jedzie się około godziny i potem trzeba tylko chwileczkę podejść razem z wywalającym się z metra tłumem turystów.

Wersal
Jak przystało na jedną z głównych atrakcji Paryża, kolejki do Pałacu ustawiają się już z samego rana. Tutaj nie pomoże nawet fakt, że mamy wykupiony pass muzealny. Po placu przed wejsciem biegają ludzie. Pędzą do kolejki jak na złamanie karku. Każdy ostro walczy o swoje miejsce. My się grzecznie w kolejce ustawiliśmy i czekamy.
Kolejka do pałacu w Wersalu, w której trzeba walczyć 
o swoje miejsce 
Albin poszedł się dowiedzieć czy oby na pewno z biletami nie należy nam się jakieś pierwszeństwo wejścia a w międzyczasie koło mnie przemknęła się zgrabnie cała wycieczka Koerańczyków i stanęła sobie przede mną w kolejce. Cichaczem najpiew była tam ich przewodniczka a potem już bez żadnych skrupułów czy nawet słowa przepraszam 30 osób się do niej dołączyło. Trochę mnie to zdenerwowało, no ale nie będę walczyć z całą grupą.

Tuż przed nami stali Kanadyjczycy. Na początku było ich chyba czteru czy pięciu. Im bardziej zbliżaliśmy się do wejścia powoli dochodziły kolejne osoby. Tuż przed wejściem okazało się, że z początkowych pięciu osób zrobiło się prawie dwadzieścia! Podobna historia jak z Koreańczykami tyle, że nieco subtelniej rozegrana. Cwaniacy!

W kolejnej kolejce trzeba było odstać czekając po audio guide'a. Tutaj po raz kolejny (i jak się za chwile okaże nie ostatni tego dnia) zdenerwowali mnie Koreańczycy. Jak w wielu miejscach w Europie zachodniej (w Polsce i na wschodzie Europy sie tego aż tak często nie spotyka) kolejka była odgrodzona specjalną zwijaną taśmą. I gdy ja podchodziłam żeby się w tej kolejce ustawić, od boku, tuż przed moim nosem, koreańska przewodniczka zdjęła jedną z taśm i zaczęła wpuszczać całą wycieczkę tuż przede mnie. Ja postanowiła wycieczkę olać (niby z jakiej racji mam wpuszczać przed siebie 40 osób?) i szłam dalej, a te szalone koreańskie moherki (taki chyba odpowiednik naszych moherów) zaczęły mnie przepychać żeby się tylko połączyć z resztą grupy! Dodam tylko, że w tej kolejce stałam sama, bo Albin poszedł zobaczyć kartki.
Wszechobecni Koreańczycy 
Jak łatwo sobie wyobrazić moje nerwy już były mocno nadszrpnięte kiedy podchodziłam aby odebrać mojego audio guide'a. W momencie kiedy akurat podchodziłam do lady odebrać przewodnik starszy Koreańczyk uderzył mnie łokciem w bok, przemnkął koło mnie i zaczął do tej biednej (przesympatycznej zresztą) pani nawijać po koreańsku! Ona się tylko z przepraszającym uśmiechem spojrzała na mnie i się go pyta czy chce ten przewodnik po koreańsku, a on nic tylko dalej coś nawija. Widzę, że pani postanowiła zawołać kogoś kto mówi po koreańsku i jej pomoże, a ten dziad się na nią drze, chyba, że ona go nie obsługuje! Generalnie masakra!

Jak tylko udało mi się w końcu odebrać przewodnik, wyskoczyłam z kolejki najszybciej jak tylko mogłam, pobiegłam do Albina i wybuchłam! Ale co to był za wybuch! Ja, zazwyczaj niesamowicie cierpliwa do ludzi, tym razem klęłam jak szewc! Albin się tylko ze mnie śmiał, bo zazwyczaj sytuacja wygląda odwrotnie :)

Paryż
Kolejka na Wieżę Eiffel'a, którą szczęśliwie udało nam się ominąć  
Kolejka do Luwru 
Zaczęłam od Wersalu, ale tak mi się z tymi kolejkami rozpisało... Generalnie kolejki są jedną z rzeczy, z którymi będzie mi się Paryż nieodłącznie kojarzył... Jako, że znajduję się tutaj tyle ważnych i znanych atrakcji, do niemal każdej z nich trzeba swoje odstać. Nieco pomaga Museum Pass, ale nie wszędzie. Jak już pisałam poprzednio: Luwr - z passem przejdzie się szybciej, ale swoje i tak trzeba odstać, Wieża Eiffel'a - kolejki nie z tej ziemi (nam się farciarsko udało gdyż wybraliśmy wchodzenie na wieżę piechotą), Wersal - istna wojna, Notre Dame - dłuuuuga kolejka, ale szybko się porusza.

Jeszcze jedną 'kolejkową' historię mieliśmy przy wejściu do Saint Chaple. Tym razem to my urządziliśmy klasyczny, znienawidzony przez Anglików 'queue jumping'. Widząc olbrzymią kolejkę do kas i nie mając zbyt wiele czasu, zrobiliśmy podobny numer do grupy Koreańczyków z Wersalu: odpięliśmy taśmę zabezpieczającą i graliśmy głupa, że niby z Museum Pass mamy pierwszeństwo wejścia (a akurat tam ono nie obowiązuje). Farciarsko udało nam się i nawet ludzie się za bardzo nie awanturowali :)

Metro
Inną historią jest Paryskie metro. W życiu nie widziałam tak źle zorganizowanego transportu publicznego. Jakieś 75% ludzi przeskakuje przez bramki nie płacąc za przejazd. Jak zobaczyłam to po raz pierwszy to myślałam, że to jakiś wyjątek, ale jak się później okazało był to wyjątek, który właściwie w Paryżu stał się regułą.

No i niby co to ma do kolejek... A no właśnie ma. Ostatniego dnia, kiedy już z bagażami próbowaliśmy się dostać do Davida do pracy, żeby mu oddać klucze, mieliśmy tą wątpliwą przyjemność podróżowania metrem w godzinach szczytu. Jest to jakiś koszmar... I nie mówię tu tylko o tłoku w pociągach, bo to jestem w stanie zrozumieć, zresztą obecnie codziennie podróżuję metrem w godzinach szczytu w Londynie więc mam porównianie. Chodzi o to co się dzieje przy bramkach wejściowych i wyjściowych do metra. Tłum napierających ludzi, spora część przeskakująca przez bramki, my z bagażami i na domiar złego nasze bilety przestały działać! W okolicy nie ma nikogo do pomocy więc nie pozostało nam nic innego jak skorzystać z metody Paryżan i przejść przez otwartą siłą bramkę. Może w tym wypadku ciężko mówić o kolejce, gdyż ma to więcej wspólnego z doskonale w Polsce znaną metodą 'na chama', ale w końcu jest to jakiś sposób czekania na swoją kolej :)

Trochę mi się o tych kolejkach w Paryżu rozpisało, ale chyba poprzez długie mieszkanie w Anglii i obcowanie z ich kulturą (w tym jak już wspomniałam znienawidzonym queue jumping'iem) jakoś zwracam więcej uwagi na kolejkową kulturę :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz