wtorek, 4 września 2018

Mont Saint-Michel

Samotna wyspa, na szczycie której jak klejnot w koronie stoi majestatyczny średniowieczny kościół. Prowadzi do niej wąska grobla, która w czasie przypływu obmywana jest zimną wodą otaczającego ją morza. Chyba większość z nas zna ten obrazek. Jeden z klasycznych obiektów, które muszą się znaleźć na liście „miejsc, które trzeba zobaczyć zanim się umrze”. Mont Saint-Michel. Jadąc tam sama nie wiem czego się spodziewałam. Jakoś nie byłam tym wypadem super podekscytowana. No, ale skoro trzeba zobaczyć, to trzeba. Zobaczenie Mont Saint-Michel było głównym celem naszego wyjazdu na północ Francji.

Albin już od dawna mówił o tym, żeby tu pojechać. Były plany, żeby podczas jednego wypadu zaliczyć Mont Saint-Michel we Francji i St. Michael's Mount w Kornwalii, ale plany te padły po przeanalizowaniu potencjalnych kosztów. Tak czy inaczej w końcu udało się nam dojechać (oczywiście nie bez przygód o czym możecie poczytać tutaj).

Dojazd

Dojechaliśmy na miejsce i podobnie jak w wielu innych miejscach, które są ‘must-see’ od razu rzuciła nam się w oczy organizacja. Drogowskazy wskazywały nam drogę do celu już od dosyć dawna. Zanim dojechaliśmy na parking przejechaliśmy przez całkiem sporą wioskę, której prawdopodobnie jedyną funkcją było zakwaterowanie turystów przyjeżdżających oglądnąć ten mały cud świata. Znajduje się niej mnóstwo kempingów, hoteli, restauracji o różnorakim standardzie. Z wioski do Mont Saint-Michele można podjechać rowerem (są wypożyczalnie rowerów, a jakże!), podejść lub podjechać autobusikiem.

My jednak nocleg mieliśmy około godziny jazdy od klasztoru, w związku z czym pojechaliśmy dalej prosto na olbrzymi parking (a właściwie parkingi). Znajdują się one około 2-3km od wejścia na wyspę i można ten dystans przejść wygodną ścieżką, albo (wersja dla leniwych) podjechać jednym z licznych autobusów. Parkingi nie są byt jasno oznaczone i zarówno my, jak i parę samochodów przed nami musieliśmy zawracać aby nie wjechać na parking dla autobusów. Podobnie zresztą sytuacja wygląda przy powrocie. Wszystkie parkingi wyglądają prawie identycznie, a umieszczone oznakowanie nie jest ani bardzo widoczne, ani bardzo czytelne. Również widzieliśmy kilka osób szukających swoich samochodów (i nie byliśmy to my). 


Wybierając się do klasztoru zdecydowanie polecamy wersję pieszą. Przez chwilę rozważałam podjazd autobusem, na szczęście Albin szybko mi to wybił z głowy. Góra z klasztorem na szczycie naprawdę wygląda magicznie. Z łatwością jestem sobie w stanie wyobrazić, co musieli czuć pielgrzymi docierający do Mont Saint-Michel po długiej podróży. Rozległe przestrzenie wokół wyspy pozostały do dzisiaj niezabudowane, co potęguje poczucie jej odizolowania. Idąc ciężko się powstrzymać od ciągłego robienia zdjęć. Co chwilę perspektywa się nieco zmienia, a to ukazując nieco więcej drogi, a to połacie piasku dookoła, a to zielone łąki w oddali.

Historia
Pierwsze zabudowania powstały tutaj dzięki Irlandzkiemu pustelnikowi, który dostał tą ziemię od lokalnej społeczności. Legenda głosi, że w 708 roku Archanioł Michał ukazał się biskupowi z pobliskiego Avranches i rozkazał mu wybudować klasztor na skale.

W 1067 roku mnisi z klasztoru poparli Williama Zwycięzcę w jego walce o tron Anglii i zostali za to nagrodzeni ziemiami na południu kraju. W ich ręce dostała się między innymi mała wysepka, która swoim wyglądem bardzo przypominała Mont Saint-Michel. Dosyć szybko stała się ona Normańskim klasztorem i została nazwana St Michael Mount.

