sobota, 29 września 2018

Morze i beton - Le Havre

Druga część naszego wyjazdu upłynęła pod hasłem: morze. Nasz kemping znajdował się zaledwie 5 minut spacerkiem od plaży w związku czym codziennie po powrocie ze zwiedzania czekała nas tam obowiązkowa wizyta. Ciepłe, płytkie morze było idealne dla naszej dwulatki. Pierwszego dnia tak spodobało się jej chlapanie w wodzie, że dopiero ziąb ją z niej wygonił. Drugiego dnia ograniczyła się do brodzenia po kostki w morzu i zbierania z nami muszelek.

 

Ściśle związane z morzem było także Concarneau, które odwiedziliśmy czwartego dnia naszych krótkich wakacji. Odwiedziliśmy je głównie aby odwiedzić jego średniowieczną część: malutką, otoczoną murami wysepkę Ville Close. Zatrzymaliśmy się tam na poranną kawę, powłóczyliśmy się po uliczkach pełnych różnorakich sklepików z pamiątkami i przeszliśmy się po murach miasta. Obejrzeliśmy malowniczy port i posłuchaliśmy ulicznych grajków, których koncert tak się Oliwce spodobał, że aż zdecydowaliśmy się kupić ich płytę.

Drugie odwiedzone przez nas tego dnia miasto wprawdzie się nad morzem nie znajdowało, ale również miało związek z wodą. Założone u zbiegu dwóch rzek Quimper jest dawną stolicą Cornouaille – jednego z najbardziej tradycyjnych regionów Bretanii. W centrum znajduje się sporo rustykalnych domów oraz ładna katedra z XIII wieku z pięknymi witrażami. Pani w informacji turystycznej wysłała nas do Jardin De La Retraite – małej oazy spokoju w samym centrum miasta, gdzie zdecydowaliśmy się zjeść szybki. Spacerując wzdłuż rzeki podziwialiśmy widoki na liczne mosty, a na koniec dotarliśmy do romańskiego kościółka Locmaria, który zauroczył nas swoją prostotą. W drodze powrotnej do samochodu zahaczyliśmy jeszcze na polecaną nam wystawę wilków. Oliwka od razu się z nimi zaprzyjaźniła i nie straszne jej były ich kły.


Ostatni dzień wakacji upłynął nam niemal w całości na podróży. Było nie było z Fouesnant, gdzie spaliśmy do Bristolu czekało nas dobre 13 godzin jazdy plus przeprawa promem. Szykując się na długi dzień, z kempingu wyruszyliśmy grubo przed świtem, kiedy to większość wczasowiczów dopiero odwracała się w śnie na drugi bok. Dzięki temu śniadanie jedliśmy we wpisanym na listę UNESCO Le Havre.

Szczerze mówiąc niewiele się po Hawrze spodziewałam. Miasto niemal całkowicie zniszczone w czasie drugiej wojny światowej, zbudowane na nowo według betonowej wizji Auguste Perret’a. Albin pokazał mi parę zdjęć i szczerze mówiąc nie zachęcały one jakość szczególnie do zatrzymania się tam na dłużej. Gdzieś jednak musieliśmy się zatrzymać, 13 godzin jazdy z małym dzieckiem to jednak trochę za dużo, żeby zrobić to w jednym ciągu, a Hawr nie dosyć, że był po drodze, to jeszcze jest na UNESCO. I cieszę się, że ten zbieg okoliczności zmusił nas, do zobaczenia tego miasta. 

Zatrzymaliśmy się w samym centrum, koło zaprojektowanego przed Oscara Niemeyera Wulkanu. Patrząc na jego charakterystyczną sylwetkę, Hawr od razu przypadł mi do gustu. Być może dlatego, że wspomnieniami przeniosłam się do zaprojektowanej przez tego samego architekta Brasilii? Sentyment na pewno robi swoje. Po śniadaniu z widokiem na Wulkan, w którym znajduje się Dom Kultury, teatr i biblioteka, ruszyliśmy w stronę morza. 

Początkowo miasto rzeczywiście wyglądało jak betonowa komunistyczna Polska. I wtedy dotarliśmy do kolejnego budynku, który zrobił na mnie olbrzymie wrażenie: modernistycznego kościoła św. Józefa. Z zewnątrz wygląda on jak jakaś zwykła wieża, być może mieszkalna, na pewno nie jak kościół. Nic specjalnego. Po efekt WOW trzeba wejść do środka i spojrzeć we wnętrze wieży. Bardzo mi się spodobało. 

Spacer wzdłuż plaży był dosyć nostalgiczny, gdyż tego dnia pogoda się nieco zepsuła i dookoła było szaro i nieco smętnie. Widok ożywiały kolorowe budki oraz ćwiczące aerobik panie po 40. Znad morza, nasze kroki skierowaliśmy w stronę ratusza. Znowu było sporo betonowej zabudowy, a do tego ciekawe pomniki: a to wypięty tyłek, a to goła pani wylegująca się na trawniku. Ratusz nie rzuca na kolana, ale znajdujące się przed nim fontanny tworzą całkiem przyjemne miejsce i dodają nieco uroku, poza tym bezpłciowej architekturze.

I znowu powrót do Wulkanu, który tak mi się spodobał. Nowe, odbudowane miasto, zamyka się w trójkącie: Wulkan, kościół Św. Józefa oraz ratusz. Pomimo, że nie jest to architektura, która zachwyca, tworzy ona jednak spójną całość i wydaje mi się, że miasto mimo wszystko warte jest odwiedzenia. Na koniec pobytu w Le Havre wybraliśmy się jeszcze zobaczyć jeden z niewielu budynków pochodzących sprzed II wojny światowej zachowanych w mieście kościół: Katedrę Notre-Dame. 


Po obiedzie ruszyliśmy dalej w drogę. Do Dunkierki, stamtąd promem do Dover (na promie Oliwka znowu szalała walcząc o swoje, podczas gdy ja zwierałam znajomości z innymi polskimi mami), kolejnych parę godzin jazdy (oczywiście korki koło Londynu) i około 23:00 w końcu byliśmy z powrotem w domu. Krótkie wakacje, ale dały mi kopa na kolejnych parę tygodni. Zaczyna mnie jednak znowu nosić więc dobrze, że za tydzień znowu wyjeżdżamy na weekend. Będzie o czym pisać!
ZDJĘCIA MORZE