Z czasem mnisi porządnie obwarowali wyspę z klasztorem i w czasie Wojny Stuletniej, pomimo licznych ataków ze strony Anglii, wyspa pozostała niezdobyta. 


Kres popularności wyspy przyniosła Reformacja. Jeszcze przed wybuchem Rewolucji Francuskiej z klasztoru wynieśli się ostatni mnisi, a klasztor został zamknięty i przekształcony w więzienie. Początkowo mieli być w nim więzieni jedynie przeciwnicy reżimu republikańskiego, ale później również inni ważni więźniowie byli tutaj przetrzymywani. Niektórzy historycy twierdzą, że to dzięki więzieniu klasztor nie popadł w całkowitą ruinę. W 1836 roku Victor Hugo rozpoczął kampanie o wpisanie wyspy i klasztoru na listę zabytków, jednak więzienie zamknięto dopiero prawie 30 lat później w 1863 roku, a wyspa została wpisana na listę zabytków w 1874 roku. Od roku 1979 jest ona również wpisana na listę UNESCO i obecnie przyciąga około 3 milionów turystów rocznie.

Nasze wrażenia


No właśnie.. 3 miliony rocznie. Z czego łatwo się domyślić, że większość przyjeżdża w miesiącach letnich. Dla nas oznaczało to jedno: nieziemskie tłumy. Wszędzie. Zaczęło się już od parkingu, gdzie w kolejce czekaliśmy na wjazd, poprzez spacer na wyspę (tutaj na szczęście ludzie się jakoś rozproszyli na sporej przestrzeni), aż po wąskie uliczki miasteczka, na których momentami trzeba się było przepychać, żeby móc przejść. Żałowaliśmy, że nie wzięliśmy nosidełka. Miasteczko pełne jest schodów, brukowanych uliczek i ludzi, co czyni przeprawę z wózkiem niemal niemożliwą. A na pewno mega męczącą. Pomimo tego całkiem sporo się ludzi z wózkami widzi. Jednak jeżeli to czytacie i macie ochotę odwiedzić Mont Saint-Michel z dzieckiem dobrze Wam radzę: wózek zostawcie w samochodzie. 


No dobrze, a co na wyspie można zobaczyć? Oczywiście główną atrakcją jest znajdujący się na szczycie klasztor. Bilety można kupić u pani w informacji turystycznej przy bramie wejściowej do miasta i oszczędzić sobie czasu na stanie w długiej kolejce na górze. Jednak przy zakupie biletów na dole trzeba uważać, bo nie podlegają one zwrotowi, gdybyśmy na szczyt nie mieli jednak siły dotrzeć. Zwiedzając klasztor warto zapłacić ekstra za audioguide’a, z którego można się dowiedzieć naprawdę ciekawych informacji.

Poza klasztorem, warto przejść się po murach otaczających miasteczko i oczywiście powłóczyć się po wąziutkich uliczkach. Jeżeli traficie akurat na odpływ, polecam przejść się po otaczających wyspę piaskach, aby zobaczyć klasztor i miasteczko z innej perspektywy. 


I żeby nie było tak kolorowo. Jak już wspomniałam na początku: jeżeli chcecie mieć w miasteczku nieco spokoju, przyjedźcie tu z samego rana, około 7-8. My byliśmy około 9:00 i tłumy turystów już się wylały z samochodów i autokarów. Inną dużą wadą są ceny na wyspie. Za małą kawę z automatu płaci się 5 €. Lunch, na który się zdecydowaliśmy (głównie ze względu na Oliwkę) był chyba najbardziej przepłaconym posiłkiem, jaki jadłam. Zdecydowanie pamiętajcie więc, aby zabrać ze sobą jedzenie.

Ceny

Parking: do 2,5 godziny – 6,50€
              do 24 godzin – 12,00€
Wejście do klasztoru: 9€
Mała kawa z automatu: 5€.